Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy, Olgierd Budrewicz, Świat Książki, Warszawa 2008

Niniejsza książka została wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie dotyczącym „Równoleżnika zero”, będąc jeszcze pod jej urokiem tamtej zaczęłam czytać kolejną pozycję z dorobku Olgierda Budrewicza, czyli „Cudotwórców, kapłanów, hochsztaplerów”. Publikacja jest zbiorkiem (160 stron plus kolorowe zdjęcia) reportaży dziennikarza zgromadzonych przez większy kawałek życia tegoż.
Autor serwuje nam przyspieszoną wycieczkę po religiach, obrzędowych obyczajach, miejscach kultu, fetyszach, tabu itd. Zaczynamy w Brazylii, przecinamy Indie, zahaczamy o Afrykę, Teksas, Finlandię, Szwajcarię. Pisarz przedstawia nam też zarysy sylwetek niezwykłych osobowości takich jak Jan Kazimierz Korwin-Krasiński czy Stanisław Szukalski. Jednak wszystko to pisane jest w ogromnym skrócie, ledwo pobieżnie omówione, naszkicowane. Dziennikarz był w tylu miejscach, poznał ogrom ludzi, zobaczył kawał świata – a jakoś tego wszystkiego w tej książce się nie czuje. Czyta się z pewną dozą ciekawości, lecz ledwie wciągniemy się w jakiś temat, zaczynamy zastanawiać się, już szczodry varsavianista obdarza nas inną przygodą. Do tego jest spory rozstrzał w czasie powstawania kolejnych notatek z podróży, niektóre z lat sześćdziesiątych XX wieku, inne już z XXI.
To nie artykuły, tylko mini-artykuły, zapiski, spisane ciekawostki. Myślę, że autor nie poświęcił tekstowi wystarczająco dużo uwagi, spodziewałam się stylu, który zaserwował w „Równoleżniku zero”, tego języka i poczucia humoru. Spostrzegawczości odmówić mu nie można, ale w porównaniu z poprzednio przeczytaną przeze mnie publikacją ta wypada naprawdę blado, wręcz kiepsko. Dalej, pomimo wydawałoby się ściśle narzuconego, tytułowego tematu, panuje tu chaos. Myślę, że przed każdym kolejnym artykułem powinna być data jego powstania, co by można spojrzeć i mieć jasną sytuację, a tak wgłębiamy się w tekst, nie wiedząc czego się spodziewać.
Jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju, książka jest wydana z pozorną starannością, a stwierdzam to po obejrzeniu zdjęć w niej zamieszczonych, jestem amatorem w tej materii, ale uważam że wydawnictwo mogło się lepiej postarać i zatrudnić kogoś do przeprowadzenia obróbki kolorowych fotografii gdyż ich jakość jest fatalna (do czarno-białych nic nie mam). Jak już coś robić to profesjonalnie. Fotki mogłyby jeszcze lepiej współgrać z treścią gdyby wykorzystano ich potencjał, w końcu nie jest to wydanie kieszonkowe.







