Penmarrick, Susan Howatch

„Penmarrick” to potężna saga rodzinna z rodową posiadłością i wzgórzami Kornwalii w tle. Książka do której trochę trudno mi się ustosunkować, z jednej strony nieźle napisana, z niebanalnymi postaciami i ciekawym pomysłem na fabułę, z drugiej nużąca i momentami stanowczo przydługa.
Tytułowy Penmarrick to dwór nad brzegiem morza, który pradziad rodziny wygrał w kości. Wspaniały budynek będzie wzbudzać wśród kolejnych pokoleń kornwalijskiej rodziny zazdrość, namiętność oraz pożądanie, zapewni każdemu z męskich potomków odpowiedni status społeczny i ugruntuje nienawiść między nimi – czyli jak w dobrej sadze rodzinnej. Losy samej familii zaczynamy śledzić od Marka, który dziedziczy rodowe gniazdo i osiedla się w nim z wybranką serca Janną, ma to miejsce w połowie XIX wieku. Będzie nam dane poznać dzieje ich synów, które obejmą w czasie jeszcze koniec drugiej wojny światowej. Czyli ramy czasowe powieści sięgają ery wiktoriańskiej i kończą się w 1945 r. – całkiem niezły rozstrzał.
Bardzo mi się podobały postacie, które autorka potrafiła ożywić i przede wszystkim sprawić, by nie było tu czytelnego podziału na czerń i biel. Każdy bohater jest odrębnym człowiekiem pełnym wad i zalet, w każdym z nich możemy dopatrzyć się czegoś dobrego, a jednocześnie nie brakuje im grzeszków na sumieniu, mrocznych tajemnic, niezbadanych zakamarków duszy – to plus tej książki. Do tego narrację oddaje pisarka po kolei pięciu głównym osobom, ich relacje przenikają się, pozwalają czytelnikowi na szerszy ogląd ich natur, dają sznasę na ponowne ustosunkowanie się do ich czynów. Do tego oryginalny pomysł Howatch by ich losy były odbiciem życiorysów pierwszych Plantagenetów, Mark to Henryk II, Janna – Eleonora Akwitańska, ich syn Filip to oczywiście Ryszard Lwie Serce, a najmłodszy to Jan bez Ziemi. Koncept, który dodał lekturze smaczku. Jeśli chodzi o samą historię to nie koniec bo przecież ingeruje ona w życie bohaterów sagi, zwłaszcza pierwsza i druga wojna światowa. Trochę mało tu tego XIX wieku, znaczy nie ma tu opisu powłóczystych sukien i świec płonących w kandelabrach, brak tu takich szczegółów kreujących nastrój i wprowadzających czytelnika w okres, którym ma miejsce akcja. Jednych to na pewno ucieszy, innych zawiedzie. Ta zewnętrzna rzeczywistość najbardziej daje znać o sobie gdy rozpoczyna się narracja Filipa i jednocześnie poznajemy jago największą namiętność – kopalnie cyny, w końcu to Kornwalia.
Minusem dla mnie były częste momenty, w których akcja zwalniała do zera. Ja rozumiem, że autorka starała się skupić na portrecie psychologicznym swoich postaci, ale oni zbyt często się powtarzają, za wolno dochodzą do pewnych wniosków i bez przerwy kłócą się o to samo – zwłaszcza liczne potomstwo płodnego Marka. Wzajemne sprzeczki i pretensje są niezmiennie te same. Za to myślę, że obraz małżeństw i ich problemów nie jest taki prosty i oczywisty – jak w życiu i tu kolejny plus dla pisarki.
Generalnie słuchałam audiobooka, więc nie było tak źle, długie momenty nie nużyły tak bardzo. Sama powieść przypomina mi bardzo „Przeklętą krew” Daphne du Maurier, tam też znajdziemy podobne klimaty i motywy.