Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy, Olgierd Budrewicz

Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy, Olgierd Budrewicz, Świat Książki, Warszawa 2008

 Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy

Niniejsza książka została wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie dotyczącym „Równoleżnika zero”, będąc jeszcze pod jej urokiem tamtej zaczęłam czytać kolejną pozycję z dorobku Olgierda Budrewicza, czyli „Cudotwórców, kapłanów, hochsztaplerów”. Publikacja jest zbiorkiem (160 stron plus kolorowe zdjęcia) reportaży dziennikarza zgromadzonych przez większy kawałek życia tegoż.

Autor serwuje nam przyspieszoną wycieczkę po religiach, obrzędowych obyczajach, miejscach kultu, fetyszach, tabu itd. Zaczynamy w Brazylii, przecinamy Indie, zahaczamy o Afrykę, Teksas, Finlandię, Szwajcarię. Pisarz przedstawia nam też zarysy sylwetek niezwykłych osobowości takich jak Jan Kazimierz Korwin-Krasiński czy Stanisław Szukalski. Jednak wszystko to pisane jest w ogromnym skrócie, ledwo pobieżnie omówione, naszkicowane. Dziennikarz był w tylu miejscach, poznał ogrom ludzi, zobaczył kawał świata – a jakoś tego wszystkiego w tej książce się nie czuje. Czyta się z pewną dozą ciekawości, lecz ledwie wciągniemy się w jakiś temat, zaczynamy zastanawiać się, już szczodry varsavianista obdarza nas inną przygodą. Do tego jest spory rozstrzał w czasie powstawania kolejnych notatek z podróży, niektóre z lat sześćdziesiątych XX wieku, inne już z XXI.

To nie artykuły, tylko mini-artykuły, zapiski, spisane ciekawostki. Myślę, że autor nie poświęcił tekstowi wystarczająco dużo uwagi, spodziewałam się stylu, który zaserwował w „Równoleżniku zero”, tego języka i poczucia humoru. Spostrzegawczości odmówić mu nie można, ale w porównaniu z poprzednio przeczytaną przeze mnie publikacją ta wypada naprawdę blado, wręcz kiepsko. Dalej, pomimo wydawałoby się ściśle narzuconego, tytułowego tematu, panuje tu chaos. Myślę, że przed każdym kolejnym artykułem powinna być data jego powstania, co by można spojrzeć i mieć jasną sytuację, a tak wgłębiamy się w tekst, nie wiedząc czego się spodziewać.

Jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju, książka jest wydana z pozorną starannością, a stwierdzam to po obejrzeniu zdjęć w niej zamieszczonych, jestem amatorem w tej materii, ale uważam że wydawnictwo mogło się lepiej postarać i zatrudnić kogoś do przeprowadzenia obróbki kolorowych fotografii gdyż ich jakość jest fatalna (do czarno-białych nic nie mam). Jak już coś robić to profesjonalnie. Fotki mogłyby jeszcze lepiej współgrać z treścią gdyby wykorzystano ich potencjał, w końcu nie jest to wydanie kieszonkowe.

Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz

Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz, Wydawnictwo NAukowe PWN, Warszawa 2010

 Równoleżnik zero

Dawno, dawno temu kupiłam książkę „Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy” Olgierda Budrewicza, która do zeszłego tygodnia kurzyła się na jednej z moich półek. Po prostu, po przeczytaniu „Równoleżnika zero” zapragnęłam natychmiast zapoznać się z kolejną książką tego autora.

Opisywany przeze mnie reportaż został wydany po raz pierwszy w 1965 r. i traktuje o pierwszej wyprawie dziennikarza na Czarny kontynent, szlakiem Josepha Conrada, pokonując łajbą dopływ Konga. Pisarz przebywał w obu Kongach (Leopoldville i Brazzaville) oraz Burundii i Rwandzie. Można zadać sobie pytanie czy warto ponownie wydawać po tylu latach reportaż, który na pewno trochę się zdezaktualizował, mamy w końcu XXI wiek, komórki, internet i takie tam. Z drugiej jednak strony zaobserwowałam ostatnio właśnie taki trend aby wypuszczać na rynek starannie wydane reportaże z przed lat, takie z klimatem, niektóre wręcz z zamierzchłych czasów reportażu (XIX wiek!). Tak, czasy się zmieniły, ale czy ludzie też?

Dosłownie wsiąkłam w tą książkę, styl, język autora, podane informacje, przywołane anegdotki – podobało mi się wszystko. Myślę, że pisarz wychodzi daleko poza zwykłą relację z podróży, uświadamia czytelnikowi, że w trakcie podróżowania trzeba „przestroić nawyki myślenia”.

„Europejczyk, oczywiście, od pierwszej chwili pobytu w Afryce przykłada do oglądanych rzeczy swoją prywatną, europejską, ciasną miarkę. Zresztą – bądźmy sprawiedliwi – trudno, bardzo trudno, przestroić nawyki myślenia, znaleźć właściwy klucz do zrozumienia odmiennej rzeczywistości.”

 Razem z pisarzem wkraczamy w „wywatowaną monotonię” „wyprażonego, ociężałego, spleśniałego, mokrego dnia” na Czarnym Lądzie. Jeśli jeszcze nie poczuliście klimatu:

„Duszący, gęsty, lepki wieczór w Brazzaville. Nie drży ani jeden listek. Nie oddycha nic, co żywe. Ściemniło się już dawno, a wszystko czego tknąć, parzy.

Ludzie siedzą jak figury woskowe, bez gestu, bez słowa. Miasto zapadło w stan kataleptyczny, trwa z oczami w słup, z rozcapierzonymi palcami.

Ściany mojego pokoju piszczą. Są nasycone owadami i robactwem, które oczekuje stosownej chwili do ataku.”

Tekst nie pozbawiony jest swoistej zgryźliwości, delikatnego ostrza ironii, krytycznych uwag odautorskich. To pisze osoba świadoma ludzkich ułomności, niesprawiedliwości, dzikości rodzaju ludzkiego i samej natury. Spostrzegawczość znanego varsavianisty pozwala mu na wyciąganie ciekawych wniosków, potrafi wniknąć głębiej w polityczne zależności i machinacje  ukazując nam okrutną rzeczywistość. Autor bezlitośnie rozprawia się z typową dla Europejczyków bufonadą, zadzieraniem nosa, wyśmiewa „paraliż” cywilizacji.

„Europa dała Afryce ramę do swego obrazu. Narobiono więc w ostatnich latach ministrów, generałów i burmistrzów, którzy jeżdżą samochodami, noszą krawaty, odwiedzają Paryż i Nowy Jork. Ale większość z nich po cichu wcina maniok, siedzi na ziemi i ma po kilka żon. Europejska rama – afrykańska treść.”

No i wreszcie, opisuje samych mieszkańców kontynentu, plemiona z jakimi się zetknął, ich zwyczaje. Równie interesująco przedstawia przedzieranie się przez dżunglę w towarzystwie Pigmejów, polowania na krokodyle ze Stanisławem Hemplem, wojny targające poszczególnymi państewkami,  wszystko to w czarowny sposób i w dodatku z domieszką dowcipu.

„Kiedy brałem w dłonie parokilogramową koniczynę wielkiego kłapoucha, przyglądający się temu czarni i biali osobnicy musieli doznać dziwnego uczucia; choć ubrano mnie w starte traperskiełachy, nie zdołano pozbawić reakcji spacerowicza z Alei Ujazdowskich – wyglądałem chyba groteskowo.

 – No, co się tak patrzysz, przecież nie gryzie. Chcesz to zabrać do Warszawy?

Nie byłem nigdy właścicielem słoniowej nogi. Poczułem się od razu bogaty. Oczyma wyobraźni zobaczyłem nogę na honorowym miejscu w swoim pokoju. Na wszelki wypadek wezbrałem dumą – prawdziwa noga przwdziwego slonia! Tego na Koszykach nie sprzedają!”

 Co do samego wydania to muszę powiedzieć, że PWN trzyma fason, minimalistyczna, twarda okładka, porządnie zszyte strony, czarno-białe zdjęcia w środku, cóż na wyprawę do Afryki książki nie weźmiemy, ale na półce będzie prezentowała się naprawdę ładnie.

seria: Odkrywanie świata

Miasto – morderca kobiet, Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal

Miasto – morderca kobiet (La ville qui tue les femmes. Enquete a Ciudad Juarez), Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal, przełożyła Jolanta Kurska, WAB, Warszawa 2007

 Miasto - morderca kobiet

„Miasto – morderca kobiet” autorstwa dwóch dziennikarzy to suma dwóch lat jakie Fernandez i Rampal spędzili w Juarez na śledztwie. Straszna to książka, tym straszniejsza, że czytałam ją z perspektywy kobiety, a myślę, że w przypadku tej publikacji płeć ma spore znaczenie. Kobieta inaczej odbierze grozę tej książki.

Od 1993 roku ponad 400 kobiet zostaje bestialsko zamordowanych w przygranicznym meksykańskim mieście, Juarez. Ot, tak. Ofiarami były dziewczyny zwykle pracujące w miejscowych fabrykach na obrzeżach miasta, uczennice szkół, często kilkuletnie, wszystkie pochodziły z biednych rodzin. Trudne warunki zmusiły je do zarabiania na siebie, zdobycia niezależności samodzielnego łożenia na edukację. Każda z nich została zgwałcona i bestialsko zamordowana, często przed śmiercią były torturowane. Ich ciała znajduje się najczęściej przez przypadek porzucone  w górach, na bocznych drogach czy przy śmietnikach. Nie wszystkie były mieszkankami Juarez, wśród ofiar znalazły się dwie Europejskie turystki, zamordowane w hotelu.

Czytelnik zastanawia się jak to w  ogóle możliwe aby we współczesnym świecie takie wydarzenia miały miejsce. Autorzy próbują tłumaczyć, ująć w słowach panujący w Juarez ferment, zbiorową panikę, bezradność władz. Przeprowadzają liczne wywiady z rodzinami ofiar, policją, dziennikarzami. Odwołują się nawet do wielowiekowej mentalności Meksykanina, postulatu macho, który wpływa na postrzeganie świata przez tamtejszych mężczyzn. Czy można po prostu napisać, że śmierci kilkuset kobiet winna jest opieszałość policjantów i urzędników, mafia, tajemniczy seryjni zabójcy? Polityczne rozgrywki, poszukiwania kozłów ofiarnych, rozwścieczeni mieszkańcy i rodzice. Skorumpowane władze, podejrzani politycy.

 Jak mimo wszystko mało zmienił się świat. W jakiej pułapce tkwią tamte kobiety, nigdy nie wiedząc czy przekroczą granicę 25 lat. I przede wszystkim jak wytłumaczyć grożące niebezpieczeństwo kilkuletnim dziewczynkom, niebezpieczeństwo jak najbardziej realne i grożące codziennie. Co czują matki gdy patrzą na wychodzące z domu córki? Każdy dzień tam, to koszmar.

Ciudad Juarez nadal rodzi kontrowersje i zainteresowanie, pisane są kolejne książki The Daughters of Juárez, Teresy Rodriguez czy „The Harvest of Women” Diany Washington Valdez. Fikcyjne miasto Santa Teresa w powieści „2666” Roberto Bolano.

seria: Terra Incognita

Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków, Juliette Morillot, Dorian Malovic

Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków (Évadés de Corée du Nord), Juliette Morillot, Dorian Malovic, przełożyła Katarzyna Bartkiewicz

 Uchodźcy z Korei Północnej

To moja druga publikacja z serii WABu – Terra Incognita, i coraz bardziej lubię tą serię. Ciekawa byłam jak z tematem Korei Północnej poradzili sobie francuscy dziennikarze, jak napisać reportaż o kraju, w którym się nigdy nie było i do którego nie można pojechać? Autorzy podjęli się przedstawienia Pustelniczego Królestwa takim jakim jest w istocie, bez medialnego szumu i paniki. Ludzie, z którymi rozmawiali to uchodźcy z bardzo różnych warstw społecznych, ci najbiedniejsi i ci, którzy dzierżyli stanowiska w pobliżu samego Kim Dzongila. Aby kontakt między opowiadającymi a publicystami był lepszy Malovic i Morillot nauczyli się koreańskiego.

Oczywiście można sobie zadawać pytanie na ile relacje zindoktrynowanych, zastraszonych świadków są prawdopodobne i wiarygodne. Czytelnik jednak od razu zdaje sobie sprawę, że ci ludzie najczęściej przeszli przez piekło, a jeśli ominął ich głód czy bieda, to dopadł stres związany z „zaszczytną” pracą na wyższych stanowiskach, a w tej linii wymiana stołków jest częsta. Zszokowany czytelnik poznaje nie tylko smutne losy opowiadających swe historie uciekinierów, ale bezlitosną politykę państw, w której nie ma miejsca na ludzkie cierpienie.

Północni Koreańczycy żyją w świecie gdzie historia tworzona jest na bieżąco, gdzie rządzi donosicielstwo a rodzinne więzy zanikają.

„Indoktrynacja zaczyna się już w zerówce. W pierwszym roku nauki przerabiane jest opowiadanie o chorym chłopcu mieszkającym w Japonii; ma on sparaliżowane obie nogi, a pomóc mu może jedynie kosztowna operacja. Matka porusza niebo i ziemię, by ratować dziecko. Ponieważ najlepsi lekarze są w Phenianie, chłopiec zostaje tam przewieziony i wyleczony.

Pytania do tekstu: „Kto uratował dziecko? Jaką decyzję podejmuje chłopiec po operacji?”

Zły uczeń odpowie, że to matka poświęciła się ratowaniu synka, a chirurg dokonał cudu. Dobry uczeń, godny nauczania Chongryun, wyjaśni, że to Wielki Marszałek Kim IR Sen uratował dziecko i że chłopiec z pewnością zdecyduje się wstąpić w szeregi ligi pionierów, by poświęcić swoje życie dla ojczyzny.”

„Jak wiadomo, jajka są w Korei Północnej towarem tak rzadko spotykanym, że wielu wśród naszych rozmówców nie pamiętało, czy w ogóle je kiedykolwiek jadło.”

„Obozy typu kwanriso to prawdziwe miasteczka, zupełnie pozbawione kontaktu ze światem. Ludzie wykonują tam ciężkie roboty i są bici, to całe ich życie. Nikt z tego obozu nie wraca. Jedynym wyjściem jest śmierć.”

Ta książka sprawiła, że poczułam się tak głupio naiwna, jak nigdy w życiu, nieuleczalna optymistka, którą zdołowało kilka rozdziałów. Nie będę pisała, że tą książkę warto przeczytać, lecz, że trzeba ją przeczytać.

 Publikacja urozmaicona jest dodatkowymi, encyklopedycznymi opisami Korei Północnej, jej historii, położenia geograficznego, informacje cenne dla nieświadomego czytelnika. Poznajemy też dalsze losy rozmówców francuskich dziennikarzy, ich życie w Chinach czy Seulu, problemy z przystosowaniem się czy ze sprowadzeniem pozostałych członków rodziny z kraju Wielkiego Słońca XXI wieku.

seria: Terra Incognita

Wieże z kamienia, Wojciech Jagielski

Wieże z kamienia, Wojciech Jagielski, WAB, 2008

Wieże z kamienia

Wieże z kamienia, dawne budowle obronne, to dla Wojciecha Jagielskiego symbol narodu czeczeńskiego, jego nieustępliwego oporu i siły przeżycia, mimo groźnego najeźdźcy. To nacja rozdarta, można nawet powiedzieć skatowana historią, wojnami z Rosją, rajdami dżygita Samil Masajewa, trudnościami i niedolami dnia codziennego. Reporterskie zabiegi autora skupiają się przede wszystkim na życiu samych Czeczenów, przybliżając czytelnikowi ogrom ich nieszczęścia.

 Opowieść dziennikarza rozpoczyna się jeszcze przed drugą wojną, dając czytelnikowi dokładny obraz sytuacji polityczno-gospodarczej, oraz przyczyn z jakich doszło do konfliktów. Jagielski dokładnie tłumaczy zawiłe stosunki rosyjsko-czeczeńskie, religijne napięcia i przyczyny wybuchu samej wojny. Wiedza i orientacja pisarza robi wrażenie. Przy okazji mamy okazję zobaczyć jak wygląda życie i praca dziennikarza, który  by być u „źródła” wydarzeń, pcha się w samą paszczę lwa. Podejmuje się roli widza i krytyka jednocześnie, ale nie bohatera samej akcji. Stara się być blisko „sceny” i mieć możliwość poznania obu stron barykady. Poznajemy więc rosyjskich żołnierzy, stacjonujących w czeczeńskich wioskach i samych mieszkańców. Widzimy rozpacz i strach czeczeńskich kobiet, których mężczyźni udali się na wojnę. Poznajemy zmartwienia sołtysa, który przygląda się śmierci swojej wsi, trudy życia partyzantów, dylematy moralne Czeczenów.

„Nigdy nas nie rozumieli, a raczej nigdy nie było między nami zrozumienia. Traktowali nas jak uczestników dzikiego, barbarzyńskiego safari. Byli przekonani, że odczuwamy niepojętą, dziwaczną przyjemność z przyglądania się cierpieniu i strachowi innych. Wciąż nam chcieli pokazywać trupy. Ilekroć dowiedzieli się o kimś zabitym podczas bombardowania, czy choćby zmarłym z powodu choroby, bądź ze starości, ciągnęli i zachęcali.

-Chodź, zobaczysz trupa.

Wpatrywali się w nasze twarze, sprawdzając czy widok umarłych, a także widok straszliwie okaleczonych, płaczących ludzi i dymiących zgliszczy, dostarczył nam należytej satysfakcji. Naprawdę się starali. Uważali też najwyraźniej, że skoro możliwość oglądania z bliska ich nieszczęścia ma dla nas tajemniczą wartość, powinna również mieć słoną cenę. Poniekąd mieli rację.”

Autor „Wieży z kamienia” ukazuje takich ludzi jak Asłan Maschadow, nieuznawany przez Rosję prezydent Czeczenii, i Szamil Basajew, oraz o ofiary, dla których wojna stała się  najgorszym przekleństwem. Co prawda reportażyście nie udaje się spotkać z Mashadowem, ale poznaje bliżej rodzinę, u której przebywa, a to pomogło mu nadać ostateczny charakter swojej opowieści, która w ostatecznym rozrachunku przedstawia losy zwykłych ludzi. Pozbawieni własnej tożsamości i kultury tkwią zawieszeni, wojna narzuciła poważne zmiany w rodzinnej i kastowej hierarchii. Obraz z buntowanego narodu, walczącego o wolność, ale z wszystkimi, strasznymi konsekwencjami tej walki.

Książkę dodatkowo uatrakcyjniają odwołania autora do historii i literatury, cytuje ciekawe legendy, podaje czeczeńskie zwyczaje i wierzenia – nie jest to sucha, wojenna relacja. Podobało mi się zgłębianie narodowego charakteru społeczeństwa. W okresie pokoju czeczeńskie rody rywalizowały o miano najmężniejszego, zaprawieni w walce od pokoleń. Lata najazdów nauczyły ich, iż godny cel może usprawiedliwić nikczemność. Do tego opór przed jakimkolwiek podporządkowaniem, hardość i swoisty wojenny egalitaryzm.

Seria: Terra Incognita

Gottland, Mariusz Szczygieł

Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006

 Gottland

 „Gottland” Mariusza Szczygła to książka już uznana, szeroko omawiana i nagradzana, ze wszech miar zasłużenie.

Historia Czechosłowacji to opowieść o kraju doświadczonym, ale z wolą przetrwania mimo wyjątkowo niesprzyjających „okoliczności”. Pisarz do swojej książki wybrał czeskie ikony świadomości , ale też historie „wymazane” z pamięci rodaków. Dobór okazał się niezwykle trafny i przedstawia fascynujące  koleje losów ludzkich, nierozerwalnie związanych z ich ojczyzną. I tak możemy poczytać o założeniu i rozwoju jednej z największych firm obuwniczych, Baty i jej niezwykłych właścicielach, opowieści o doli aktorki, Lidii Barovej, piosenkarki Heleny Vondrackovej, Marty Kubisovej, nie zabraknie też Aleksandra Dubceka, Komunistycznej Służby Bezpieczeństwa czy wpływu Franza Kafki.

Dziennikarz ma styl zwięzły, dosadny, ale naładowany ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Rozdziały są krótkie, zwarte, o dużej wymowie. W kilku zdaniach potrafi zawrzeć całą historię wraz ze wszystkimi uczuciami targającymi bohaterów, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że pisze oschle i rzeczowo.  Czytelnik czyta, kiwa głową i nadziwić się nie może.

„Troje dzieci z pierwszego małżeństwa: Anna, Antonin i osiemnastoletni Tomas, staje przed pięćdziesięcioletnim ojcem. Żądają spadku po matce. Proponuję też, aby dał im od razu to, co mieliby odziedziczyć po jego śmierci. Nie mają czasu czekać tyle lat, a poza tym w domu jest ciasno.”

Gdy czytamy o firmie Bata, jej historia wydaje się momentami nieprawdopodobna, wręcz surrealistyczna, to samo dotyczy innych, umieszczonych w tej książce. Absurd, to słowo, które bez przerwy się narzuca w trakcie czytania. Momentami książka zakrawa na fikcję godną Orwella. Autorowi nie brak też swoistego poczucia humoru.

„W tym czasie w sąsiednich Niemczech władzę absolutną zdobywał mężczyzna, który – jak ktoś zauważył – najbardziej był wdzięczny swojemu ojcu za porzucenie pospolitego, wiejskiego nazwiska Schicklgruber.

To jasne.

Pozdrowienie „Heil Schicklgruber” byłoby zbyt rozwlekłe.”

Albo polecenie władz praskich dla saperów, aby zniszczyć pomnik Stalina „z godnością” czy też rozkaz pozbycia się całej kiczowatej literatury amerykańskiej i zastąpienie jej socrealistycznym bublem. Dziennikarz przedstawia nam naród, który by przetrwać musiał się poddać i dostosować.

Bibliografia z jakiej korzystał autor też robi wrażenie, z tego wszystkiego umiał wyłuskać anegdoty oryginalne, poruszające, niektóre wręcz groteskowe. Szczygieł przetworzył historię Czechosłowacji na język i potrzeby swojego oryginalnego reportażu. Polecam.

CZARNE

Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji

Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, Maciej Zaremba, przełożyli Wojciech Chudoba, Katarzyna Tubylewicz, Jan Rost, Anna Topczewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

Polski hydraulik

 

Tak, znowu Szwecja, ale tym razem w nieco bardziej krytycznym wydaniu. Maciej Zaremba, dziennikarz, autor kilku książek, współpracuje z największą szwedzką gazetą Dagens Nyheter. Nie muszę chyba wspominać, że za cykl swoich artykułów otrzymał wiele nagród, m.in. kilkakrotnie, Nagrodę Akademii Szwedzkiej.

Rzetelne podejście do tematu oraz duża wiedza autora rzucają się od razu w oczy. Do tego świetny styl, często rzeczowy, ironiczny, momentami wręcz cyniczny. Podziwiam zaangażowanie autora, który po nitce dochodzi do kłębka zagmatwanych afer. Nie poprzestaje na powielaniu obiegowych opinii, sięga głębiej, próbując dojść do prawdy, nawet najbardziej pokrętnej. Dzięki doskonałemu rozeznaniu i przygotowaniu jest w stanie uchwycić to, co umknęło tłumom. I w ten sposób przedstawia nam Szwecję, ziemię obiecaną Europy.

Związki zawodowe, które pozbawiają pracy obcokrajowców, absurdy szwedzkiej służby zdrowia (myśleliście, że nasza wszystko przebija?), nieludzkie wymogi w stosunku do pracowników opieki społecznej, kręte ścieżki odpowiedzialności w sądownictwie. Zaremba zadaje trudne pytania, przedstawia paradoksy i wypaczenia szwedzkiej demokracji. Ingerencja państwa w życie jednostki, jak daleko może sięgać? Czy człowiek chory psychicznie może ponosić odpowiedzialność za swoje czyny w momencie ataku szaleństwa? Dlaczego nie otrzymał pomocy gdy sam się po nią zgłosił? Czy przestajemy być moralnie kompetentni? Smutna analiza państwa opiekuńczego, które chce znieść większość trosk z barków obywateli. Gdzie tu miejsce dla człowieka?

„Jeśliby dla eksperymentu potraktować poważnie logikę argumentów państwa opiekuńczego, można łatwo zauważyć, że opiera się ona na szeregu błędnych założeń: że gdy ludzie mówią o godności człowieka, mają na myśli poczucie bezpieczeństwa, że cenią sobie to bezpieczeństwo ponad wszystko i że najbezpieczniejszy jest ten, kto nie może, a zatem nie musi sterować własnym losem. Dalej: realistyczny pogląd, że miłość często w zanadrzu kryje cierpienie, i zaskakujący wniosek, że dlatego właśnie nie jest warta swej ceny. Wiara, że można tak skonstruować machinę dobrobytu, by była bardziej ludzka niż suma człowieczeństwa poszczególnych funkcjonariuszy, byleby tylko przestrzegali zasad.”

Pisarz porusza też „stare” tematy, takie jak wartościowanie ludzi ze względu na kraj pochodzenia, migracje za zarobkiem, łapówkarstwo.

Różnorodność tematyczna reportaży może niektórych przyprawić o zawrót głowy, poszczególne artykuły ukazywały się w różnym czasie, różnią się od siebie też stylem i tonacją.

To naprawdę dobre reportaże skłaniające myślenia nad naszym pogmatwanym światem. Co miałby do napisania Zaremba gdyby nie opuścił Polski w 69? Jestem pewna, że tu też znalazłby dużo tematów.

Recenzje naturegirl   i er_mini  

Kategorie: reportaż / Szwecja

Inna jasność

Inna jasność. Opowieść z podróży na najdalszą Północ, Zygmunt Barczyk, Videograf II, Chorzów 2008

Inna jasność

„Inna jasność” to reportaż z podróży autora na Północ, której celem były Lofoty. Autor rusza w drogę wraz z ojcem i z kolejnymi przemierzanymi kilometrami zapoznaje czytelnika z urokami Skandynawii. Do swojej wyprawy przygotował się doskonale, zarówno pod względem znajomości literatury skandynawskiej jak i jej historii. Urozmaica swój reportaż legendami, ciekawostkami historycznymi i bystrą i ciekawą obserwacją rzeczywistości. Poetycki język Barczyka pasuje do klimatu midnattsol (dni polarnych), pojawiają się motywy wyciszenia i pustki, ponieważ autor do tego wyjazdu przygotował się też duchowo. Tylko, że ja bardziej zainteresowana byłam opisami Skandynawii, niż spotkanymi na drodze przez pisarza dziwakami. Barczyk miał szczęście do poznawania przeróżnych ekscentryków, którym nie poskąpił swojego zainteresowania i miejsca w książce. Dlatego w pewnym momencie miałam już dosyć wyznań na temat oczyszczania czakr, uwalniania ducha, pobierania energii itd. Ja bym tych nawiedzonych wycięła z tekstu, ale może to kwestia gustu.

Autor w interesujący sposób zapoznaje czytelnika ze Szwecją i Norwegią, przybliżając naród Lapończyków, a właściwie to Same ( „Lapp to określenie w zamiarze szwedzkim obraźliwe.”). Duża wiedza pisarza jest wynikiem dłuższego przebywania w Szwecji (autor wyjechał z Polski w 1983). Minusem tej publikacji jest brak jakichkolwiek zdjęć z wyprawy.

Kategorie: reportaż literatura podróżnicza Skandynawia

Kaczor po pekińsku

Kaczor po pekińsku czyli podróż po Azji z Polską w głowie, Jacek Pałasiński, Rosner&Wspólnicy, Warszawa 2007

Kaczor po pekińsku

 

  Zaraz po przydługim filozoficzno-politycznym wstępie pisarz przystępuje do rzeczy, tzn. do opowiadania o Azji. Cztery rozdziały poświęcone są w całości azjatyckim tygrysom, Singapurowi, Indiom, Wietnamowi i Chinom, i przewijającym się bez przerwy polskim dygresjom. Po przeczytaniu książki odniosłam wrażenie, iż autor jest doskonale zorientowany w sytuacji politycznej wszystkich wymienionych przeze mnie krajów. Opowiadając o tych odległych państwach cały czas pamięta o ojczyźnie, porównując ustroje, PKB, złożoność historii, w pewnym momencie ma się jednak dosyć tych dygresji. Jacek Pałasiński stawia wiele ważnych pytań: Czy jako Europejczycy jesteśmy gotowi na poważne zmiany jakie zajdą w gospodarce i polityce na świecie? Jaki ustrój jest najlepszy i czy rzeczywiście monarchia jest taka zła? Jacy politycy byliby dla Polski najlepsi (he, he)?

To co mi się u Pałasińskiego podobało, to mówienie o historii w ciekawy, nieszablonowy sposób wraz z odkrywaniem „drugiego dna”. Kręte ścieżki historii potrafią być niezwykle dwuznaczne.

„Zapewne już tylko tacy staruszkowie jak ja pamiętają nazwę My Lai. (…) Co gorliwsi badacze historii odkryją, że 16 marca 1968 roku oddział wojsk amerykańskich (…) wymordował 437 mieszkańców My Lai, mężczyzn, kobiety, starców, dzieci, w tym niemowląt, a nawet noworodków. Oddziałem dowodził porucznik William Calley. Masakra była odwetem za zasadzkę, w której zginęło kilkunastu żołnierzy południowowietnamskich.(…)

Jest druga strona tej historii. W My Lai mieszkało o wiele więcej ludzi; oni też przeznaczeni zostali do rozwałki. I zginęliby, gdyby nad wioską nie przelatywał amerykański helikopter wojskowy. Jego pilot Hugh Thompson jr., zobaczył, co się dzieje, i przez megafon wezwał swoich rodaków, by natychmiast przestali. Calley zignorował jego wezwanie i kazał nadal mordować. Wówczas Thompson zagroził, że jeśli któryś z Amerykanów jeszcze raz podniesie rękę na bezbronnego Wietnamczyka, zacznie do niego strzelać. Thompson nie rzucał słów na wiatr, gotów był to zrobić. Masakra ustała.

Cóż za wspaniała przypowiastka na temat ludzkiego sumienia, walki pomiędzy poczuciem obowiązku a  poczuciem człowieczeństwa!

Zło powstaje i ustaje na skutek czyjejś indywidualnej decyzji. Każdy powinien podejmować tę właściwą, dla niewłaściwych nie powinno być usprawiedliwień.”

 

Co do samej formy książki to rozdziały są w rozsypce, autor skacze z tematu na temat, dając się swobodnie nieść swoim myślom, nie próbując uporządkować wszystkiego w logiczną całość. Często nie zachowuje obiektywizmu, otwarcie krytykując i będąc surowym w swoich ocenach. Jednak pisze całkiem ciekawie, dzieląc się swoimi ciekawymi obserwacjami.

Kategorie: literatura podróżnicza / reportaż / Chiny / Singapur / Indie / Wietnam