The Young Clementina, D. E. Stevenson

Już dawno nie czytałam obyczajówki napisanej takim ładniejszym, staranniejszym i bardziej wysublimowanym językiem. Mam tu na myśli język angielski gdyż tłumaczeniom prostszych obyczajówek zwykle nie poświęca się tyle uwagi w tej materii. Więc preferuję czytanie ich w oryginale w miarę możliwości. Piszę to nie ze złośliwości, a raczej czując zawód, gdyż już miałam w rękach parę tłumaczeń powieści Georgette Heyer i za każdym razem z zawodem odkładałam. Stylistyka przeczytanej przeze mnie ostatnio powieści trochę mi przypomina „Emmę”, nie tylko sam styl, któremu jednak brak tej charakterystycznej dla Austen ironiczności, ale delikatność, wrażliwość na ludzkie zachowania i wzajemne relacje. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest powieść niesiona na skrzydłach erudycji autorki, ale urzekła mnie ta doza dystynkcji języka jakim posługuje się Stenvenson.
Charlotte Dean i Garth Wisdon to przyjaciele od dzieciństwa, którzy zawsze mieli się ku sobie. Jednak po powrocie Gartha z pierwszej wojny światowej jego sentymenty zmieniają się, ku oczywistemu zaskoczeniu Charlotte. Intryga, choć tutaj jest to może słowo na wyrost, jest tak naprawdę kłamstwem niedojrzałej panienki, przyzwyczajonej do spełniania swoich kaprysów. Ta powieść jest dla mnie taka „brytyjska” w starym stylu. Bohaterowie uwikłani w niedomówienia, bo to nawet nie sieć kłamstw, nie potrafią nawet jeden raz porozmawiać ze sobą szczerze. W momencie kiedy nic już nie jest tak oczywiste w ich życie, każde z nich wycofuje się. Czy główni bohaterowie mogą mienić się przyjaciółmi, jeśli żadnego z nich nie stać było na szczerą rozmowę z drugim? Żadne z nich nie poprosiło drugie o wyjaśnienia, nawet się nie zająknęło.
Dlaczego powieść w moim mniemaniu jest taka bardzo brytyjska? Może przez ten brak otwartości bohaterów, ich skrytość. Dużo tu przemyśleń mało konkretnej akcji. Postacie bez przerwy zastanawiają się co czuje ta druga osoba, ale nie przyjdzie im do głowy zapytać. Styl autorki przypomina mi trochę powieść Jane Austen, „Emmę”, ale tylko trochę, brak tu tej wyszukanej ironii, dowcipu. Z drugiej strony są tu te wszystkie szczegóły dnia codziennego, wręcz momentami takie „rozdrabnianie się” na emocjonalnością postaci. Choć wolę tą opowieść napisaną staranną angielszczyzną, niż prostsze romanse na zasadzie opisów prężących się pod koszulą mięśni obiektu westchnień itd.
Autorka była dobrym gawędziarzem, prowadzi historię (naprawdę, naprawdę) niespiesznie. Postacie są przemyślane, w miarę wiarygodne i dobrze odmalowane. To jest taka spokojna powieść na przydługi jesienny wieczór. Myślę, że kiedyś jeszcze przesłucham coś tej autorki aby „odsapnąć” między trudniejszymi lekturami.









