Książki o wampirach

Przygotowałam listę książek o wampirach, na której znajdują się zarówno moje recenzje jak i koleżanek blogerek. Biorąc pod uwagę stale trwający szał na wampiry, książki z ich udziałem same często wpadają w ręce, stąd uzbierało mi się ich trochę. Ktoś zainteresowany tematem może znaleźć tu kolejne wampirze inspiracje. Jeśli czytaliście w sieci inne ciekawe recenzje powieści z gościnnym udziałem tych stworzeń nocy zostawiajcie linki w komentarzach.

 powieści:

„Wampir z przypadku” Ksenia Basztowa – moja recenzja

„Błekitnokrwiści” Melissa de la Cruz – recenzje Clevery

„Księga cmentarna” Neil Gaiman – moja recenzja

„Zawód: Wiedźma” tom 1 Olga Gromyko – moja  recenzja

„Zawód: Wiedźma” tom 2 Olga Gromyko – moja  recenzja

„Those who Hunt the Night” Barbara Hambly – recenzja Ninedin

„Travelling with the Dead” Barbara Hambly – recenzja Ninedin

 „Martwy aż do zmroku” Charlaine Harris tom 1 – moja  recenzja

 „U martwych w Dallas” Charlaine Harris tom 2 – moja  recenzjarecenzja

 „Klub martwych” Charlaine Harris tom 3 – moja  recenzja

„Martwy dla świata” Charlaine Harris tom 4 – moja recenzja

„Martwy jak zimny trup” Charlaine Harris tom 5 – moja recenzja

„Definitywnie martwy” Charlaine Harris tom 6 – moja recenzja

 „Martwi wszyscy razem” Charlaine Harris tom 7 – moja  recenzja

„From Dead to Worse” Charlaine Harris tom 8 – moja recenzja

„Fangland” John Marks – recenzja Ninedin

„Ostatni rejs Fevre Dream” George R. R. Martin – moja recenzja

„Zmierzch” Stephanie Meyer – recenzja Ninedin

„Wampir Lestat” Ann Rice – recenzja Arii

„Wywiad z wampirem” Ann Rice – recenzja Zaczytanej-w-chmurach

„Greywalker” Kat Richardson  –  moja recenzja

„Hotel Transylwania” Chelsea Quinn Yarbro – recenzja Ninedin

bardziej naukowo:

„Synowie Kaina, córy Lilith” Paweł Ciećwierz – recenzja Eruany

„Od Draculi do Lestata. Portrety wampira” Katarzyna Kaczor – recenzja Eruany

„Tajemnicza historia wampirów” Claude Lecouteux – recenzja Eruany

Ostatni rejs Fevre Dream, George R. R. Martin

Fevre Dream (Ostani rejs Fevre Dream), George R. R. Martin, Sphere Books Limited

 Fevre Dream

George R. R. Martin to pisarz o ustalonej reputacji, cieszący się sporym powodzeniem w Polsce. Nie czytałam jeszcze jego cyklu pt. „Pieśń Lodu i Ognia”, „Ostatni rejs Fevre Dream” był więc swojego rodzaju egzaminem – czy warto sięgnąć po resztę.

To co skusiło mnie do sięgnięcia po akurat tą powieść, to miejsce akcji, głównie na amerykańskich wodach Mississippi, i czas – połowa XIX wieku. Od razu pomyślałam o Marku Twainie, i nie myliłam się, Martin czerpie pełnymi garściami z dorobku tego pisarza, przetwarzając jednak wszystko w interesujący sposób i kreując własny styl. Z tego wszystkiego powstał całkiem zręczny horror z ciekawą fabułą.

Abner Marsh, doświadczony kapitan parowców, wchodzi w spółkę z tajemniczym Joshu’ą Jorkiem. Gdyby nie trudna sytuacja kapitana pewnie nie zgodziłby się na dziwne warunki swojego partnera. Razem tworzą niezwykły parowóz, „Fevre Dream”, który ma przebić wszystkie inne, pływające po Mississippi. Jednak wkrótce ekscentryczne zachowania drugiego kapitana oraz krążące plotki zaczynają niepokoić Abnera, który postanawia dociec prawdy. Poddaje Jorka między innymi próbom święconej wody i krzyża, ale nie otrzymawszy zadowalających wyników stwierdza, że trzeba postawić sprawę jasno i uczciwie. Na takich podstawach i wspólnych dążeniach, zaczyna rozwijać się przyjaźń Marsha i Jorka, który zdradza historię swego życia. Jak wszyscy się domyślają dystyngowany gentleman to oczywiście wampir, ba nawet można powiedzieć wampir-rewolucjonista. Domorosły ten chemik wynalazł napój, który gasi „czerwone pragnienie” wampirów i pragnie teraz ucywilizować swój naród. Idealista chce aby krwiopijcy zrezygnowali z odbierania życia ludziom i gasili pragnienie z pomocą butelki. Jak można się domyślać taka drastyczna zmiana w diecie dzieci nocy nie wszystkim przypada do gustu.

Pisarz przedstawił w swej książce wiele ciekawych wątków, szczerą przyjaźń i oddanie jakie połączyć mogą wspólników, kwestię niewolnictwa w dość niedwuznaczny sposób, czy rewolucji w zamkniętym społeczeństwie. Motyw niewolnictwa działa tu na zasadzie analogii, ukazane jest okrucieństwo białych w stosunku do ludzi czarnych, bezduszne i bezlitosne posługiwanie się ludźmi, którzy przecież ludźmi nie są, żyją by służyć. Tymczasem wampiry w tej powieści tak samo traktują ludzi, nie jako bydło robocze tylko jako bydło do spożycia (przy czym słowo „bydło” pada w książce kilka razy). Rasizm pełną parą.

Obok mocnych słów, makabrycznych opisów w fabule współistnieją eteryczne i wzniosłe marzenia Joshuy i Abnera, obaj kapitanowie wkładają serce w swe cele i są wierni do końca swoim zasadom moralnym. Kodeks honorowy, którym kierują się w życiu jest ważniejszy niż ich własne. Ci bohaterowie, ze swoim idealizmem przypominają o powoli zmieniającym się świecie, idei gentlemana, dla którego ustna umowa znaczyła więcej niż pisemna. Abner Marsh jest przy tym najciekawszą postacią, wzbudza sympatię i rozbawienie, do tego jest nietuzinkowy, w przeciwieństwie do postaci wampirów, dystyngowanych i pięknych. Stary kapitan jest bohaterem godnym kreacji Marka Twaina.

Martinowi w zręczny sposób udało się oddać klimat Ameryki XIX wieku z królującymi na Mississippi parowcami. Myślę, że sięgnę po kolejne książki tego autora.

polskie wydanie:

Ostatni rejs Fevre Dream Autor: George R.R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: Lipiec 2010
ISBN: 978-83-7506-497-1
Liczba stron: 586

Klub martwych, Charlaine Harris

Club Dead (Klub martwych), Charlaine Harris, ACE Books

Club Dead

„Club Dead” to trzecia część cyklu z niezniszczalną telepatką – Sookie Stackhouse. Rozpoczyna się utartym przez Harris schematem,  kolejny stwór człekopodobny nastaje na życie tej całkiem inteligentnej blondynki. Myślałam, że skoro Bill znika w tajemniczych okolicznościach to będzie ciekawie, ale trochę się zawiodłam. To na razie najgorsza powieść tej autorki, można powiedzieć należąca do bardzo ostatnio popularnego gatunku paranormal-romance. Nie ma tu obecnej w poprzednich częściach zabawy z konwencją, utartymi schematami, oryginalnych pomysłów, nawet dowcip zawodzi bo pisarka o humorystycznych wstawkach przypomniała sobie niejako pod koniec książki. „Klub martwych” to przede wszystkim romans, w którego treści liczy się najbardziej seksualne napięcie jakiemu poddają się absolutnie wszyscy bohaterowie. Tu aż skwierczy i paruje od powstrzymywanych żądz. Do fanklubu niezwykłej kelnerki dołączył wilkołak Alcide i mamy teraz: Alcidea, Billa i Eryka – brakuje faceta na literę C, bo mam wrażenie, że pisarka pozwoli zauroczyć Sookie cały alfabet. Lista zalotników przyciąganych magnetyzmem tej dziewczyny wydaje się nie mieć końca.

Trudno mi też uwierzyć w zdradę Billa, tego chłopaka-idealnego, gentlemana i rycerza przymierza, który był dosłownie na każde zawołanie swej dziewczyny. Nagle przypomniał sobie jak udany miał związek z wampirzycą Loreną i zniknął jak kamfora. Ta postać nigdy nie była wiarygodna, ale teraz to autorka zaczyna partaczyć.

Bill wpada w tarapaty a jego praworządna, „prawdopodobnie była” dziewczyna, wyrusza z odsieczą. Dziewczyna dosłownie inwigiluje dom wampirzego króla Missisipi, ale to wszystko co zdradzę.

Cóż, ta powieść wypada słabiutko, brak mi było społeczności Bon Temps z jej niezwykłymi postaciami i świetnymi tekstami. Za dużo tu tego romansu i przydługich momentów, jednak pewnie sięgnę po kolejną część cyklu bo będe w niej szukała niezwykłego poczucia humoru Harris, które jest dla mnie jej znakiem firmowym.

U martwych w Dallas, Charlaine Harris

Living Dead in Dallas (U martwych w Dallas), Charlaine Harris, Gollancz

 Living Dead in Dallas

W drugiej części przygód Sookie Stackhouse, „U martwych w Dallas”, na pewno nie brakuje różnorodnych stworów, które wcale nie mają zamiaru ujawnić się społeczeństwu jak wampiry i płacić podatków. A sama Sookie jak zwykle mimochodem pakuje się w kłopoty, z których nie wychodzi wcale w jednym kawałku,  zastanawiam się czy w tym tempie w jakim pisarka naraża swoją główną bohaterkę na rany szarpane, cięte, kłute, gwałty, ostrzał z broni palnej, to czy zanim dojdę do czwartej części tej serii urocza blondynka nie będzie przypominała weterana wojny secesyjnej.

Po ataku bachtanki, która od jakiegoś czasu nawiedzała lasy Bon Temps, naszej kelnerce wampiry zapewniły kurację „zdrowotną”. Oczywiście nic za darmo, teraz Sookie wraz z Billem udają się do Dallas by przy pomocy jej daru rozwiązać sprawę zaginionego krwiopijcy.

Bill coraz bardziej przypomina faceta idealnego Cosmopolitan. Zawsze z uwagą słucha swojej partnerki, nawet gdy ta plecie trzy po trzy, odpowiada na wszystkie jej pytania po dogłębnym zastanowieniu i analizie, doradza , a momentami narzuca swoje zdanie w kwestii ubioru, by następnie podziwiać te wdzianka na niej z półotwartymi ustami. Pędzi na ratunek na każde zawołanie swej damy, choć często się spóźnia ze względu na ograniczenia jakie narzuca my stan wampirzy. Stale zapewnia niezwykłe doznania erotyczne, przy czym jest niezmordowany. Spędza z nią wszystkie wolne chwile, nie zadaje się niepotrzebnie z innym, męskim towarzystwem. W odpowiedniej mierze zazdrosny i rycerski.

Na szczęście, jeśli chodzi o całokształt, nadal jest dowcipnie i ironicznie więc można się pośmiać, co na pewno skłoni mnie do sięgnięcia po kolejne części, choć na pewno nie w polskim tłumaczeniu.

Martwy aż do zmroku, Charlaine Harris

Dead Until Dark (Martwy aż do zmroku), Charlaine Harris, Gollancz

Dead Until Dark

„Czysta krew”, jeden z najpopularniejszych seriali HBO (więcej informacji na blogu Eruany ), znana jest mi tylko z kilku odcinków, ale zostałam rozbawiona przez serial na tyle, by sięgnąć po książkę, która zainspirowała scenariusz. Wśród tego całego wampirzego szaleństwa jakie rozpętało się w ciągu kilku ostatnich lat powieść ta stanowi całkiem miłą odmianę, zwłaszcza dla dorosłych, którzy mają dosyć ckliwych romansów.

Tu nie ma owijania w bawełnę i przyczajonych niedomówień, natchnionych bohaterów. Bon Temps, w Nowym Orleanie, to miasteczko małe i nudne, w którym wszyscy się znają, a plotka roznosi cię z szybkością świetlną. Tu dorastała Sookie Stackhouse, dziewczyna niepoślednia jeśli chodzi o poczucie humoru, pozornie nie odbiegająca od utartego schematu kobiety z małej, zaściankowej mieściny. Bohaterka nie ukończyła żadnej szkoły wyższej, nie podróżowała, nie poznawała świata, nie wykazuje się zbytnim ilorazem inteligencji wybiegającym ponad przeciętność, w oczach znajomych uchodząca za lekko „opóźnioną”, wiecznie nieprzytomną dziewczynę. Pracuje w lokalnym barze jako kelnerka i w dodatku lubi swoją pracę. Jej największym życiowym problemem jest dar telepatii jaki posiada, pozwalający na czytanie w myślach innym. Pisarka w niesztampowy sposób podeszła do tego talentu, który nie pozwala bohaterce na znalezienie chłopaka czy po prostu przeszkadza w skupieniu uwagi. Sookie zawsze dowiaduje się więcej niżby chciała, natrętne myśli innych uprzykrzają jej codzienność i życie osobiste. Dlatego też wampir Bill stanowi miłą odmianę, nie tylko w kwestii gatunkowej , nowy znajomy staje się dla bohaterki oazą niezmąconego spokoju i wrażeń o nieco innym kalibrze. Oczywiście zadawanie się z wampirami nie prowadzi do niczego co przypominałoby małomiasteczkową utartą rzeczywistość, a sprawy komplikują się dodatkowo gdy w Bon Temps zaczyna grasować seryjny morderca. Wśród tych wszystkich wydarzeń Sookie stara się odnaleźć, przy czym nie jest żadną nieustraszoną wonderwoman a zwykłą przestraszoną dziewczyną. Jest osobą raczej rozsądną, o sporym dystansie do samej siebie a to czyni jej wypowiedzi niezwykle zabawnymi.

 „My brother, Jason, came into the bar, then, and sauntered over to give me a hug. He knows that women like a man who’s good to his family and also kind to the disabled, so hugging me is a double whammy of recommendation.”

 „The next morning, looking in the mirror, my teeth were whiter and sharper. My hair looked lighter and livelier, and my eyes were brighter. I looked like a poster girl for good hygiene, or some healthy cause like taking vitamins or drinking milk.”

Pisarka doskonale wyważyła uczucia, jakie nękają bohaterów, nie szarżując heroicznymi aktami odwagi ze strony typowych przeciętniaków, pozwalając swoim postaciom na lęk, rozpacz czy na inne, o wiele bardziej oryginalne słabości. Same wampiry to postacie, które próbują się dostosować i żyć „wśród ludzi”, a przy tym zwalczyć swe nieokiełznane popędy przy pomocy syntetycznej krwi wymyślonej przez Japończyków. Oczywiście nie wszystkie okazy są tak samo potulne, a moralny kodeks krwiopijcy różni się trochę od standardowych siedmiu przykazań.

Specyficzny humor autorki nadaje ton tej książce i jest niczym ożywcze tchnienie wśród wypróbowanych schematów (momentami przypomina mi trochę Evanovich). Każdy z bohaterów to przemyślany i nietuzinkowy twór, do którego autorka dodaje szczyptę pikanterii.

 Kategorie: fantastyka / na poprawę humoru

Greywalker, Kat Richardson

Greywalker, Kat Richardson, przełożyła Dominika Repeczko, Fabryka Słów, Lublin 2008

Greywalker

Harper Blaine, prywatny detektyw, to kobieta z tak zwanymi jajami. Prowadzi własną agencję detektywistyczną ponieważ chce być niezależna i lubi rozwiązywać zagadki. Jednak jej utarte szlaki dochodzeń zmieniają się całkowicie gdy przeżywa śmierć kliniczną i zaczyna wykazywać pewne specyficzne zdolności. Otwiera się przed nią Strefa Szarości, świat pomiędzy tu i tam, wymiar w którym Harper nie umie i nie chce się odnaleźć. Jeszcze próbuje prowadzić normalne życie, ale za drzwiami tłoczą się już podejrzani klienci, niekoniecznie z rodzaju tych żywych, a duchy zaczynają mieć irytujący zwyczaj ukazywania się jej w nieodpowiednich momentach. Przez trzy czwarte powieści pani detektyw walczy jak może z natrętną szarością i udaje, że wszystko jest po staremu, ewentualnie nie dostrzega dudniących sygnałów ostrzegawczych i pakuje się w coraz większe i większe kłopoty.(spojlery) No ale nic to, zleconą robotę wykonuje sumiennie i jakież jest jej zdziwienie gdy odnaleziony przez nią student (zadanie zlecone przez zmartwioną mamę tegoż, młodzieniec wyrwał się spod kurateli rodzicielskiej i poszybował w świat) okazuje się mieć nieco poważniejsze problemy niż przypuszczała.  Chłopak w padł w złe towarzystwo i nie radzi sobie teraz z własnym wamipryzmem, do tego jeszcze sprawa zaginionych organów, pamiątki rodzinnej, która jest nawiedzonym artefaktem. Główna bohaterka jest wiarygodna razem ze swoimi nietypowymi problemami gdyż sobie po prostu nie radzi, oczywiście do pewnego momentu, równocześnie jest trochę irytująca ze względu na własną krótkowzroczność, która może denerwować czytelnika. W jej szamotaninie z nieznanym pomaga jej małżeństwo Danzingerów, które nie wypadło przekonująco, z pozoru para idealna, jednak nie wolna od typowych problemów. Jest jeszcze Quinton, informatyk-złota rączka, z marszu zaprzyjaźnia się z Harper i na kilometr pachnie to czymś nadnaturalnym, ale rozwiązanie pewnie dostaniemy w drugim tomie.

Książkę spokojnie można byłoby skrócić z 500 stron do 350 żeby czytelnik nie domyślał się tak szybko dalszego biegu wydarzeń, ale mimo tej sporej objętości czyta się w miarę szybko. Mamy wątki sensacyjno- kryminalne, miłosne i fantastyczne, także półmisek wypełniony jest po brzegi, a autorka dobrze sobie przemyślała fabułę ubarwiając ją czasami dowcipem. Jeśli chodzi o same wampiry nie wymyśliła niczego nowego, korzystając jedynie ze schematów, ale całkiem umiejętnie – klan wampirzy niczym wielka „kochająca się” rodzina, nieśmiertelność, odpowiednia dieta bogata w hemoglobinę, rodowa ziemia. Spodobało mi się to, że pisarka wyraźnie zaznaczyła, że wampir to nie człowiek i nic tego nie zmieni. Modne ostatnio wkładanie krwiopijców w owczą skórę odbiera im sporo z ich outsiderowskiej mroczności, natomiast w tej powieści mamy swoistą ewolucję „dziecka nocy”, które nie tylko musi się przystosować do nowej egzystencji, ale wcześniej czy później zerwać więzy z dawnym życiem ponieważ i tak straci duszę człowieka. Cena za wieczne życie jest ogromna, nie da się ominąć jej konsekwencji, nieprzystosowanie się do nowych zasad oznacza powolną śmierć. Tak więc teoria żywienia się krwią szczurów czy pum odpada. 

Szara strefa Richardson wypada jak dla mnie dosyć nudnawo, cienie, kłęby pary, szarości, podmuchy wiatru, ciemne macki stworów i tyle. O wiele lepiej i ciekawiej wyszło stworzenie „przestrzeni pomiędzy” Grzędowiczowi w „Popiele i kurzu”. Pisarka powinna też jeszcze popracować nad tworzeniem składnych zdań o większej zawartości sensu. Powieść polecam wszystkim spragnionym wrażeń pisanych kobiecą ręką.

Recenzja Eruany