The Young Clementina, D. E. Stevenson

The Young Clementina, D. E. Stevenson

The Young Clementina, D.E. Stevenson

Już dawno nie czytałam obyczajówki napisanej takim ładniejszym, staranniejszym i bardziej wysublimowanym językiem. Mam tu na myśli język angielski gdyż tłumaczeniom prostszych obyczajówek zwykle nie poświęca się tyle uwagi w tej materii. Więc preferuję czytanie ich w oryginale w miarę możliwości. Piszę to nie ze złośliwości, a raczej czując zawód, gdyż już miałam w rękach parę tłumaczeń powieści Georgette Heyer i za każdym razem z zawodem odkładałam. Stylistyka przeczytanej przeze mnie ostatnio powieści trochę mi przypomina „Emmę”, nie tylko sam styl, któremu jednak brak tej charakterystycznej dla Austen ironiczności, ale delikatność, wrażliwość na ludzkie zachowania i wzajemne relacje. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest powieść niesiona na skrzydłach erudycji autorki, ale urzekła mnie ta doza dystynkcji języka jakim posługuje się Stenvenson.

Charlotte Dean i Garth Wisdon to przyjaciele od dzieciństwa, którzy zawsze mieli się ku sobie. Jednak po powrocie Gartha z pierwszej wojny światowej jego sentymenty zmieniają się, ku oczywistemu zaskoczeniu Charlotte. Intryga, choć tutaj jest to może słowo na wyrost, jest tak naprawdę kłamstwem niedojrzałej panienki, przyzwyczajonej do spełniania swoich kaprysów. Ta powieść jest dla mnie taka „brytyjska” w starym stylu. Bohaterowie uwikłani w niedomówienia, bo to nawet nie sieć kłamstw, nie potrafią nawet jeden raz porozmawiać ze sobą szczerze. W momencie kiedy nic już nie jest tak oczywiste w ich życie, każde z nich wycofuje się. Czy główni bohaterowie mogą mienić się przyjaciółmi, jeśli żadnego z nich nie stać było na szczerą rozmowę z drugim? Żadne z nich nie poprosiło drugie o wyjaśnienia, nawet się nie zająknęło.

Dlaczego powieść w moim mniemaniu jest taka bardzo brytyjska?  Może przez ten brak otwartości bohaterów, ich skrytość. Dużo tu przemyśleń mało konkretnej akcji. Postacie bez przerwy zastanawiają się co czuje ta druga osoba, ale nie przyjdzie im do głowy zapytać. Styl autorki przypomina mi trochę powieść Jane Austen, „Emmę”, ale tylko trochę, brak tu tej wyszukanej ironii, dowcipu. Z drugiej strony są tu te wszystkie szczegóły dnia codziennego, wręcz momentami takie „rozdrabnianie się” na emocjonalnością postaci. Choć wolę tą opowieść napisaną staranną angielszczyzną, niż prostsze romanse na zasadzie opisów prężących się pod koszulą mięśni obiektu westchnień itd.

Autorka była dobrym gawędziarzem, prowadzi historię (naprawdę, naprawdę) niespiesznie. Postacie są przemyślane, w miarę wiarygodne i dobrze odmalowane. To jest taka spokojna powieść na przydługi jesienny wieczór. Myślę, że kiedyś jeszcze przesłucham coś tej autorki aby „odsapnąć” między trudniejszymi lekturami.

The Foundling

The Foundling, Georgette Heyer, Arrow Books 2004

foundling_georgette_heyer

Jego Miłość Adolphus Gillespie Vernon Ware, w skróce Gilly, to tak naprawdę bardzo przeciętny młodzian, który nie marzy o niczym więcej jak o świętym spokoju. Na swoje nieszczęście książę był bardzo chorowity w dzieciństwie, a że jest jedynym spadkobiercą, to całe otoczenie – wujostwo, pod skrzydłami którego się wychowywał, przyjaciele, wszyscy służący, włączając w to nawet jego prywatnego lokaja, przyzwyczaili się do traktowania go w „szczególny” sposób. Znaczy starają się go nie spuszczać z oczu, wysyłać wszędzie z armią służących, dają bez przerwy dobre rady, usługują ponad miarę – jednym słowem doskonałe warunki cieplarniane do wychowania maminsynka. Na szczęście Gilliemu nie odbiło i jakoś się chłopak ostał, tylko jego spokojna, pojednawcza natura nie pozwala mu zrzucić z siebie tych wszystkich starań o jego dobro, no bo przecież ci wszyscy ludzie tak się starają, że zaduszą go swoją miłością. To dopiero ciężkie warunki dorastania dla młodzieńca, który jest na progu pełnoletności (25 lat) i nie może sobie poużywać. Nic dziwnego, że kiedy jego kuzyn opowiada mu o swym problemie o imieniu Belinda, książę z nudów postanawia mu pomóc. Będzie to okazja dla młodego bohatera do wyzwolenia się z pod wpływu rodzinki, choć na krótki czas, sprawdzenia własnych możliwości i przeżycia wreszcie jakiejś przygody. Co jak co, ale wrażeń naszemu młodzieńcowi nie zbraknie. Przepiękna i wyjątkowo głupia Belinda, młody uciekinier Tom,  oryginalny czarny charakter pan Liversedge – nietypowych i jednocześnie komicznych typów nam tu bynajmniej nie zbraknie.

Główny bohater od razu zdobył sobie moją sympatię, niby niepozorny, spokojny, ale posiadający poczucie humoru i pełen dobrej woli młody człowiek. Można powiedzieć, że typ wysoce nieromansowy, nierzucający się w oczy, nie epatujący godnością czy siłą fizyczną. Ta nietypowość od razu mnie ujęła, albo też ile można czytać o młodych damach czy wysokich, silnych oraz niezłomnych herosach. Jako, że mamy do czynienia z mężczyzną od razu możemy zdobyć trochę wiedzy o tym jak wyglądało życie młodego gentlemana w XVIII wieku. Męska domena jest zwykle spychana w książkach Georgette Heyer na peryferia, a tu mamy wiele informacji o zajęciach, samym życiu, zwyczajach, możliwych zainteresowaniach mężczyzny – poczynając od wyboru odpowiedniego płaszcza i pantalonów na spacer, na manierach skończywszy.

Jak na dość prostą fabułę książka jest dość długa, pisarka serwuje nam z zapałem piękne historyczne powiedzonka, zwroty językowe i mnóstwo szczegółów z życia codziennego. Wychodzi z tego stylowy romans historyczny, który nie obraża inteligencji czytelnika, a to już całkiem dużo. Jeśli damy się porwać powieści będziemy czytać ją z uśmiechem na ustach, taka urocza lektura na bardzo zły humor.

Opactwo Northanger, Jane Austen

Northanger Abbey (Opactwo Northanger), Jane Austen, Oxford’s World Classics

Northanger Abbey

Zawsze lubiłam książki Jane Austen, a ostatnio naleciało mnie na powtórki więc sięgnęłam po „Northanger Abbey”. Ta powieść jest często traktowana przez czytelników po macoszemu jako ta najgorsza, nie zgadzam sięz tym, po pierwsze dlatego, że była to pierwsza książka tej autorki jaką przeczytałam (a z takim faktem nieodłącznie łączą się sentymenty) po drugie dlatego, że publikacja doskonale sama się broni.

Młoda, niedoświadczona Cathryn  Morland pochodząca z wielodzietnej rodziny jest dziewczęciem o słodkim usposobieniu, wychowana na wsi nie zdaje sobie sprawy z ludzkich, wielkoświatowych przywar. Można wręcz napisać, że panna Morland jest nierozgarnięta, nie widzi prawdziwej natury swej przyjaciółki, Izabeli, nie zauważa jaki romans kroi się między nią a jej bratem, przez przypadek pozwala wierzyć Johnowi Thopr, że jest w nim zakochana i wreszcie robi z siebie idiotkę przed wybrańcem swego serca, Henrym Tilneyem, wierząc, że jego ojciec to morderca. Także, mimo iż pannica zaczytuje się w powieściach, to między wierszami czytać nie umie. Jak na bohaterkę romansu gorzej być nie mogło, Austen nie ma litości dla swej głównej postaci ośmieszając ją w ten sposób. Obdarza ją jednak dużą dozą współczucia, szczerości oraz troski w stosunku do innych ludzi, jej uczciwe serduszko w końcu złapie kogo trzeba, a i sama młódka szybko uczy się na swych błędach. Owe błędy często popełniała pod wpływem rozbuchanej wyobraźni nakręconej przez lekturę gotyckich powieści, zwłaszcza swej ulubionej „Tajemnic zamku Udolpho” Anny Radcliffe. Stąd też wielu krytyków odnosi się do „Northanger Abbey” jako satyry powieści gotyckich.

Możemy też rozpatrywać „Northanger Abbey” jako powieść o dorastaniu, w końcu naiwna panna po pierwszych faux pas zaczyna powoli orientować się w świecie i rozpoznawać dwulicowość innych. No i ten wpływ nieodpowiednich, przepełnionych grozą lektur na niewinne dziewczę. Austen pokazuje tylko to, co mam miejsce w każdym pokoleniu, kiedy to młodzież z zapałem i entuzjazmem oddaje się porywającej rozrywce, która rodzi później mniej lub więcej histeryczne zachowania (patrz np. „Zmierzch” i rzesze fanek pragnących wampirzego chłopaka) lub z naddatkiem pobudzających wyobraźnie. Katarzyna debiutuje w dodatku w Bath, czyli „pojawia się na salonach”, chociaż może lepiej powiedzieć, że ona po nich przemyka gdyż jej osoba nie emanuje ani splendorem niezwykłej urody, ani nie imponuje majątkiem. Ot, młoda panna bez wygórowanych ambicji chce się po prostu dobrze bawić. I jak już pisałam wcześniej autorka wcale swej bohaterce nie pomaga:

Rodzina składająca się z dziesięciorga dzieci zawsze będzie określana mianem pięknej rodziny, wystarczy sama liczba głów, rąk i nóg, Morlandowie zaś nie mieli innych praw do tego słowa, nie byli bowiem, ogólnie biorąc, urodziwi, a Katarzyna przez długie lata swego życia była po prostu brzydka. Chuda, niezdarna, płeć miała ziemistą, bez kolorów, ciemne, proste włosy i ostre rysy – tyle jeśli idzie o wygląd zewnętrzny, pod względem umysłowym zaś również nie nadawała się na heroinę.”

„Nie zdarzało się, by opanowała coś bądź zrozumiała, nim jej to wytłumaczono, a czasem nawet to nie pomagało, bo często była nieuważna, a chwilami wręcz tępa.”

Tak, ten cytat wyraźnie pokazuje nam ile dystansu i przewrotnego poczucia humoru posiadała Austen. Pisarka opiera fabułę na drobiazgach, wszelkie nieporozumienia bohaterów, czy zwroty (może lepiej napisać – delikatne zakręty) fabuły opierają się na błahostkach życia codziennego, sprawach przyziemnych, które okazują się mieć właśnie największy wpływ na szczęście ludzi. I czy właśnie tak, nie wygląda nasze życie?

These Old Shades, Georgette Heyer

These Old Shades, Georgette Heyer, Sourcebooks Casablanca

 These Old Shades

„These Old Shades” to powieść poprzedzająca „The Devil’s Cube”, która jest jedną z moich ulubionych Georgette Heyer. Powieść wydana w 1926 r. ugruntowała pozycję pisarki.  Jednak styl autorki chyba mi się znudził albo to jedna z jej tzw. gorszych książek. Cała opowieść jest aluzją do jej pierwszej niepoważnej próby literackiej – „The Black Moth”, którą napisała by rozweselić chorego brata. Pisarka chciała „skorzystać” z postaci Tracyego Belmanoir, księcia Adnover, tutaj jest to Justin Alastair, książę Avonu. Fakt, postać jest nośna.

Akcja osadzona w XVIII wieku rozwija się głównie w Paryżu, tam nasz reanimowany bohater wpada na uroczego chłopca, który usiłuje zbiec przed brutalnym bratem. Naszym bohaterem wcale nie kierowały jakieś wyższe, honorowe pobudki, o nie, on postanowił jeno zaspokoić swój kaprys i wykupił młodzieńca z rąk nieodpowiedzialnego krewniaka.  Leon, bo tak zwie się młodzieniec szybko okazuje się być Leonie, rudowłosą, uroczą dziewczyną.

Jak w każdej historii Georgette Heyer mamy galerię żwawych, zabawnych postaci. Jednak w tym tomie „nie zaiskrzyło” i główne postacie nie zdobyły mojej sympatii.  Avon wydał mi się pompatyczny i sztuczny w swoim zachowaniu. Jest dandysem do szpiku kości, dumnym z przezwiska Satanas. Jest człowiekiem, który umie manipulować innymi i nigdy nie zdradza swoich planów. Wątpię czy przez cały czas trwania powieści pozwolił sobie choć na chwilę stracić panowanie nad sobą, zrównoważony i zepsuty do szpiku kości równocześnie. Nie dziwię się, że autorka próbowała bardziej wyeksploatować tą postać, jednak tu chyba przeszarżowała. W kolejnym tomie Satanasa jest dużo mniej, gdy tam główne skrzypce gra jego syn i on wnosi solidny podmuch świeżości do tej serii.

Historia Leonie jest swoistą historią Kopciuszka. Jednak bohaterka bynajmniej nie zachowuje się jak bezradna, zahukana dziewczynka, przeciwnie, ma niezależny charakterek i swoje zdanie. Nie jest wolna od wad, często zachowuje się po prostu okropnie a czasami wykazuje się głupotą.

Cała książka jest takim swobodnym połączeniem romansowego żartu i powieści historycznej, do którego należy podejść na luzie. Jednak bohaterowie momentami wydali mi się sztuczni i wymuszeni, było kilka śmiesznych epizodów, ale faktem jest, że książka nie spełniła nadziei jakie w niej pokładałam.

„‘I don’t trust him.’

‘Why, I think I do for once.’ Hugh laughed a little. ‘When last I saw Léonie – Léon she was then – it was “Yes, Monseigneur” and “No, Monseigneur.” Now it is “Monseigneur, you must do this,” and “Monseigneur, I want that!” She twists him round her little finger, and, by Gad, he likes it!’

‘Oh, but there’s naught of the lover in his manner, Hugh! You have heard him with her, scolding, correcting.’

‘Ay, and I have heard the note in his voice of – faith, of tenderness! This wooing will be no ordinary one, methinks, but there is a bridal in the air.’

‘She is twenty years behind him!’

‘Do you think it signifies? I would not give Justin a bride his own age. I’d give him a babe who must be cherished and guarded. And I’ll swear he’d guard her well!’

‘It must be. I do not know. She looks up to him, Davenant! She worships him!’

‘Therein I see his salvation,’ Hugh said.

cykl: Alastair Trylogy

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„The Convenient Marriage”

„Venetia”

„Friday’s Child”

Dziecko piątku

Friday’s Child (Dziecko piątku), Georgette Heyer, Arrow Books

 Friday's Child

Całkiem miły romansowy przerywnik, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Gdy Niezrównana Izabela Milborne odrzuca małżeńską propozycję od wicehrabiego Sheringhama, ten pognębiony i wkurzony zamiast romantycznie oddać się cierpieniu postanawia oświadczyć się pierwszej napotkanej kobiecie. Traf chciał, że ową napotkaną okazuje się być Hero Wantage, podlotek bez wyrafinowania i obeznania ze światem socjety. Sherry jak powiedział tak zrobił, jednak nie spodziewał się, że dni jego dotychczasowego błogiego życia hulaki są już policzone. Dzieje się tak bynajmniej nie przez to, że nowa, młoda lady Sheringham omota lorda, tylko dlatego, że bez przerwy wpada w tarapaty. Powodem , dla którego wicehrabia tak się pospieszył z zawarciem świętego węzła małżeńskiego był spadek, z którego zasobów można było skorzystać dopiero po wyrzeknięciu się swej wolności przed dwudziestym piątym rokiem życia. Tak więc o ironio, by zaciągać długi i cieszyć się iście kawalerskim życiem musi wpierw tego stanu oficjalnie się wyrzec.

 Hero jako młode dziewczę bez bliskiej rodziny, wychowywała się na wsi i nigdy wcześniej nie została wprowadzona do towarzystwa. Szybko odnajduje się u boku męża chętnie uczestnicząc we wszelkich jego eskapadach i gorliwie go naśladując. Dopiero po niewczasie Sherry orientuje się, że jego beztroski sposób postępowania z żoną i samolubne pragnienie spełniania własnych przyjemności są nienajlepszym przykładem dla jego młodziutkiej żony. I tak mimowolnie młody utracjusz musi wziąć się w karby.

Dobrą zabawę zapewnia plejada postaci drugoplanowych i niewymuszony dowcip Georgette Heyer. Ta pisarka ma dar do kreowania zabawnych, pełnych życia bohaterów pobocznych, którzy z niezwykłym urokiem nadają ton fabule i urozmaicają ją. Sam pomysł na główny wątek przypomina trochę ten z „The Convenient Marriage”, ale tam mieliśmy do czynienia z totalnym komizmem, wyśmianiem romansowego schematu. Ogólnie jest uroczo, ale powieść mogłaby być krótsza gdyż czuć zbytnie „wyciąganie”. Naiwna Hero popełnia zbyt wiele nieświadomych  błędów towarzyskich, zbyt często mąż irytuje się i leci ratować. To nie musi być śmieszne za każdym razem, zwłaszcza, że z czasem czytelnik stwierdza, że ta młoda żonka jest po prostu gamoniem.

Jeszcze tylko wytłumaczę znaczenie tytułu, pomysł wziął się ze starej rymowanki dla dzieci Monday’s Child. Tytułowe dziecko piątku kocha i daje z siebie („Friday’s child is loving and giving”), opis charakteru adekwatny do głównej bohaterki.

Trochę dowcipu, odrobinę komizmu sytuacyjnego, parę wypowiedzi pobudzających do śmiechu, zakręcona fabuła. Z jednej strony przyjemna powieść na jesienną szarugę, z drugiej Heyer pisywała już lepsze.

„Look at it which way you like, it don’t make sense.  For one thing, a hero ain’t a female, and for another it ain’t a name.  At least,’ he added cautiously, ‚it ain’t one I’ve ever heard of.  Ten to one you’ve made one of your muffs, Sherry!’

‚Oh no, I truly am called Hero!’ the lady assured him.  ‚It’s out of Shakespeare.’

‚Oh, out of Shakespeare, is it?’ said Ferdy. ‚That accounts for my not having heard it before!’

‚You’re out of Shakespeare too,’ said Hero, helping herself liberally from a dish of green peas.

‚I am?’ Ferdy exclaimed, much struck.

‚Yes, in the Tempest, I think.’

‚Well, if that don’t beat all!’ Ferdy said, looking around at his friends.  ‚She says I’m out of Shakespeare!  Must tell my father that.  Shouldn’t think he knows.’

‚Yes, and now I come to think of it, Sherry’s out of Shakespeare too,’ said Hero, smiling warmly upon her spouse.

‚No, I’m not,’ replied the Viscount, refusing to be dragged into these deep waters.  ‚Named after my grandfather.”

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„The Convenient Marriage”

„Venetia”

Dom sióstr, Charlotte Link

Dom sióstr (Der Haus der Schwestern), Charlotte Link, tłumaczył Ryszard Wojnakowski, Świat Książki

 Dom sióstr

Jakoś ostatnio nie mogłam przysiąść do napisania jakiejkolwiek recenzji, ta powieść też ponosi za to odpowiedzialność. Najprościej byłoby mi napisać, że była beznadziejna i tyle, ale próbuję zrozumieć dlaczego mi się nie podobała. Jest to książka zbierająca bardzo pozytywne opinie na blogach, i uchodząca za fantastyczne babskie czytadło. Pozycja ta jednak zamiast koić me nerwy skutecznie mnie denerwowała. Po namyśle stwierdzam, że to wszystko z winy bohaterów tej powieści – wszystkich razem wziętych.

Barbara pragnie ratować po niewczasie swoje małżeństwo z Ralphem więc w tym celu udają się na Gwiazdkę do Yorkshire by w samotności popracować nad związkiem. Odcięci od świata przez burzę śnieżną, nie zaopatrzeni w zapasy, miastowe szczury starają się miło spędzić czas na wsi. Długie samotne wieczory bohatera umila sobie podczytując spisaną przez poprzednią właścicielkę domu, Frances Gray, swoistą autobiografię. Także gdy mąż rąbie drewno, Barbara wsadza nos w nie swoje sprawy, a my razem z nią poznajemy nudne losy pani Gray. Jak można się domyślić Frances miała siostrę, której jednocześnie nienawidziła i zazdrościła, i tak przez całe swoje długie życie. Oczywiście czynnikiem, który jeszcze pogorszył ich relacje był mężczyzna.

Autorka wplątuje główną bohaterkę konsekwentnie we wszystkie melodramatyczne rozwiązania i zawieruchy historii. Frances jest więc miłością dobrze wychowanego panicza, skrzywdzonego wrażliwego mężczyzny, wojującą sufrażystką i pielęgniarką na froncie. Obie wojny światowe są tu tłem i powodem poszczególnych tragedii bohaterów. Do tego nieznośne są wtręty historyczne autorki pozostają jedynie wtrętami, tzn. w pewnym momencie ucina fabułę i serwuje czytelnikowi mini wykład z aktualnej historii Europy.  Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam, że w domu sióstr wcześniej czy później pojawi się jakiś niedobity żołnierz, którego będą musiały kurować, naprawdę tylko jego brakowało by schematowi stało się zadość.

Sama zadawałam sobie pytanie dlaczego w ogóle czytałam to dalej, po pierwsze dlatego, że ostatnio zarzuciłam w trakcie dwie inne powieści i chociaż tą chciałam skończyć „uczciwie”, po drugie dlatego, że wszystko wskazywało iż w owej książce ma nastąpić jakieś niezwykłe i tragiczne wydarzenie, i tak czekałam i czytałam dalej. Nastąpiło. Jednak ze względu na wybitnie denerwujące mnie charaktery bohaterek stwierdzam, że nie było warto. Frances Gray mimo podejmowanych przez siebie prób zmieniania życia jest osobą niezdecydowaną do końca, jej wywody i wieczne pretensje do siostry po prostu mnie nużyły, jej siostra Wiktoria była po prostu głupia i płytka, a sama Barbara lepiej by zrobiła jakby pomogła rąbać to drewno mężowi.

Żydówka z Toledo, Lion Feuchtwanger

 Żydówka z Toledo (Die Jüdin von Toledo), Lion Feuchtwanger, Świat Książki

 Żydówka z Toledo

Historia tytułowej Żydówki i króla Kastylii, Alfonsa VIII (1155-1214), osadzona w realiach XII wieku to powieść inspirowana średniowiecznymi kronikami i biblijną „Księgą Estery”. Urodziwa Rachela rozkochała w sobie chrześcijańskiego władcę i sprawiła, że zaszył się z nią na kilka beztroskich, a błogich, lat w jej zamku swawoląc i dokazując. Z pozoru banalna historia miłosna pozwoliła pisarzowi na odmalowanie szerokiej panoramy społecznej, konfliktów religijnych i innych frapujących problemów ówczesnego świata.

Jak można się domyślić swawole króla nie pozostały bez echa wśród jego poddanych i dworu. Mojżeszowe wyznanie kochanki tylko dolewało oliwy do ognia, jeśli dodam, że jej ojciec, Jehuda Ibn Esra, był doradcą finansowym króla, sytuacja nabierze jeszcze smaku. Bo wziąć sobie na kochankę brankę-muzułmankę to grzech, kobietę z taboru wojskowego – grzech podwójny, ale za nałożnicę-Żydówkę idzie się prosto do piekła. Tak nie sądzą tylko obywatele Kastylii ale i sam król. Biedny będzie się bez przerwy zmagał z wyrzutami sumienia a grzechy spróbuje odkupić wywołaniem świętej wojny z niewiernymi. Mimo iż kocha prawdziwie, to co rusz wypomina sobie, że kochanka to wiedźma, która go omamiła swym czarem i powinien być twardszy. Samej tytułowej pannie pisarz poświęca o wiele mniej miejsca niż jej ojcu czy kochankowi, ale dziewczę kocha szczerze, jest gotowe do poświęceń, ale jednocześnie uparte i mające własne zdanie. Myślę, że Feuchtwanger nie wykorzystał potencjału jaki tkwi w tej postaci, nie poznajemy jej dylematów moralnych, czy uczuciowych burz jakie mogły nią targać. Jedynie pobieżna charakterystyka insynuuje jej prawdziwy charakter, a z dylematów pierwszą rozterkę, w którą wprawiła ją dwuznaczny podarek Alfonsa. Zamieszkanie przez nią w ofiarowanym przez króla zamku było równoznaczne ze zgodą na bycie jego kochanką, wątpliwości Racheli można skrócić do znanego „i chciałabym, i boję się”.

To co sprawiło na mnie największe wrażenie to tło historyczne, wręcz wycyzelowane detale życia codziennego i ciekawe podejście do moralności średniowiecznej oraz etosu rycerskiego. Alfonso jest człowiekiem dumnym, honorowym i religijnym, garnie się do wypraw krzyżowych i wyżynania w pień niewiernych. Za nic ma gospodarkę i dobrobyt własnego państwa, jako prawdziwy chrześcijanin wie, że dobra doczesne nie zapewnią mu zbawienia. Gdy on knuje w zimnych salach swego prostego zamku muzułmanie układają wiersze, podliczają złoto i usprawniają gospodarkę. Porywczość i dumę króla przeciwstawia autor spokojowi, cierpliwości i mądrości jego doradcy, Jehudy. Dla kastylijskiego władcy każdy rok pokoju to rok stracony więc Żyd-finansista musi się nieźle napocić by dogodzić swemu panu. Tu w podziw wprawiły mnie dialogi pomiędzy tymi dwoma bohaterami, pełne dwuznaczności, zawoalowanych wskazówek, utajonego sensu – na prawdę, nie wiem jak się dogadali.

Mimo najszczerszych chęci autora lektura ostatecznie nie przypadła mi do gustu, wyraźna stylizacja pisarska i specyficzna maniera sprawiły, że postacie wydały mi się sztuczne. Liczne powtórzenia o dumie, urodzie, odwadze, honorze kolejnych bohaterów sprawiły, że każda z postaci pozostała jedynie nieożywioną legendą, w tym wypadku przydługą. To książka dla miłośników rozsmakowanych w wytwornym słownictwie i eleganckim szyku.

Dama z jednorożcem, Tracy Chevalier

Dama z jednorożcem (The Lady and the Unicorn), Tracy Chevalier, Zysk i S-ka

 Dama z jednorożcem

Nie czytałam „Dziewczyny z perłą”, po cóż jakaś tam dziewczyna gdy tu miałam damę, z jednorożcem w dodatku.

Paryż, piętnasty wiek, rodzina Le Viste to poważana w mieście familia, jej głowa, Jean Le Viste chciałby podkreślić swą pozycję i znaczenie w świecie wykosztowywując się na komplet gobelinów do sali paradnej. Doradcy króla chodzi po głowie jakaś krwawa jatka z galopującymi końmi i rycerzami w zakrwawionych zbrojach, ze swoim herbem na pół gobelinu (nie ma jak tradycja), zamiast tego suszą mu głowę o jakieś eteryczne jednorożce i uwodzące kobiety. Jego żona wie, iż gobeliny odziedziczy córka chce więc by miała z nich jakąś pociechę. Zdziwiło mnie, że taki samolubny człowiek, z manią wielkości przystał na obwieszenie ścian tak dwuznacznymi symbolami pod wpływem prostego podstępu swej rodziny. I co tu dużo pisać, niby kobiety nie miały praw, uzależnione od mężczyzn, nieszczęśliwe, ale jak się na coś uparły …

Nicolas des Innocents (od innocent niewinny), uznany malarz, to jak najbardziej winny kobieciarz, który, gdyby się postarał to sam by zaludnił Paryż. Okazji ma wiele bo obarczony zadaniem namalowania obrazów na postawie których powstaną gobeliny spotyka wiele rodzin posiadających ładne córki i służące.  Dowcipny ten młodzieniec zwodzi panny opowieścią o jednorożcu i jego rogu. W trakcie trwania powieści zdążył zrobić niejedno dziecko, niejednej nadobnej dziewce. Nicolas w gruncie rzeczy nie poczuwa się do odpowiedzialności za żaden ze swych „czynów”, „sieje na prawo i lewo”. Chevalier trochę na siłę próbowała stworzyć postać lekkoducha-artysty, wynik usiłowań niekoniecznie wzbudza sympatię czytelnika.

Długo się zastanawiałam gdzie leży wina mojego braku zachwytu tą powieścią, bo przecież pisarka dobrze odmalowała tło historyczne, przedstawiła całkiem ciekawą historię z pespektywy bardzo różnorodnych bohaterów, ale ja byłam ciągle niezadowolona. Po namyśle muszę stwierdzić, iż bohaterowie są dosyć ograniczeni przez pisarkę w swoich zachowaniach i charakterach, schematyczni, stanowią ucieleśnienie pewnych założeń autorki, która nie postarała się bardziej by rozwinąć ich osobowości. Żadne z nich nie zaskakuje, dokładnie wiemy czego możemy się spodziewać po każdym z nich, przez to powieść robi się po prostu nudna. Dlatego też stwierdzam iż głównymi bohaterami są tu gobeliny, same w sobie warte uwagi. Tematem sześciu późnogotyckich tapiserii są ludzkie zmysły, tu  więcej.

The Lady and the Unicorn

W powieści mamy kilka ładnie poprowadzonych motywów, choć nie wyróżniają się niczym oryginalnym. Piękna małżonka, która cierpi odrzucenie ze strony męża gdyż nie była w stanie dać mu syna, pierwsza miłość niedoświadczonej dziewczyny z dobrego domu, wpływ sztuki na ludzi, proces tworzenia dzieła.

Seria: Kameleon

Venetia, Georgette Heyer

Venetia, Georgette Heyer, Arrow Books

 Venetia

Od jakiegoś czasu miałam ochotę na tak zwany „bonnet drama”. Georgette Heyer, moja „wypróbowana” pisarka z tego zakresu, zapewniła mi dobrą rozrywkę w stylu Jane Austen.

Venetia Lanyon, pogrzebana żywcem przez ojca na wsi w Yorkshire, Harrogate, to młoda, pełna wdzięku niewiasta, powoli zbliżająca się do granicy, za którą kobieta oficjalnie staje się starą panną. Jednak jej sytuacja życiowa nie czyni jej bynajmniej osobą zdesperowaną, tylko po prostu niezadowoloną, choć umie odnaleźć radości ze swego położenia. Choć tkwi od zawsze w jednym miejscu, to po śmierci ojca, ona jest panią na włościach podczas nieobecności starszego brata, który walczył przeciwko wojskom Napoleona i nie kwapi się do powrotu. Opiekuje się młodszym bratem i zarządza majątkiem ze spokojem i wydajnością zarządcy, do tego przyjmuje w domu wizyty dwóch niezwykle upierdliwych zalotników. Pierwszy z nich to nadęty bufon Edward Yardley, który uważa, iż „nie” znaczy „tak”, i młody Oswald, oddany fan Byrona. Ten młodzieniec spędza dni próbując wykreować odpowiednie wrażenie targanego namiętnościami i nieszczęśliwie zakochanego, aczkolwiek dobrze ubranego kochanka.  Oczywiście na scenie pojawia się wreszcie ten właściwy, lord Jasper Damerel, jednak ze względu na swoją grzeszną przeszłość i upodobania libertyna ma utrudnione zadanie. Społeczeństwo i rodzina Venetii nie jest wolne od uprzedzeń i krytycznych sądów.

Główna bohaterka naprawdę da się lubić, nie jest ani typem chłopczycy ani panny w opałach. To rezolutna dziewczyna, która bierze życie takim jakim jest z poczuciem humoru. Jej szczerość ujmuje nie tylko Damerela, ale i czytelnika. Zaradna kobietka wie czego chce i w odpowiednim momencie umie wziąć sprawy w swoje ręce.

Gdy powieść traci rozpęd i robi się nudna, dla naszej rozrywki i urozmaicenia fabuły pojawia się pani Scorrier (typ kobiety nieznośnej w swej głupocie i niezwykle upierdliwy, tak charakterystyczny dla powieści Austen). Autorka wie kiedy urozmaicić wydarzenia by nie zanudzić. Jednak czytelnik musi być przygotowany, iż w tej powieści nie ma wiele z akcji, wszystko opiera się na dialogach, ironicznych i dowcipnych, dialogowym sparringu dwojga głównych bohaterów. Do tego mocno zakreślone sylwetki wszystkich postaci, z ich wadami, zaletami i śmiesznostkami, wszystko wymieszane w odpowiednich proporcjach.

„I can’t, of course. What is it?” she returned, glancing at the volume. „Ah, Greek! Some improving tale, I don’t doubt.”
„The Medea”, he said repressively. „Porson’s edition, which Mr. Appersett lent to me.”
„I know! She was the delightful creature who cut up her brother and cast the pieces in her papa’s way, wasn’t she? I daresay, perfectly amiable when one came to know her.”
He hunched an impatient shoulder, and replied unctuously: „You don’t understand, and it’s a waste of time to make you.”
Her eyes twinkled at him. „But I promise you I do! Yes and sympathize with her, besides wishing I had her resolution! Though I think I should rather have buried your remains tidily in the garden dear.”

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„The Convenient Marriage”

„Dziecko piątku”

Rebeka, Daphne Du Maurier

Rebeka (Rebecca), Daphne Du Maurier, tłumaczyła Wasilewska Wanda, Iskry

Rebeka

Wydana po raz pierwszy w 1938 r. „Rebeka” to mieszanka kryminału, powieści gotyckiej, psychologicznej, grozy i romansu. Myślę, że tą powieść nadal można polecać czytelnikom, co najwyżej z pewnymi zastrzeżeniami.

Młoda, wybitnie naiwna, potwornie bojaźliwa, przeraźliwie nieśmiała, okropnie strachliwa dziewczyna jest „damą do towarzystwa” (teraz ten zawód już chyba nie istnieje) pewnej nietaktownej i wścibskiej matrony. Owa damesa jest swoją drogą świetnie wykreowana przez autorkę, gdyż postać ta niezwykle mierzi czytelnika, a o to przecież chodziło pisarce. Tymczasem w Monte Carlo nasz Kopciuszek przykuwa uwagę niezwykle bogatego, tajemniczego i posępnego Anglika, który przy pysznym śniadanku, smarując tosta dżemem oświadcza się jej. Nasza bohaterka powinna już wtedy domyślić się, że Maksymilian nie należy do tych romantycznych typów padających na kolana z naręczem kwiecia. Niedomyślna dziewczyna przez całą książę będzie snuła nierealne fantazje z mężem w roli głównej. Ale trzeba jej przyznać, że nie ma biedactwo łatwo. Na każdym kroku będzie czuła obecność swojej poprzedniczki, pierwszej żony Maksa, w Manderley wszędzie natrafia na jej ślady, ludzie nadal tkwią pod urokiem zmarłej, której nikt nie dorówna. A naszej biednej bezimiennej nawet pies nie słucha. I choć nie ma się czego obawiać ze strony teściowej, która nie żyje, to ma gospodynię z piekła rodem, wszechobecnego Big Brothera.

Nie można odmówić pisarce zdolności do kreowania klimatu, u niej się to czuje. Wniknięcie w duszę swego bohatera łączy się z  powoli płynącą fabułą, nastrojami postaci, pogodą, opisem wnętrz. Powieść wybitnie dla pań, ale niekoniecznie dla tych energicznych, może dla tych bardziej nieśmiałych i zagubionych. Kobiety pewne siebie, dziarskie oraz wybuchowe, postać narratorki może po prostu wkurzać, chyba, że się wciągną w fabułę.