Opowieści ze świata mrówek, Edward O. Wilson

Opowieści ze świata mrówek, Edward O. Wilson, Copernicus Center

MRÓWKI w czasie 150 milionów lat ewolucji odegrały kluczową rolę w eko­systemach pod niemal każdą szerokością geograficzną. Podobnie jak ludzie potrafią współpracować, walczyć czy zniewalać. Budują siedziby ze skompli­kowanymi systemami komór i korytarzy, uprawiają ogrody, a nawet hodują inne zwierzęta. Posiadają szereg niezwykłych umiejętności, na przykład:

Pogonomyrmex – uwalniają chmurę alarmowych feromonów, aby wezwać na pomoc swoje współtowarzyszki, gdy dochodzi do konfrontacji z mrów­kami ognistymi;

Megaponera analis – najbardziej wojownicze mrówki Afryki, potrafią prze­nosić w żuwaczkach do piętnastu termitów;

Basiceros – najwolniejsze ze wszystkich mrówek, pokrywają swoje ciała kurzem i śmieciami dla kamuflażu.

Zadziwiające zwyczaje tych niewielkich stworzeń prezentuje wybitny zoo­log Edward O. Wilson. Autor zabiera nas w niezwykłą podróż od Mozam­biku i Nowej Gwinei, przez wyspę Dauphin w Zatoce Meksykańskiej, aż po dzikie rejony Puszczy Amazońskiej, podczas której z pasją opowiada o swo­jej trwającej od niemal ośmiu dekad fascynacji tymi niezwykłymi owadami.

Skrawki wspomnień, anegdot, naukowych badań, ciekawych opowieści tworzą ciekawą historię po trosze autobiograficzną, zawsze ściśle związaną z tym gatunkiem zwierząt.

Niektóre fakty podane przez Edwarda Wilsona zastanawiają, i pozostają w pamięci na dłużej – mrówki, które wykradają jaja innego gatunku aby mieć „niewolnice” pracujące dla dobra ich kolonii.

Nie tylko nie wiedziałam, że jest ponad szesnaście i pół tysiąca gatunków mrówek, ale, że może jeszcze być tysiące nie odkrytych.

Czytelnikowi udziela się entuzjazm autora i zachwyt dla tego mikroświata jaki tworzą mrówki. Myślę, że ten naturalista nigdy nie stracił swojego zapału do badania środowiska i dziecięcego wręcz zachwytu, świadczą o tym nie tylko liczne eksperymenty, które przeprowadza, ale ich forma oraz sposób w jaki to robi. Niekwestionowane poczucie humoru jest kolejnym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę, nawet jeśli nie jesteśmy fanami mrówek. Po przeczytaniu tej książki nie patrzę już ze złością na mrówki, które jakimś cudem znalazły się w mojej kuchni. Pełna podziwu patrzę jak tropiciele uparcie krążą i szukają pożywienia.

Słowik, Kirstin Hannah

Słowik, Kirstin Hannah

„Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności. Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…”

„Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności. Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…”

Główna bohaterka całkowicie nie ma instynktu zachowawczego i tego nie można usprawiedliwić po prostu brakiem miłości oraz troski w jej życiu. Ja rozumiem, że autorka próbowała określić motywację swej bohaterki, ale ona po prostu ma cechy psychopatki. Z jednej strony łaknie uwagi wszystkich członków rodziny, z drugiej nie ma najmniejszego problemu, aby wystawić ich na śmiertelne niebezpieczeństwo. Isabell idzie za łatwo przeprowadzanie spadochroniarzy- 25 razy bez incydentu czy spotkania ze strony wrogów, którzy jej tak usilnie szukali? Dziewczyna swoim szczęściem mogłaby obdzielić pół kuli ziemskiej. Nic się jej nie ima, i nawet jak jest już chora i pluje krwią, to pluje i pluje, i pluje, i nie padnie, taka zażywna to istota. Tymczasem odpowiedzialna, samozachowawcza starsza siostra w połowie książki nagle przechodzi przemianę o 180 stopni i organizuje działania kolaboracyjne wręcz o skali „przemysłowej”. Najpierw nie chciała robić nic, ponieważ wszystko mogło zagrażać bezpieczeństwu jej córki, i nagle stwierdziła, że jej córka nie może dorastać w takim świecie, gdzie pozwala się na takie nieludzkie traktowanie jednostek.

Generalnie widać, że autorka ma lekkie pióro, zwłaszcza przy opisach, dodaje szczegóły z życia powszedniego, nie przedobrza z nimi. Do tego wydaje mi się, że lubi po prostu jeść, ponieważ ja robię się głodna po opisach jej posiłków, mimo, że były dość skromne w czasie wojny. Jednak jeszcze nie byłam w połowie a już całkowicie straciłam serce do tej książki

Z jednej strony to jest po prostu czytadło, przemyślane, bazujące na przeciwnych charakterach przepięknych sióstr, z drugiej strony dość przesłodzona, momentami nieznośnie sentymentalna historia. Ja miałam problem z narracją, która prowadzi czytelnika niby małe dziecko za rączkę, tłumacząc absolutnie wszystko, aby nie zboczył gdzieś po drodze i nie doszedł sam do jakichś wniosków, innych niż podaje sama pisarka. Do tego momentami całość „kupy się nie trzyma”, np skąd bezrobotna nauczycielka Żydówka miała pieniądze na paczkę papierosów i butelkę brandy, gdy wyraźnie jest zaznaczone, że wszyscy głodowali od długiego czasu. Skoro jest tak odpowiedzialną matką, jak mogła na to wydać całe oszczędności?

Dla sentymentalnych romantyków.

Bracia Dalcz i S-ka

Bracia Dalcz i S-ka, Tadeusz Dołęga-Mostowicz

„Dwaj stryjeczni bracia walczą o spadek zakłady przemysłowe Dalcz. Krzysztof jest gruntownie wykształconym fachowcem, człowiekiem uczciwym, pracowitym. Paweł to spryciarz, samouk i hochsztapler, czarna owca rodziny, posiadający wrodzony talent do interesów. Wykorzystuje zamieszanie po śmierci ojca i przy pomocy oszustw i fałszerstw staje się dyrektorem przedsiębiorstwa. Jednak wielkimi krokami zbliża się kryzys gospodarczy. Akcja tej obyczajowo-sensacyjnej powieści rozgrywa się na tle ogólnoświatowej afery gospodarczej, nawiązującej do wielkiego kryzysu lat trzydziestych.”

Głównym bohaterem tej powieści jest hochsztapler Paweł, syn właściciela fabryki, chłopiec z „dobrego domu”, który zdążył już przepuścić swoją część spadku. Mimo owego „dobrego domu” jest personą dość podejrzanej konduity. W ogóle w ciekawy sposób autor rozprawił się ze swoim bohaterem. Na początku powieści dostajemy protagonistę, który praktycznie od razu budzi niechęć czytelnika – wałkoń, który przepuścił swoją schedę i teraz trwa w jakimś marazmie na utrzymaniu kochanek, żyjąc w upodleniu bez krztyny woli do działania. Śmierć ojca, bogatego przemysłowca wyrywa go ze stagnacji, i nagle pełen werwy, „zwąchawszy” świetną okazję przystępuje do działań, na niewiarygodną wręcz skalę. Po prostu „staje na szczycie świata”, ale po kolei. Nasz bohater sam się nie przeobraża, to nasza opinia czytelnika ma się zmienić, my zaczynamy Pawłowi kibicować wraz z kolejnymi stronami (albo z powątpiewaniem patrzeć na jego poczynania). Człowiek ten jest realistą do szpiku kości, a jego plany biznesowe nie mają ram, czy jakichkolwiek granic. Ma rozmach Billa Gatesa, jest megalomanem, szczęściarzem i oszustem. Bezwzględny, wykorzysta każdą ludzką słabość do swoich celów, traktujący kobiety jak narzędzia, choć sam nie jest z natury okrutny czy perfidny. Po prostu jego sensem życia jest „wielka gra”, rozdawanie kart przy stoliku najwyższych stawek, ale nie w hazardzie, ale w biznesie. Choć moim zdaniem za gładko to wszystko idzie temu zuchowi. Jak na przekręty tej skali, zbyt się wszystko układa po jego myśli. Kolejni naiwniacy sami się wręcz nawijają. Tu naukowiec znajdzie się z przełomowym wynalazkiem (i całkiem przypadkiem jest tak strasznie naiwny i zakochany w kobiecie, którą manipuluje Paweł), tam go zaproszą na przyjęcie, gdzieś napatoczy się kto inny, kto pomoże zrealizować plany. Idzie jak po sznurku.

Gdzieś po drodze Dołęga traci z oczu jedną ze swoich głównych bohaterek, na rzecz przemyśleń i tragedii innej. A mógłby już jakoś zakończyć ten wątek i „coś z nią zrobić” na koniec, skoro doprowadził wątek życiowej ścieżki Pawła na sam koniec.

W którymś artykule o twórczości Dołęgi przeczytałam, iż jest to „pierwszorzędny pisarz drugorzędny” i można mu to przyznać (choć niekoniecznie przy tej powieści). Jednak dla tej powieści pisarz zapragnął czegoś więcej. I dołożył parę głębokich problemów z rozdwojeniem jaźni włącznie. Całkiem sporo akapitów poświęcił później na roztrząsanie ich, by pod koniec powieści powrócić do swego pisarskiego przygodowego stylu i zamknąć porządnie jeden główny wątek. W ogóle ta pozycja jest pełna dwuznaczności- ponieważ główny bohater niejako godzi swoją postawą w filozoficzno-psychologiczne przemyśliwania autora.

Podobał mi się wątek manipulacji rzeczywistością oraz opinią publiczną. Ponieważ Paweł to aferzysta na ogromną skalę i dysponuje środkami finansowymi oraz i znajomościami może sterować wizerunkiem instytucji, naukowców, fabryk. Oczywiście kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na wierzch, ale i tak czytelnik może być zaszokowany jak wiele można ukryć przed opinią publiczną i jak łatwo można tego dokonać.

Ta książka jest chyba też najbardziej sensacyjna ze wszystkich utworów Dołęgi-Mostowicza, które na razie czytałam. Wychodzi taki misz-masz, z jednej strony wydarzenia o wręcz spektakularnych zwrotach akcji, z drugiej wieje nudą i przydługimi wstawkami filozoficzno-psychologicznymi.

Baranek, Chrostopher Moore

Baranek, Christopher Moore

Pełna absurdalnego humoru i celnych obserwacji obyczajowych satyryczna współczesna opowieść o nieznanych latach Jezusa opowiedziana z punktu widzenia jego najlepszego przyjaciela z lat dziecięcych, Biffa, który w tym celu został wskrzeszony. Bosko zabawna, a jednak wzruszająca książka, przypominająca zarazem dzieła Vonneguta i Douglasa Adamsa. W istocie opowieść, jaką Biff ma do przekazania, jest prawdziwie cudowna, pełna niezwykłych wędrówek, magii, uzdrowień, kung-fu, ożywiania ciał, demonów i ostrych lasek. Nawet chytre sztuczki i głębokie oddania kumpla Zbawcy mogą nie wystarczyć, by zepchnąć Joszuę ze ścieżki tragicznego przeznaczenia. Nie ma jednak nikogo, kto kocha Jezusa bardziej – może z wyjątkiem Marii z Magdalii – a Biff nie ma zamiaru bez walki pozwolić, by jego niezwykły przyjaciel doznał cierpień i wniebowstąpienia. Branek to kolejna po Najgłupszym Aniele i Brudnej Robocie powieść Moore’a.

Jakże ciężko jest być synem Boga, tyle pytań bez odpowiedzi, tyle niebezpieczeństw, z których młody zbawca kompletnie nie zdaje sobie sprawy. Na szczęście ma kumpla mocno stąpającego po ziemi. Biifa nie da się nie lubić, gdyż pomimo oficjalnej głupoty, jest tak naprawdę człowiekiem, który podchodzi do wszystkiego ze sporą dozą krytycyzmu i swego rodzaju rezolutnością. Jezus jest naiwny, dobry, pełen poświęcenia i dobrej woli. Przykładny Zbawiciel, który bardzo serio traktuje swe zadanie na ziemskim padole. Bo tak naprawdę pisarz nie pozwolił sobie na zbyt wiele, z samą postacią Jezusa i mimo, iż balansuje na cienkiej linie to ta powieść nie ma szokować, tylko bawić czytelnika. Przeznaczenie Jezusa jest od samego początku jasne, będzie poświęcony w imię nowej wiary. Autor tańczy więc stale na granicy bluźnierstwa, ale raczej jej nie przekracza.

Z mojej perspektywy wstawki z Yeti oraz demonem były kompletnie nie potrzebne, a szkolenie Jezusa u trzech mędrców mocno przydługie. Pewnie bardziej by mi się podobało gdyby autor pobawił się jeszcze z konwencją, sparafrazował późniejsze nauki Chrystusa, a nie tak od razu, po powrocie bohaterów „ze szkolenia na Zbawiciela” przyspieszył nagle fabułę i przeszedł „do finału”. Bo to właśnie ta zabawa z uświęconą, znaną nam tak bardzo konwencją, mnie najbardziej bawiła.

Sama powieść też nie wypada znów tak bardzo świętokradczo, oczywiście nie jest to pozycja dla konserwatystów albo ludzi, których bawiłaby satyra Christophera Moore’a. Sam humor nie jest zbyt „dystyngowany”, raczej taki w kierunku chłopięcego nastolęstwa. Momentami nie trafia w moje poczucie humoru, a momentami bawi i śmieszy.

Polskie wydanie:

Poradnik pozytywnego myślenia, Matthew Quick

Podnosząca na duchu powieść o miłości i szaleństwie.

Pat Peoples wie, że życie nie zawsze idzie zgodnie z planem, ale jest zdeterminowany, by jego wróciło na właściwy tor. Po pobycie w zakładzie psychiatrycznym wprowadza się do rodziców i próbuje żyć zgodnie ze swoją nową filozofią: osiągnąć sprawność fizyczną, być życzliwym i zawsze myśleć pozytywnie. Z całego serca marzy też, by pojednać się ze swoją żoną Nikki.

Rodzice Pata chcą go chronić, by szybciej stanął na nogi. Jednak kiedy zaprzyjaźnia się on z tajemniczą Tiffany, ukrywanie prawdy przed synem przestaje być takie proste…

Czy powieść o mocno zwichrowanych ludziach może podnieść na duchu? I tak ,i nie. Elementem komediowym jest tu na pewno zachowanie głównej postaci, Pata, jego pojmowanie rzeczywistości i jego swoista nieporadność. Jak dla mnie jego postaci brakuje głębi wymiaru psychologicznego. Jak na książkę o czymś tak delikatnym jak ludzka psychika, powieść przejeżdża przez wątki w dość powierzchowny sposób skupiając się na fabule, która ma rozerwać czytelnika. W zamyśle ma to być powieść pozornie skomplikowana, traktująca o poważnych rzeczach, w rzeczywistości to dość prosta, relaksująca historia z popapranymi emocjonalnie bohaterami, którzy szukają własnego szczęścia. Czytając odnosiłam wrażenie, że Pat na prawdę jest spłycony na potrzeby humoru. Ja rozumiem, że on ma problemy, ale upraszczanie jego reakcji i przemyśleń do poziomu 9 letniego chłopca nie zawsze śmieszyło i było usprawiedliwione. Nie zrozumcie mnie źle, to się dość szybko czyta i całkiem przyjemnie, ale to nie jest literatura wielkich lotów. Myślę, że jest to powieść dość sprawnie napisana, ale kwalifikuję ją do kategorii mych „letnich lektur”. To Tiffany była tą postacią, która mnie ujęła pomimo jej wątpliwej moralności. Pat miał być po prostu uroczy, i jest, ale tak bardziej w kierunku „uroczego debila” niż mężczyzny przed 40. To co wcale nie śmieszy to związek rodziców Pata i przydługie opisy wyczynów sportowych drużyny sportowej, której kibicuje całe miasto. Wcale nie czułam się podniesiona na duchu widząc w jakim związku tkwi matka głównego bohatera i jak zachowuje się jego ojciec.

Psychologia w wersji rozrywkowej.

Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki, Iwona Kienzler

Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki. Przestępczy półświatek II RP, Iwona Kienzler

W książce „Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki” autorka odziera nas z wizji Warszawy jako drugiego Paryża Europy, przytomnie pisząc, że to wygórowane mniemanie o naszej stolicy wzięło się z przedrukowywanych zdjęć i pocztówek, na których zwykle nie było widać rozpadających się budynków, wilgotnych mieszkań i wszechobecnych, skleconych bud. Przyjezdni porównywali Warszawę raczej do Irkucka. Co oczywiście nie znaczy, że nie było reprezentacyjnych ulic czy budynków.

Z opracowania wyłania się nam też dość niepochlebny obraz służących, pracujących w Warszawie i bynajmniej nie dotyczący ich pracowitości, a głupoty! Wyobrażam sobie, że młodym dziewczynom, które przyjechały ze wsi, czy prowincji, nie było łatwo. Brak wykształcenia, wsparcia, kogoś kto mógłby je po prostu przestrzec, powodowały, że ich naiwność była ogromna. Ale już dziewczęta dorastające w stolicy, powinny dysponować już jakimś zdrowym rozsądkiem, aby nie dać się ograbić i oszukać. Na ich naiwności żerowali przedstawiciele kryminalnego półświatka. I to jak bardzo!

O terrorystach i akcjach terrorystycznych mówi się teraz wiele i w negatywny sposób. Dla współczesnego Europejczyka nie do pomyślenia jest, że można byłoby odnosić się inaczej niż negatywnie. W aktach terrorystycznych giną niewinni ludzie. Na początku XX wieku nastawienie jednak było inne, kategorie, w których rozpatrywano taki czyn były postrzegane zupełnie inaczej. PPS organizowało różne akcje mające na celu wsparcie pieniężne dla działaczy niepodległościowych, którzy ścigani, potrzebowali gotówki. Kienzler przypomina, iż w jednej z takich akcji, w Bezdanach, brało udział czterech przyszłych premierów Polski. Ruch rewolucyjny, niestety, rozpowszechnił bandytyzm w kraju. Popełniano nadużycia moralne i pieniężne, deprawowano organizacje, uprawiano terror ekonomiczny, nadużywano broni.

Książka Iwony Kienzler wciągnęła mnie, ale autorka wybrała ciekawy temat i porusza interesujące kwestie. Jak dla mnie mogłoby być jeszcze więcej informacji ponieważ momentami miałam wrażenie, że te niektóre problemy dwudziestolecia są potraktowane dość pobieżnie a ja poczytałabym więcej.

Lato 1920, Joanna Rolińska

Autorka, Joanna Rolińska, prezentuje czytelnikom „Lato 1920”, doskonale osadzoną w czasie opowieść o wielkich przewrotach, małych tajemnicach i ludziach, którzy są za nie odpowiedzialni.

Historie piszą się same, te mniejsze i większe. Im głębiej zanurzamy się w świat, tym więcej zaczynamy ich zauważać, żyć nimi i oddychać. Opowieści ze świata małej społeczności są zawsze ciekawe i niemożliwe do odwzorowania w tych samych konfiguracjach, dlatego tak ciekawe i magiczne. Czasami jednak przerażające.

Opowieść o stolicy na dwa lata po odzyskaniu niepodległości snuje się na jednej z ulic. Długiej, niczym się nie wyróżniającej. Takich są setki, jeśli nie tysiące w samej Warszawie. A jednak to właśnie tu tętni życie, a czytelnik ma wrażenie, że ilość działań i bodźców pokonałaby go nawet teraz, w dobie powszechnego dostępu do informacji.


Mamy tu bohatera zbiorowego, czyli społeczność i tego niemego, czyli samo miasto, które zezwala lub nie, aby rzeczy się działy. A początek lat 20. XX wieku to nie lada czas; po pierwsze wykańcza nas upał i drożyzna. Mamy kolejki, omdlewające damy, wachlujące się „Życiem Warszawy” i panów, którzy ciemne interesy zawsze robią w cieniu. I w kaszkiecie.

Mamy tu afery kryminalne, samobójstwa i strajki robotnicze. Dyskusje, premiery książkowe, zbyt mało policji, gdzie trzeba i za dużo, gdzie nie trzeba. Wieczorami paradujemy w pięknych kreacjach na spektaklach kabaretowych, bywamy na rautach i proszonych kolacjach. Miasto jest już polskie, ale dalej, jakby podzielone, pokłócone, chociaż nie wiadomo, o co i kto zaczął. Gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, wszyscy magicznie się jednoczą, jakby zawsze darzyli się szacunkiem, ale kiedy zagrożenie mija, wraca stary system. I upał. I drożyzna. I omdlewające damy…

Polska w książce Joanny Rolińskiej to przede wszystkim Warszawa w okowach historii. Państwo , które dopiero co odzyskało niepodległość, walczące o spójność (rozbiory), musi się zmierzyć z wyzwaniem jakim jest wojna. Mamy tu pełen wachlarz nastrojów wszystkich warstw społecznych, jak zwykle zróżnicowane poglądy polityczne i emocje jakie budziły. Potęgujący się antysemityzm, który bardzo mnie jako czytelnika uderzył. Te wszystkie agresywne zarzuty wobec Żydów, wzajemne oskarżenia obu nacji w gazetach, przytoczone przez autorkę, w dzisiejszych czasach publikowany mogłyby być tylko w brukowcach albo na niektórych forach internetowych. Żarliwe dyskusje przepełnione wzajemną nienawiścią i oburzeniem na „tą drugą stronę”. Niehomogeniczne społeczeństwo to mało powiedziane.

Mimo realnego zagrożenia w sierpniu Warszawiacy nie mogli narzekać na kulturalną pustkę. Teatry zapowiadają premiery, na scenach ulubione aktorki i aktorzy, zagraniczni goście – jednym słowem życie kulturalne Warszawy kwitło. Oczywiście nie wszystkim się to podobało. Gazety przypominały nieustannie o powadze chwili i o decorum wobec tak doniosłych dla ojczyzny wydarzeń, ale ze względu na ilość tych artykułów rozumiem, że Warszawiacy i tak bawili się dalej. Dziennikarze nawoływali o potrzebie zaprzestania wystawiania przedstawień teatralnych, kabaretów, a przede wszystkim o pomiarkowanie z urządzaniem przyjęć. Choć gdy takie przedstawienie było wystawiane by zebrać pieniądze na cel związany z wojną, patrzono na to inaczej.

Joanna Rolińska prezentuje różnorodne opinie ludzi odwiedzających Warszawę. Człowiek sobie uświadamia jak bardzo, wiele różnorodnych czynników wpływa na ludzkie opinie. Niektórzy z żołnierzy zachwyceni byli postawą Warszawiaków, tym, że starano się im pomóc czy choćby wesprzeć choćby kubkiem gorącej herbaty i najprostszą strawą. Inni znów czuli się niedocenieni, oceniając mieszkańców stolicy jako lekkoduchów. Tymczasem sama autorka książki pozostawia wiele do oceny prywatnej czytelnika, starając się przytoczyć najlepiej dobrane artykuły, listy, opinie – tworzy złożony obraz Warszawy 1920 roku.

Dogonić tęczę, Fannie Flagg

Dobra nowina! Fannie Flagg wróciła do miasta – a miasto jest jednym z głównych bohaterów jej nowej powieści.
Oprócz Sąsiadki Dorothy, której uśmiechnięty głos codziennie informuje nas przez lokalną rozgłośnię o miejscowych wydarzeniach, spotykamy też jej dziesięcioletniego syna Bobby’ego, który ma przeżyć tysiąc wcieleń, głównie w swojej wyobraźni; również Normę i Macky’ego Warrenów z dziewięćdziesięcioczteroletnią ciocią Elner; dziwnie charyzmatycznego i seksownego Hamma Sparksa, który zaczyna karierę jako sprzedawca traktorów, a kończy oferując na sprzedaż całemu stanowi, a nawet krajowi, siebie samego; a także dwie kobiety, które kochają go zupełnie odmienną miłością. Spotkamy też tu Tot Whooten, pracującą w salonie piękności pechową fryzjerkę, która równie kiepsko układa sobie życie, jak klientkom włosy; Beatrice Woods, Niewidomą Ptaszynę; Cecila Figgsa, Króla Pogrzebów; i niezrównaną Minnie Oatman, główną wokalistkę w Oatman Family Gospel Singers.
Czas akcji: rok 1946 aż do czasów współczesnych. Miejsce: Elmwood Springs w Missouri, w samym środku kraju, w najradośniejszym okresie przejścia od czasów wojny do pokoju, w marszu ku oszałamiającej przyszłości.
Raz jeszcze Fannie Flagg prezentuje nam bogactwo ludzkich postaci, przypomina wdzięk wyśmiewanej nieraz małomiasteczkowej klasy średniej, osadzonej w codziennych realiach, gdzie śmiech przeplata się ze łzami. Fannie pisze z głębi serca, prawdziwie, a jej talent narracyjny jest – by posłużyć się określeniem zaczerpniętym z „Timesa” – nieodparty.”

Życie w Elmwood Springs nie jest idealne, ale jest tak bliskie ideałowi, jak tylko się da. Ta książka to mocno przyspieszona kronika miasteczka, która gdzieś po jednej trzeciej rozpędza się już jak ekspres. Wydaje mi się, że autorka najdłużej zabawiła w latach 40, 50 by potem przyspieszyć w tak nieokiełznany sposób, jakby zorientowała się, że jeśli dalej będzie się tak skupiała na poszczególnych postaciach, to jej książka urośnie do rozmiarów niemożliwego do wydania tomiszcza. I w tym właśnie momencie ta powieść zaczęła dla mnie tracić, gdy historie stały się ledwie pobieżnymi smaczkami z życia już wcześniej dobrze poznanych bohaterów. Więc pisarka zaczyna skupiać się bardziej na społeczeństwie w przekroju wraz z jego nastrojami, tendencjami, modami, w zależności od tego czy to były lata 40, 50 czy 60. Tak w połowie powieści autorka zatraca trochę ten niepowtarzalny urok opowieści, albo tłumacz się zmęczył (tłumacz niemiecki, nie polski), jedno z dwóch. Widać to przy czytaniu opisu pokoju Tommiego – jest pełen szczegółów, to odzwierciedlenie pragnień i potrzeb małego chłopca. Tymczasem końcowe rozdziały to zaledwie epizody z życia postaci, wydają się naprędce skleconymi, niedbale napisanymi. Dla mnie to po prostu już nie to.

Polityczną aferę to Fannie Flagg chyba po to dodała, a właściwie wkleiła w treść swojej powieści, aby nie być posądzoną o cukierkową wizję wyimaginowanego świata. A przecież ten świat nie jest aż taki bezpieczny i idylliczny jak się wydaje, prawie wszystkie cięgi zbiera Tot Whooten. Jej sytuacja naprawdę nie jest do pozazdroszczenia, z mężem alkoholikiem, utrzymanie rodziny nie jest łatwe. Nie wszystko jest więc takie idealne, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

Polskie wydanie:

Warszawianka, Ida Żmijewska

„Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie, w 1885 roku. Oś intrygi stanowi śledztwo w sprawie śmierci znanego adwokata, którego pewnej listopadowej nocy zamordowano w miejskim burdelu. Sprawę – wraz z sędzią śledczym – prowadzi młody rosyjski policjant, który zaledwie przed kilkoma dniami przyjechał do Warszawy z Petersburga. Policjant podczas wykonywania obowiązków, poznaje córkę zmarłego; mimo początkowej niechęci, między młodymi nawiązuje się nić porozumienia, która z czasem przeradza się w poważne uczucie. Problem tkwi jednak w tym, że panna ma narzeczonego-socjalistę, który czeka w Cytadeli na proces, zaś związki polsko-rosyjskie są w Nadwiślańskim Kraju uznawane niemal za zdradę…”

Co mi się podobało w tej książce to, to, że XIX wiek nie jest tu jedynie dekoracją sceniczną. Bohaterki zwłaszcza, muszą dawać sobie radę z ograniczeniami jakie nakłada na nie ówczesna etykieta i normy społeczne, choć Leontyna, główna bohaterka, jest mocno wywrotowa, to jednak mieści się „w normach”.

Podobała mi się jeszcze sama Warszawa jako bohaterka książki. Myślę, że można poczuć odrobinę tej dziewiętnastowiecznej warszawskiej atmosfery na tyle, ile się da, w konwencji kryminalnej. Pisarka zgrabnie wykorzystała nastroje polityczne, stosunki społeczne, które wpisują się dobrze w fabułę, nie stanowiących jedynie oprawy dla treści, a ich integralną treść.

Co mi się mniej podobało, to dość standardowe postacie. Matka Leontyny, jest dokładnie taka, jak się oczekuje od damy tego okresu, jest jakby gotowym wytworem moich wyobrażeń o tym wieku, żadnych zaskoczeń. Leontyna, przeciwnie, tak niezależna jak tylko się da. Z drugiej strony, jest kobietą dość naiwną, nie zdaje sobie prawy jakie relacje łączyły rodziców oraz z wielu innych rzeczy. Mimo więc całej wrodzonej inteligencji, jest dziewczyną jeszcze młodą i naiwną. Rozumiem, że ten zabieg był celowy i pisarka planuje jeszcze w drugim tomie „uświadomić” Tenię. Oczywiście, wszystko to jest zrozumiałe-mamy XIX wiek, skąd młoda dziewczyna ma czerpać wiedzę, jeśli nie z własnego, choć ograniczonego doświadczenia. Swoją drogą postać Leontyny blado i dość nieinteligentnie wypada na tle swojej, dużo młodszej siostry. Bystra Helenka wzbudziła moją większą sympatię. Postać rosyjskiego policjanta też udała się niezgorzej, jego losy pogłębiają rys psychologiczny. Chłopak uroczy i kochliwy, jednak do serca nie wziął sobie żadnego ze wcześniejszych doświadczeń oraz popełnionych błędów i wali jak ćma w ogień, któryś raz z rzędu. Ten bynajmniej nie czerpie ze swoich licznych przygód.

Myślę, że książkę mogę polecić osobom niekoniecznie lubującym się w kryminałach, ze względu na wątek romantyczny i dość niespiesznie toczącą się akcję. Rozwiązanie zagadki mamy oczywiście w pierwszym tomie, ale wątek romantyczny pisarka rozłożyła na dwa tomy. Nasz główny bohater musi trochę naskakać się po mieście nim rozwiąże sprawę, a to może się spodobać osobom, które będą chciały nacieszyć się kolorytem ówczesnego miasta. Z drugiej strony to niekoniecznie książka dla miłośników suspensu i dynamicznej akcji.

Kryminał był nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru

Piękni i przeklęci, Francis Scott Fitzgerald

„Ameryka, początek dwudziestego stulecia. Tytułowi „piękni i przeklęci” – Anthony i Gloria – to beztroscy, młodzi kochankowie z wyższych sfer, których wspólne życie utkane jest naprzemiennie z dni zabaw oraz dni melancholii. Ten niezmienny rytm wyznaczają także ich dwie obsesje – pieniądze i alkohol, które z czasem przemienią ich życie w koszmar miłości oraz nienawiści, nałogu i choroby umysłowej. W głównych postaciach odbijają się niczym w lustrze osoby Francisa i Zeldy Fitzgeraldów; powieść przesycona wątkami autobiograficznymi, stała się zapowiedzią ich późniejszych, dramatycznych losów.”

Anthony Patch widzi z jakim zapałem próżnuje jego ukochana żona, z zazdrością patrzy jak upaja się swoim nadmiarem czasu wolnego i to całkowicie paraliżuje jego nikłe wysiłki by wziąć się do pracy. A Gloria wie jak korzystać z czasu wolnego by włożyć w to maksymalnie dużo przyjemności, przy czym to osoba, która nie próbuje tworzyć żadnych fałszywych pretensji. Od początku było wiadomo, że to mąż ma utrzymywać ją, więc korzysta ze swej wolności w nieskrępowany, bezpretensjonalny sposób. To Anthony miota się między wyrzutami sumienia, niechęcią do jakiejkolwiek pracy a rodzącymi się pretensjami do żony – że przez nią on też musi próżnować, do dziadka – że jeszcze jest na tym ziemskim padole. Anthony ma więc „coś napisać” i tak dni, miesiące, lata mijają na niczym.

Powoli ich plany zmieniają zabarwienie z tego co zrobią sami, na to co zrobią jak już odziedziczą pieniądze dziadka. Obietnica rychłego spadku napędza dodatkowo nieposkromioną chęć wydawania pieniędzy. Po jakimś czasie też przestaje im wystarczać własne towarzystwo, Gloria, której największym marzeniem było być zawsze piękną, wesołą i nie przejmującą się niczym, traci coś ze świeżości swego charakteru. Po wizycie dziadka, który wpadł z niezapowiedzianą wizytą do gniazdka młodego małżeństwa, a jeszcze szybciej je opuścił wobec zastanej sodomy i gomory lat 20, w ich wspólne życie wkrada się strach o przyszłość, ale on nie zmienia nic w ich postępowaniu, przeciwnie stają się coraz bardziej brawurowi i nierozważni w kwestii finansów. Tymczasem nestor rodu wpłaca ogromne pieniądze na cele charytatywne i wydziedzicza wnuczka, a nasi młodzi bohaterowie w sile wieku i urody trwają… Para nie pracuje nawet nad swoim związkiem, po prostu żyje, dobrze się bawi, a od samej miłości oczekuje, że wyłoni się ponownie „niczym feniks z popiołów”. Są młodzi, zdrowi, niezależni, atrakcyjni, mogą osiągnąć wszystko, życie stoi przed nimi otworem. Mają tysiące możliwość, a jednak nie wykorzystują żadnej, nawet tej na miłość. Zatracają siebie, normy moralne, poczucie godności.

Fitzgeralt z urokiem oddaje uczucia dwojga młodych ludzi, młodzieńcze rozmowy, gdybanie, jak będzie ich wyglądać dziecko, łącznie z tym czyją szyję odziedziczy. I mimo, że cała książka przesycona jest ironicznym tonem wobec wszystkich bohaterów to czyta się to przyjemnie,ponieważ pisarz w dość powściągliwy sposób podaje nam tą satyrę i jest niezwykle liryczny. Choć momentami powieść jest „rozwleczona”. I właśnie gdy Fitzgerald pozwala przemawiać swoim bohaterom swobodnie, ukazując ich bezmyślność, płytkość i głupotę,wtedy wychodzi to najlepiej. Mam wrażenie, że momentami wkrada się mu tu i ówdzie ton moralizatorski, całkiem niepotrzebnie zresztą. Do tego autor stwierdził, że będzie naprowadzał czytelnika na właściwą interpretację tytułami. Jego bohaterowie to nie jest typ, który się lubi, a jednak bronią się sami. Podobno małżeństwo Glorii i Anthonego miało przypominać małżeństwo samego Fitzgeralda. Szaleńczo zakochany w Zeldzie, musiał najpierw choć trochę dorobić się by móc ją pojąć za żonę. I tak jak swój własny bohater, Scott powoli osuwał się w alkoholizm, a ich małżeństwo nie skoczyło się dobrze.

„I’m a Catholic but, as I always say, I’m not working at it.”