Komediantka, Władysław Reymont

Gdzieś na prowincji, w małej miejscowości spokojnie toczy się życie dwudziestoletniej Janki Orłowskiej. Wieczne scysje z ojcem to jedyne wydarzenia, które wnoszą w ich wspólne życie trochę emocji. Wszystko w miarę się układa do momentu gdy ojciec nakazuje córce przyjąć oświadczyny bogatego Grzesikiewicza. To dla dziewczyny moment przełomowy, kiedy decyduje się na zawsze opuścić rodzinny dom i spełnić swoje marzenia o aktorstwie i życiu dla większej idei. Udaje się do Warszawy, gdzie udaje się jej zdobyć angaż do niewielkiego teatru Cabińskiego.

Początkująca aktorka musiała przybyć z prowincji pełna ideałów, w końcu na wsi nie mogła mieć żadnego wyobrażenia o tym jak może wyglądać praca w teatrze. Aktorstwo stało się dla niej sensem życia, motorem działań, który natchnął ją odwagą do wyruszenia w nieznany świat i porzucenia rodzinnego domu. A przecież taki krok nie mógł być łatwy dla młodej dziewczyny na początku XX wieku. Aktorstwo jest dla Janki wyższym celem, aktorstwo to ma być sztuka wyższa wymagająca pracy i iskry natchnienia. Jednak ideały szybko zaczynają rozbijać się o nieciekawą i prozaiczną codzienność. Nasza bohaterka jest wręcz bombardowana rozczarowaniami choć trzeba jej przyznać, że większość przyjmuje ze stoicyzmem i trzyma się całkiem długo. I jak na „prowincjonalną „krowiętę” jakoś sobie radzi nie nurzając się w moralnej degradacji, która „groziła” wtedy aktorkom.

Dążenie do kunsztu, pragnienie tworzenia sztuki, służenia wyższemu celowi gubią się w ludzkich słabościach, namiętnościach, przywarach. Światek prowincjonalnych aktorów okazuje się wyzuty z ideałów, nikt tu na względzie nie ma wyższych ideałów, jedynie swoją korzyść,przyjemność, flirt, umiłowanie własne. Aktorzy z jednej strony gardzą widzami, tymi tapicerami, mieszczanami, czeladnikami, którzy ich oklaskują a z drugiej do gardeł sobie skaczą gdy idzie o podział „sławy”. Każdy żądny jest uwagi publiczności, jej braw i uznania. Z czasem wychodzą na wierzch ich podłe charaktery, demoralizacja, cynizm, zawiść. Wszystko to sprawia, że talent Janki nie ma szans zaistnieć, pogrzebany przez intryganctwo, samolubność i kumoterstwo. I nawet jeśli bohaterka kierowała się w życiu honorem, godnością, pragnieniem tworzenia sztuki to i tak w oczach innych oraz trupy teatralnej pozostała „komediantką”. Nie zasłużyła na szacunek nawet „wśród swoich”.

„Komediantkę” Reymont napisał w miejscowości Bukowno, gdzie przez krótki czas pracował jako zawiadowca stacji kolejowej. W tym samym zawodzie obsadził ojca głównej bohaterki, Janiny Orłowskiej. Jej samej „sprezentował” ambicje aktorskie, oparte także na własnych przeżyciach. Po przeczytaniu jego powieści naprawdę głęboko zastanawiałam się, co pisarz musiał przeżyć i z jakimi ludźmi się zetknął skoro spod jego pióra wyszła tak pesymistyczna w wydźwięku powieść.

Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer

Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer, Muza, Warszawa 2003

 Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer

 Książka Singera jest swoistą sagą rodziny żydowskiej, której patriarchą jest bogaty Mashulam Muszkat. Można powiedzieć, że pisarz używa jego licznego potomstwa, wnuczków oraz prawnuczków do przedstawienia nam każdego z możliwych wariantów życia Żydów w Polsce i poza nią – chasydzi, Amerykańscy emigranci, inteligencja, rabini, kupcy, syjoniści itd. Autor skupia się na relacjach międzyludzkich, w które brutalnie wdziera się wojenna rzeczywistość. Prześladowania, rasizm, niewiedza, chamstwo, nietolerancja to tylko niektóre z przymiotników jakie określają problemy z którymi na co dzień muszą borykać się bohaterowie książki.

Galeria bohaterów jest bardzo różnorodna i nie są to proste, oczywiste typy. Każdą z postaci charakteryzują dobre i złe cechy, ma swój charakter, przy czym pisarz pozostaje całkowicie w cieniu oddając im głos, nie ocenia, nie krytykuje. Znajdziemy tu smutek, romantyzm i szarą prozę życia. Historia jest tu tylko tłem choć niezwykle ważnym bo to przecież ona wpływa na koleje ludzkiego losu – upadek Austro-Węgierskiego imperium, rewolucja 1917 r., rosnący w siłę komunizm, rozwijający się syjonizm, II wojna światowa.

 Oczywiście autor pisząc o rodzinie żydowskiej pokazał jak głęboko tkwi ona w swojej kulturze, jak bardzo określone kulturalne rytuały, tradycja wpływają na zachowania postaci, ich poglądy i decyzje życiowe. Zagubienie w świecie, przesądy, religijna gorączka. Książka Singera to taki świat w miniaturze, nie tylko ludzkie pasje, ale dociekanie natury wiary, obsesje, miłość romantyczna i seksualna, ambicje, bogactwo, bieda – wszystko to stanowi tło dla kolejnych wydarzeń. Proza pisarza jest prosta, dobitna choć jednocześnie pełna emocji, nie ma tu przestylizowania. Myślę, że autor kończy swą opowieść we właściwym momencie czytelnicy dobrze wiedzą co może się przydarzyć kolejnym członkom rodziny Muszkatów. Polska ogarnięta jest już zawieruchą drugiej wojny światowej a nasze emocje rosną, wizja Hitlera zamieni w pył miliony istnień. Powieść uświadamia nam grozę historii, mamy całe wielopokoleniowe rodziny, które mocno osiadły w mieście, które traktują je jak swoje miejsce na ziemi, gdzie dorastać będą kolejne dzieci, jednak nadchodzi dzień, w którym „normalna” rzeczywistość zostaje całkowicie zburzona i wtedy czytelnika przechodzi dreszcz grozy.

Mimo wszystko w powieści nie ujęli mnie jej bohaterzy a Warszawa, która jest tu równorzędnym motywem. Wcale nie jest to pochlebny obraz, ale nutka sentymentu łagodzi jego brutalną szczerość. Stolica to miasto brudne, nieprzystępne, zacofane, ale ile tu klimatu. To świat, który bezpowrotnie zniknął ze swoimi kamienicami, tajemniczymi zaułkami, wybrukowanymi drogami.

Isaac Bashevis Singer, Literacka Nagroda Nobla – 1978

Henderson, król deszczu, Saul Bellow

Henderson, król deszczu (Henderson the Rain King), Saul Bellow, tłumaczyła Krystyna Tarnowska, PIW,1983

 Henderson, król deszczu, Saul Bellow

 Po „Hendersona, króla deszczu” sięgnęłam z ciekawości, nic jeszcze Saula Bellowa nie czytałam. Główny bohater, gromki, niezwykle rosły milioner, jest człowiekiem, który mimo już dość zaawansowanego wieku i wielu przygód na koncie, ciągle nie może sobie znaleźć miejsca w świecie i sam nie wie czego szuka. Jest mężczyzną niezwykle krewkim i popędliwym, lecz o dobrym sercu, swoje decyzje opiera na emocjach, których sam nie rozumie. O sobie mówi, że jest urodzonym żołnierzem, żyje w rodzinnej posiadłości z drugą żoną i dziećmi. Z jednej strony jest więc człowiekiem prostym, mającym nieduże wymagania, z drugiej bogaczem, który może kupić wszystko.

Hendersona do działania napędza ciągle jakiś niepokój, niespełniona potrzeba wiecznego posiadania, której zwykłe zakupy nie są w stanie rozwiązać. Jego wewnętrzny głos – „Ja chcę, ja chcę, ja chcę” – ciągle nie daje mu spokoju. Sam czytelnik natomiast nie może narzekać na brak urozmaiceń w fabule, nasz wybuchowy Amerykanin poszukuje niestrudzenie swego celu w życiu jednocześnie hodując świnie w rodzinnej zabytkowej posiadłości, ucząc się gry na skrzypcach i rycząc jak lew. Nie mogący zagrzać miejsca Henderson zabiera się ze swym przyjacielem do Afryki, by dalej już zwiedzać Czarny Kontynent z oddanym sługą, Romilayu. Najpierw odwiedzają lud Arnewi trapiony plagą żab, następnie wioskę Wariri. Tu zaprzyjaźnia się z królem Dahfu, który zaczyna stosować na nim swą niezwykle oryginalną kurację psychologiczną z pomocą swej lwicy. Dość wątpliwe metody króla zaczynają przynosić efekty i nasz bohater zaczyna dorastać, godzić się ze światem oraz samym sobą.

 Na pewno jest to powieść oryginalna, Bellow ma unikalną wizję świata w jakim przyszło żyć ludziom,  w którym kluczem do harmonii jest życie w zgodzie z własną naturą, ciałem oraz otoczeniem. Myślę, że ksiąźka może być inspiracją dla tych wszystkich, którzy myślą, że dotarli już w życiu do pewnej granicy, za którą uważają, że już nic nie ma. To powieść o bardzo optymistycznym wydźwięku, gdzie każdy Everyman może się znów odrodzić i znaleźć nowy cel w życiu. Minusem dla niektórych może być specyficzne prowadzenie fabuły przez autora, ciągłe wspomnienia bohatera mieszające się z chwilą obecną, jego próby dociekania cóż to z nim samym sę dzieje, dodatkowe opowieści pozornie zbaczające z głównego tematu. Choć nie jest to znowu powieść trudna w odbiorze, co najwyżej dość specyficzna. Plusem dla mnie było niezwykłe poczucie humoru pisarza jakie przebija w tej powieści i jego szalone pomysły.

Literacka Nagroda Nobla 1976

W wolnym kraju, V. S. Naipaul

In a Free State (W wolnym kraju), V. S. Naipaul

In a Free State

V. S. Naipaul urodził się w Trynidadzie, w rodzinie hinduskich emigrantów, jednak mieszka i tworzy w Anglii. Piszę o tym gdyż uważam, że pochodzenie noblisty miało ogromny wpływ na jego twórczość i umożliwiło mu opisywanie Europy i jej mieszkańców z podwójnej perspektywy, współczesnego mieszkańca Zachodu i Trzeciego Świata. Ta książka to w zasadzie trzy opowiadania spięte klamrą narratora, który płynie na promie do Egiptu.

Pierwsza opowieść, „Jeden z wielu”, która zresztą spodobała mi się najbardziej, to historia Santosha, indyjskiego służącego, który wraz ze swym panem przylatuje do Ameryki. To człowiek wyalienowany, wrażliwy, wręcz skołowany w obcym miejscu, do tego naiwny. Amerykańską kulturę i język  poznaje oglądając spoty reklamowe. Pisarz świetnie oddaje jego zagubienie i przerażenie, bohater wpada w rozpacz gdy orientuje się, że wydał połowę swej pensji na wypad do kina i przekąskę. To jest równocześnie śmieszne i tragiczne. Dla Santosha amerykański sen o wolności okazuje się oszustwem, jako nielegalny imigrant musi poślubić Amerykankę by otrzymać Zieloną Kartę.

Drugie opowiadanie przedstawia dwóch braci z karaibskiej rodziny emigrantów, którzy wyjeżdżają do Anglii. Starszy robi wszystko aby wspierać finansowo młodszego, który ma studiować. Jednak okazuje się, że gówniarz zbija bąki. Starszy brat w szale furii i frustracji zabija chuligana. Ta historia ma tragiczny wydźwięk, ostatnia scena ma miejsce na ślubie młokosa, na którym morderca mógł uczestniczyć tylko w towarzystwie strażnika. Wszystkie więzy z rodziną zostają zerwane wraz z jego pójściem do więzienia.

Ostatnia, tytułowa historia, ma miejsce w małym afrykańskim państewku, które właśnie zdobyło niepodległość. Bobby, biały urzędnik o homoseksualnych skłonnościach, odwozi Lindę do jej męża w sąsiednim kraju. Ich podróż jest pretekstem do ukazania sytuacji w państewku i konsekwencji niepodległości. O władzę walczą dwa plemiona, prezydent i król, demokracja kontra monarchia. Każde z plemion z chęcią dokonałoby eksterminacji tego drugiego.

Bohaterowie książki po opuszczeniu swoich ojczyzn próbują się odnaleźć w obcym świecie, którego nie rozumieją. Autora zajmuje problem tożsamości, złamanej symetrii kolonialnych związków. Posłużenie się różnymi historiami pomaga w ukazaniu całościowego obrazu. Brat wykorzystuje brata, pracownicy innych pracowników, szef podwładnego. Ani pochodzenie, ani kolor skóry czy kultura nie powstrzymają człowieka przed ujawnieniem się jego okrutnej natury. Żyjemy w świecie zglobalizowanym, gdzie przez kraje przelewają się fale emigrantów i uchodźców poszukujących swego miejsca na tej planecie. Wolność jest tu pozorna, teoretyczna i ironiczna, skoro kraje opisane przez autora ciągle podlegają wpływom innych państw. Tytułowy „state” może też dotyczyć stanu umysłowego postaci, które zrywają rodzinne więzi, ale i tak cierpią. Jednak podsumowywując nie mogę napisać, że dobrze mi się czytało tą książkę, jest świetnie napisana jednak może doprowadzić czytelnika do stanu zagubienia i delikatnej depresji.

Nobel 2001 r.

Man Booker Prize 1971 r.

Nagrody literackie

Los utracony, Imre Kertesz

Los utracony (Sorstalansag), Imre Kertesz, przełożyła Krystyna Pisarska, Dzieła Najwybitniejszych Noblistów

 Los utracony

„Los utracony” to powieść niepokojąca, przerażająca a jednocześnie drażniąca. Główny bohater, młody Węgier żyjący w Budapeszcie, to właściwie jeszcze chłopiec, który dopiero zaczyna swoją drogę ku dorosłości. Nieobecny duchem, prostoduszny i łatwowierny,  nie bierze sobie do serca grożących mu niebezpieczeństw z tytułu bycia Żydem. Pochłania go jego własne życie, praca, dziewczyna, ot przeciętny reprezentant młodego pokolenia.

Nie ma w tej książce grozy, która przepajała by treść, strachu paraliżującego postacie, napięcia, oczekiwania na wyrok. Mamy za to piękny letni dzień, w czasie którego grzeczni policjanci uprzejmie proszą Żydów o opuszczenie autobusu i udanie się wraz z nimi na posterunek. Młodzież, która umila sobie nudne oczekiwanie grami towarzyskimi i rozmową, cieszy się, że nie musi pracować w tym upale. Trudno uwierzyć, że to łapanka, a chłopca prowadzą na stację gdzie ostatni postój będzie w Auschwitz.

„Sam też się rozejrzałem, choć właściwie tylko tak, dla zabawy, bo przecież nie widziałem żadnej przyczyny, żeby wiać – myślę, że miałbym dość czasu – potem jednak zwyciężyło moje poczucie honoru.”

Tak więc nasze owieczki podążają na rzeź i cieszą się z nowych możliwości jakie stworzą im Niemcy – „egzystencji sensowniejszej i przyjemniejszej„. Skończy się nuda, będą  nowe wrażenia i zobaczy się kawałek świata. Jednak najbliższe wypadki nie bardzo będą odpowiadały wyobrażeniom młodzieży. Z bydlęcych wagonów trudno podziwiać ładne widoki, standard podróży też nie najlepszy, wrażenia w obozie koncentracyjnym nieco odbiegające od niemieckiej sielanki, wikt i opierunek raczej kiepskie. Chłopcy muszą się natychmiast dostosować do nowych warunków i nauczyć żyć od nowa.

„Non scholae, sed vitae discimus – „uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia” (…). No więc pomyślałem, że stosując się do tych słów, powinienem był się uczyć ( w gimnazjum) wyłącznie o Auschwitz-Birkenau. Należało mi wszystko wyjaśnić, szczerze, uczciwie, dorzecznie. A ja przez cztery lata nie słyszałem w szkole na ten temat ani słowa. Ale, rzecz jasna, byłoby to krępujące i nie miałoby nic wspólnego z wykształceniem. Tak więc poniosłem stratę, bo dopiero tu musiałem zmądrzeć, dowiedzieć się, że jesteśmy w Konzentrationslager, w obozie koncentracyjnym. Ale nawet i te nie są jednakowe, jak mi wyjaśniono. Tu jest na przykład, uświadomiono mnie, Vernichtungslager, to znaczy obóz zagłady. Całkiem inaczej (…) jest w Arbeitslager, czyli obozie pracy: tam żyje się lekko, stosunki i wyżywienie są, jak wieść niosła, nieporównywalne i to jest oczywiste, w końcu o co innego tam chodzi.”

Bohater kontynuuje swoją podróż przez niemieckie obozy (Buchenwald, Zeitz) niczym swoistą, kształcącą wędrówkę. jego stosunek do zaistniałej sytuacji opiera się na zaufaniu  do życia i losu, który zgotował mu takie przeznaczenie. Można powiedzieć, że pogodził się z tym, że przyszło mu żyć w takich czasach i nie pozostało nic innego jak przyjąć wszystko jako rzeczywistość oczywistą. Po prostu jego rodzina nie jest „bez zarzutu pod względem rasowym”. Jego tułaczka po obozach jest niczym surrealistyczna podróż Józefa K., bohatera „Procesu” Kafki, po urzędach. Ot, taki wyrok. Naiwność bohatera jest rozciągnięta do granic absurdu, który przepełnia czytelnika grozą. To nietypowa książka o Zagładzie, na myśl przychodzi mi tu tylko Primo Levi  („Czy to jest człowiek”) i Józef Bau („Czas zbeszczeszczenia”) z ich charakterystycznym postrzeganiem świata poprzez szyderstwo. Jednak czytając książkę Kertesza potrząsa się głową z niedowierzaniem odczuwając jednocześnie wiele sprzecznych emocji, co na pewno nie kłóci się z zamiarem pisarza. „Los utracony” przyprawia o zawrót głowy i rozbieżne uczucia, ale nie ulega wątpliwości, że jest to publikacja warta przeczytania.

Nobel 2002

Umiłowana, Toni Morrison

Umiłowana (Beloved), Toni Morrison, przełożyła Renata Gorczyńska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007

Umiłowana

Dopiero co skończyłam czytać książkę Toni Morrison, a już żałuję, że nie przeczytałam jej w oryginale. Jest to powieść złożona, w której język gra niezwykle istotną rolę i mimo wysiłków tłumaczki mam wrażenie, że coś przegapiłam. Zresztą sama Renata Gorczyńska przyznaje, że było to nie lada wyzwanie gdyż powieść ma obiegowy status nieprzetłumaczalnej ze względu na charakterystyczny styl autorki i symboliczność języka. Powieść składa się z fragmentów, pomieszanych kawałków, które czytelnik sam musi połączyć w jednorodną całość. Wzmacnia to wrażenie życia postaci, które nawiedzane są przez duchy przeszłości. Każdy z pojawiających się bohaterów ma swój udział w historii, nawet ten martwy.

Książka porusza wiele drażniących tematów dotyczących niewolnictwa, ale i etyczne oraz moralne prawa matki wobec dziecka czy pana w stosunku do niewolnika. Murzyni postrzegani byli najczęściej przez swych właścicieli jako zwierzęta i „odpowiednio” traktowani. Kobieta była darmowym narzędziem rozrodczym, które produkowało nowych podwładnych. Niezmierzone musiały być cierpienia macierzyństwa, strach przed przywiązaniem i miłością do własnego dziecka, które można w każdej chwili stracić. Taka bezbrzeżna rozpacz spowodowała, że Sethe, niewolnica, której udało się zbiec, wolała zamordować swoją córkę niż oddać ją w ręce swych właścicieli i pogodzić się z losem. Oczywiście ten czyn zaważy na całym przyszłym życiu Sethe i jej pozostałych dzieci.

Kolejnym ważnym wątkiem tej książki jest kolektywna trauma narodu zniewolonego, którego cierpienia łączą wszystkich, ale jednocześnie prześladują. Wspomnienia wymierzanych kar, wymyślnych tortur, narzędzi wymierzania sprawiedliwości przez białych i ich czynów czynią tych ludzi kalekimi emocjonalnie. Niewolnictwo stało się filozofią życia, która dopuszczała najbardziej bestialskie czyny. Każdy z bohaterów powieści został w jakiś sposób dotknięty przez bestialstwo białego człowieka i musi mierzyć się z nim w swoim nowym, wolnym życiu. Przeszłość żyje w teraźniejszości i nigdy nie będzie zapomniana.

 „-Ukradłeś tego prosiaka, prawda?

-Nie, proszę pana – odpowiedział Szósty. (…)

-Zabiłeś go?

-Tak, proszę pana. Zabiłem.

-Zaszlachtowałeś?

-Tak, proszę pana. Zaszlachtowałem.

-Upiekłeś go?

-Tak, proszę pana.

-No. Zjadłeś go?

-Tak, proszę pana. Zjadłem.

-I mówisz, że to nie jest kradzież?

-Nie proszę pana. Nie jest.

-Wobec tego; co to jest?

-To jest ulepszanie pana własności.

-Co?

-Szósty sieje żyto, żeby lepiej rosło. Szósty karmi ziemię, która przynosi lepsze zbiory. Szósty karmi Szóstego, żeby mu się lepiej pracowało.”

Amerykańskie południe w literaturze

Piąte dziecko, Doris Lessing

Piąte dziecko ( The Fifth Child), Doris Lessing, przełożyła Anna Gren, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005

Piąte dziecko

Po lekturze tej książki na pewno nie nazwałabym Lessing „gigantem pisarstwa” (notka z okładki), ale wprawnego warsztatu i ciekawie podjętych tematów nie można jej odmówić. Sprawnie prowadzona fabuła nie odbiega od głównego wątku, jednocześnie zapoznając czytelnika ze wszystkimi poglądami piszącej. David i Harriet to małżeństwo, które z lubością określa się mianem konserwatystów. Od początku widać, że to fanatycy, w imie zrealizowania swoich celów i idei na ołtarzu poświęcenia złożą wszystko, własny komfort, czas, pieniądze, a także czas i pieniądze osób postronnych. Ich upór w werbowaniu kolejnych wyznawców ich „wizji szczęścia” powinien dawać do myślenia. Każdy z nas ma jakąś wizję swej idylli, ale nie znam nikogo kto z takim żarem i wewnętrznym zacietrzewieniem próbowałby udowodnić światu, że ich tradycyjne pojmowanie rodziny jest tym najwłaściwszym. Lovattowie jak pomyśleli tak zrobili i w kilka lat zmajstrowali sobie czwórkę dzieci, odnowili wiktoriańską niemałą hacjendę i zaprzęgli teściową do roboty, jednym słowem sprawnie zrealizowany pięcioletni plan partii „szczęśliwa rodzina”. Jednak przy piątym dziecku coś nie poszło tak jak trzeba i maluch wybitnie odstaje od reszty rodziny. Ben nie zachowuje się jak inne pociechy, nie wygląda słodko, spędza czas na cichej analizie domostwa i jego mieszkańców, nie wykazuje żadnych chęci ku pracy nad własnym PRem.

Azyl, który stworzyli Harriet i David, broniący ich przed zewnętrznym światem, sam zaczął rozpadać się od środka gdy pojawił się osobnik nieprzystosowany do panujących w nim warunków.

„Dawid i Harriet objęli dzielną dwójkę swoich dzieci.”

Prosty podział, mamy „prawdziwe” dzieci i „tego obcego trolla”, Bena. W tak małej społeczności, osobnik niedostosowany zniszczy ją, a całą  winą obarczona zostanie matka, która nie porzuci dziecka tylko dlatego, że nie spełniło jej oczekiwań i zagraża błogiemu szczęściu rodziny.

Każde zdanie pisarki to gotowy postulat przemycający poglądy feministyczne, konserwatywne, krytyczne wobec konsumpcjonizmu, nakładanych na ludzi norm czy potrzebie akceptacji. Powieść prosta, ale robiąca wrażenie.

Stambuł, Orhan Pamuk

Stambuł. Wspomnienia i miasto (Istanbul), Orhan Pamuk, przełożyła Anna Polat, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

Stambuł

„Stambuł” Orhana Pamuka to książka osobista. Miasto jest tu nierozerwalnie związane z Noblistą, który umie docenić jego potencjał. Historia dorastania pisarza przeplata się z historią samego miasta. Jesteśmy świadkami rodzinnych posiłków, sprzeczek i kłótni, braterskich bijatyk, zdrad i bankructw ojca oraz bezradności ich matki.

Pamuk ciekawie pisze o twórczości tureckich pisarzy, dla których inspiracją było jego rodzinne miasto. To oni wraz z Francuskimi podróżnikami ukształtowali ostatecznie wizję autora, której pozwalał rozwijać się w swej wyobraźni. Spisane podróż Nervala, Gautier i Flauberta inspirują i nakładają się na współczesny obraz miasta, które przez 100 lat tak bardzo się nie zmieniło. Niebagatelną rolę odegrały też szkice Mellinga. Artysta, przebywający w Turcji w XVIII wieku, uwiecznił z precyzją właściwą architektowi nieistniejący już Konstantynopol.

Po przeczytaniu wspomnień odnosi się wrażenie pewnej stylizacji autora, który znajduje się pod  silnym wpływem pisarzy francuskich. Trudno ocenić ile w tym Stambule jest realnej rzeczywistości a ile melancholijnej tęsknoty, podpartej sentymentalną wyobraźnią autora. Zresztą sam Pamuk przyznaje się, iż zawsze miał skłonności do upiększania i wyolbrzymiania rzeczywistości. Co wykreowała jego imaginacja? Oczywiście nie można odmówić tej książce niezwykłego uroku, tkwiącego w pięknym języku i romantycznych opisach miasta. Autorowi udaje się uchwycić ulotny klimat, wspólny smutek mieszkańców – huzun, na który składa się brzydota tego molocha, zaniedbane zabytki, bieda, wszechobecne minarety, tętniący życiem Bosfor i kilkusetletnia kultura.

Noblista krytykuje europeizację, której poddali się stambułczycy, załamała ona rodzimą kulturę i pozbawiła miasta jego istotnego rysu a próby unowocześnienia i tak spełzły na niczym. Wiele jest w tej książce nieustępliwych powrotów do inspiracji pisarza, jego spacerów, rozwoju duchowego. Czyta się całkiem przyjemnie, jednak dopiero wtedy gdy przyjmiemy melancholijno-wspomnieniową kreację.

Kategorie: autobiografia

Literatura na peryferiach

Wydawnictwo Literackie

Głód i jedwab, Herta Muller

Głód i jedwab (Hunger und Seide), Herta Muller, przełożyła Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008

Głód i jedwab

Zbiór esejów tegorocznej Noblistki, Herty Muller, to książka na długo pozostająca w pamięci.

Eseje są pełne brutalnej szczerości, wyznań, które mogą bulwersować. To zapiski spostrzeżeń Niemki w Rumunii za rządów Ceausescu, i imigrantki w Niemczech. Obie perspektywy bolesne i bliskie pisarce, dla czytelnika niezwykle interesujące, zmuszające do myślenia. Rozdwojenie Noblistki jest trwałe i brzemienne w konsekwencje. Stara się wniknąć w istotę tych dwóch narodów, analizuje postępowanie ludzi, wykorzystuje zaobserwowane wydarzenia, wypowiedzi innych są dla niej inspiracją, i to zarówno te należące do polityków, jak i szarych obywateli.  Muller chwyta prawdę życia codziennego i nasyca ją słowami dosadnymi, wstrząsając uważnym czytelnikiem, do tego wystarczy jej prosta metafora, sugestywne zdanie.

„Krew martwych nigdy jeszcze nie nauczyła rozsądku żywych.”

„Zbrodniarze noszą swoje czyny jak czystą koszulę. Tylko ten, kto kłamie w błahych sprawach, kłamie nieudolnie. Tylko ten, kto kłamie rzadko, ma czas na wyrzuty sumienia.”

Zebrane teksty, referaty, wystąpienia to mozaika składająca się na obraz życia pod reżimem dyktatora, przedstawiająca bardzo różnorodne tematy. Jeden z nich, niezwykle osobisty, opowiada jak to jest być kobietą w dyktaturze, maszyną rozrodczą na chwałę państwa. Prawo do aborcji przysługiwało po piątym dziecku bez względu na zarobki rodziców, ich sytuację. „Szeptane” recepty zrozpaczonych, samotnych kobiet. 

Surrealistyczne niuanse otaczającej rzeczywistości, np. dostosowywanie natury do wymogów władzy i jej oczekiwań.

„W miastach późnym latem na przyjazd prezydenta malowano pierwsze żółte liście lip zieloną farbą. (…)

Nawet krajobraz staje się państwową własnością, która oferuje władzy piękno, albo przynajmniej stwarza jego pozór. Jeśli gdzieniegdzie trafi się pod stopami kawałek ziemi niezajęty jeszcze przez państwo, nie budzi zaufania.”

Z typowo kobiecą słabością odnosi się do ubrań, pisze o upaństwowieniu ciała sportowców, młodych  nazistach, państwowych procedurach ograbiających człowieka z jego duszy, miłości do liryki w Europie Wschodniej, która staje się liryką użytkową, mierzoną poprzez kryterium strachu. Wiersz pomagał uporządkować rzeczywistość, stawał się swoistą mantrą dla powtarzającego. Autorka „Nizin” bardzo ciekawie pisze o języku na usługach kraju, pieśniach ludowych i zwyczajach w służbie wojny. Przedstawia „delikatną” sytuację Cyganów w Rumunii.

Każdy z esejów jest też chaotyczny, w każdym z nich pisarka stara się zamieścić maksimum treści, skacząc często z tematu na temat. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, życie na zawsze pozostaje naznaczone piętnem reżimu, niemieckim pochodzeniem. Obraz dyktatury to obraz stratowanego państwa z jego pozbawionymi nadziei mieszkańcami.

CZARNE