Klub martwych, Charlaine Harris

Club Dead (Klub martwych), Charlaine Harris, ACE Books

Club Dead

„Club Dead” to trzecia część cyklu z niezniszczalną telepatką – Sookie Stackhouse. Rozpoczyna się utartym przez Harris schematem,  kolejny stwór człekopodobny nastaje na życie tej całkiem inteligentnej blondynki. Myślałam, że skoro Bill znika w tajemniczych okolicznościach to będzie ciekawie, ale trochę się zawiodłam. To na razie najgorsza powieść tej autorki, można powiedzieć należąca do bardzo ostatnio popularnego gatunku paranormal-romance. Nie ma tu obecnej w poprzednich częściach zabawy z konwencją, utartymi schematami, oryginalnych pomysłów, nawet dowcip zawodzi bo pisarka o humorystycznych wstawkach przypomniała sobie niejako pod koniec książki. „Klub martwych” to przede wszystkim romans, w którego treści liczy się najbardziej seksualne napięcie jakiemu poddają się absolutnie wszyscy bohaterowie. Tu aż skwierczy i paruje od powstrzymywanych żądz. Do fanklubu niezwykłej kelnerki dołączył wilkołak Alcide i mamy teraz: Alcidea, Billa i Eryka – brakuje faceta na literę C, bo mam wrażenie, że pisarka pozwoli zauroczyć Sookie cały alfabet. Lista zalotników przyciąganych magnetyzmem tej dziewczyny wydaje się nie mieć końca.

Trudno mi też uwierzyć w zdradę Billa, tego chłopaka-idealnego, gentlemana i rycerza przymierza, który był dosłownie na każde zawołanie swej dziewczyny. Nagle przypomniał sobie jak udany miał związek z wampirzycą Loreną i zniknął jak kamfora. Ta postać nigdy nie była wiarygodna, ale teraz to autorka zaczyna partaczyć.

Bill wpada w tarapaty a jego praworządna, „prawdopodobnie była” dziewczyna, wyrusza z odsieczą. Dziewczyna dosłownie inwigiluje dom wampirzego króla Missisipi, ale to wszystko co zdradzę.

Cóż, ta powieść wypada słabiutko, brak mi było społeczności Bon Temps z jej niezwykłymi postaciami i świetnymi tekstami. Za dużo tu tego romansu i przydługich momentów, jednak pewnie sięgnę po kolejną część cyklu bo będe w niej szukała niezwykłego poczucia humoru Harris, które jest dla mnie jej znakiem firmowym.

Sabriel, Garth Nix

Sabriel, Garth Nix, przełożyła Ewa Elżbieta Nowakowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004

Sabriel

Tytułowa Sabriel to córka Abhorsena, szanowanego i budzącego strach nekromanty w świecie Starego Królestwa. Jednak sama Sabriel dorastała po drugiej stronie Muru, w nieco nowocześniejszym, a na pewno o wiele spokojniejszym i bezpieczniejszym Wyverley College, w Ancelstierre. To pozwoliło nacieszyć się jej spokojnym, wolnym od trosk dzieciństwem, ale nie przygotowało na samodzielną podróż w głąb nieznanej krainy z misją ratunkową dla ojca. Od chwili przekroczenia granicy dzielącej te krainy jej codzienność będą stanowiły zmagania z żywymi trupami, niezmordowanymi potworami z zaświatów, rozmowy ze złośliwym kotem Moggetem i gorączkowe poszukiwania Abhorsena. Znajdzie się nawet i zaklęty książe.

Wykorzystanie na bohaterów nekromantów jest ciekawym pomysłem, zwłaszcza, że zwykle te postacie nie cieszą się estymą pisarzy i uwikłani są zawsze w jakieś ciemne sprawki. A tu mamy całą rodzinę, która w dodatku kieruje się w życiu honorowymi zasadami Kodeksu i stara się nieść pomoc żywym i umarłym.

To książka o dorastaniu, odnalezieniu swojego życiowego celu. Sabriel podąża śladami ojca, poznając go lepiej i ucząc się otaczającego ją świata. Brutalna lekcja życia dla dziewczyny wychowanej na pensji. Jednak mimo niebezpieczeństw mrożących krew w żyłach dziewczynie zawsze udaje się ujść cało. 

Trochę wkurzające są te wszystkie sekrety snujące się wokół bohaterki, odkrywając jeden widzi kolejne i tak bez przerwy. Do wszystkiego dochodzi małymi kroczkami, a właściwie drobiąc stopkami.

Recenzja Eruany

Zimistrz, Terry Pratchett

Zimistrz (Wintersmith), Terry Pratchett, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka

Zimistrz 

Nie mogłam wybrać lepszej książki na obecną pogodę, od śniegu aż gęsto i w tej powieści. Bohaterka „Zimistrza” Tiffany Obolała, występuje już po raz trzeci w Świecie Dysku i to pod zmienionym nazwiskiem. Nie czytałam poprzednich części więc nie wiem czy tłumaczenie Piotra Cholewy wypadło lepiej niż Doroty Malinowskiej-Grupińskiej.

Tiffany to bardzo młoda i zdolna uczennica wiedźmy Eumenidezji Spisek. Dziewczyna wykazuje się zdrowym rozsądkiem, inteligencją i zdolnościami, których brak innym postaciom tej książki. Ale i ona ma jedną chwilę słabości, kiedy daje się ponieść muzyce i dołącza do korowodu tańczących postaci w lesie. Jak się okazuje puste miejsce wśród tańczących nie jej było przeznaczone, a same pląsy miały na celu powitanie Lata, które teraz nie przybędzie gdyż Tiffany zajęła jego miejsce. Jakby tego było mało jej radosne tany przyprawiły Zimistrza o szybsze bicie serca i żywiołak masowo zaczyna produkować płatki śniegu i góry lodowe na cześć ukochanej. Nowy adorator gotów jest do zamrożenia świata byle tylko zaimponować dziewczynie.

Dodatkowego kolorytu powieści nadaje klan Nac Mac Feeglów, niedużych ciałem niebieskich skrzatów, ale o ogromnej sile ducha. Feeglowie, zabójcza mieszanka szkockiego charakterku ze skłonnością do mocnych trunków oraz ogromnego poczucia honoru, natychmiast stali się moimi ulubieńcami. Tam gdzie powiewają ich kilty tam jest kupa śmiechu.

Podobał mi się motyw wykorzystania na potrzeby fabuły ludzką potrzebę tworzenia pozorów, iluzji, która lepiej działa na umysł niż niejedno lekarstwo. Człowiek to dziwne stworzenie, czasem bardziej wierzy w magię gestów, rzeczy, dodatkowych, a najlepiej niezwykle skomplikowanych zabiegów, niż w pospolitą i nudną prawdę. Efekt Boffo, bo tak nazywa to zjawisko pisarz, dotyczy każdego z nas, a jego silna potrzeba została wyolbrzymiona w książce, gdzie ludzie nie wierzą w najprostsze rozwiązania, tylko w magię pozorów. Czarownica, nie jest czarownicą bez spiczastego, czarnego kapelusza.

Fabuła nie obfituje w nagłe zwroty akcji czy niespodziewane wydarzenia, toczy się spokojnie pozwalając czytelnikowi na radosne obcowanie z mnogością żartów, dowcipnych wstawek językowych i neologizmów, które autor niezmordowanie produkuje. Czyli mniej więcej to co zawsze u Pratchetta, nic zaskakującego, po prostu dużo dobrej zabawy.

 Kategorie: na poprawę humoru / Opowieść ze Świata Dysku

Na tropie jednorożca, Mike Resnick

Na tropie jednorożca (Stalking the Unicorn), Mike Resnick, przełożył Robert J. Szmidt, Fabryka Słów, Lublin 2009

Na tropie jednorożca

Coś ostatnio mam szczęście do kryminałów z nieudacznikami w roli głównej, właścicielowi pewnej agencji detektywistycznej nie wiedzie się najlepiej. Wspólnik go wystawił i zwiał do Las Vegas, ale po drodze zdołał zabrać jego żonę i zadłużyć go u pewnych „miłych” panów, nowi klienci się nie pojawiają, reszta pieniędzy wyparowała na wyścigach a gospodyni grozi eksmisją. Popijając samotnie whisky w noc sylwestrową, John Justin Mallory zastanawia się nad sensem swego życia na Manhattanie. Murgensturm, który pojawia się w jego biurze po opróżnieniu przez detektywa większej zawartości butelki, nie zostaje rozpatrzony jako klient, cóż, jego niski wzrost, elfie uszy i zielony kolor karnacji sprawiają, że Mallory zalicza go w poczet swoich pijackich fantazji. Jednak elf przybył ze zleceniem, ktoś mu skradł jednorożca, a Justin został wybrany, bo jako jedyny miał o tej porze otwarte biuro. Kradzieży dokonano na równoległym, magicznym Manhattanie, który rządzi się dość niezwykłymi prawami. Już na początku śledztwa Mallory poznaje Felinę, kobietę-kota, otrzymuje pogróżki od najpotężniejszego demona w mieście i orientuje się, że jego klient to pacan. Jednak nasz bohater się nie zraża, bierze się w garść, trzeźwieje i sam zaczyna nadawać bieg wydarzeniom.

Justin Mallory to typowy bohater kryminałów, cyniczny detektyw, który pragnie sprawiedliwości i jednocześnie zdaje sobie sprawę, że zchwyatni przez niego przestępcy nie posiedzą długo w więzieniu. Widać, że doskonale się bawi w magicznym świecie, gdzie poznaje nowych przyjaciół i podejmuje walkę z jak najbardziej realnym złem. Można powiedzieć, że taki obrót spraw o wiele bardziej go satysfakcjonuje ze względu na nowe ciekawe wyzwania z możliwością stoczenia pojedynku z ucieleśnieniem diabła, zamiast uganiania się we własnym świecie za drobnymi przestępcami, złodziejami i zdradzającymi żonami.

W trakcie śledztwa Johna wychodzą na jaw dodatkowe zapętlenia fabuły i zagadki. Przemierzając mroczne zaułki i zadymione bary, poznając mieszkańców półświatka Mallory szybko odnajduje się w nowej rzeczywistości, która stanowi krzywe odbicie kryminału noir. Jedyna różnica tkwi w w tym, że ściganym okazuje się być krasnoludek, manekiny mogą ożyć, magia jest kwestią sporną, ale mieszkańcami świata alternatywnego też kierują popędy, chciwość czy chęć przygody.

„- Krasnoludki zalęgły się wam w domu?

– Przynajmniej jeden – potwierdził Kris. – Od niemal roku zastawiam na niego pułapki, ale do tej pory nie udało mi się złapać drania.

– Na co go wabisz?

– Raczej tradycyjnie… na puszki piwa lub czasopisma z panienkami, albo małpki, znaczy buteleczki gorzałki, które podają w samolotach, i inne podobne przynęty…”

Grundy, najgroźniejszy z demonów, wypada słabo, raczej nieszkodliwie, więcej gada niż robi. Nie czuć w nim autentycznej groźby, w końcu sam detektyw nic sobie z niego nie robi.

Kategorie: kryminał osadzony w  świecie fantastycznym

recenzja Eruany

 Fabryka Słów

Przedksiężycowi, Anna Kańtoch

Przedksiężycowi, Anna Kańtoch, Fabryka Słów, Lublin 2009

Przedksiężycowi

Pierwszy tom „Przedksiężycowych” wciąga, ale nie jest wolny od wad. W świecie Lunapolis rządzą niezwykle tajemnicze istoty – Przedksiężycowi, jednak nikt nie wie jak wyglądają, w jaki sposób obrali ster rządów ani jakie mają cele. To jednak nie przeszkadza wszystkim mieszkańcom niczym potulnym owieczkom, trwać w nieświadomości i godzić się na wyroki z góry.

W Lunapolis panują pewne zasady, po pierwsze wszystko podporządkowane jest kultowi sztuki, co wydaje się piękne, ale w tym wypadku kultura wcale nie łagodzi obyczajów. Wszyscy próbują doprowadzić do perfekcji czynności, które wykonują, lub na siłę zrobić z nich sztukę. I tak piękne kobiety są tu wyjątkowo piękne i puste, każdy element codziennego wyposażenia wykonany jest z myślą o inspiracji, nie przydatności, mordercy mienią się tytułem art-zbrodniarzy. Rodzice nie muszą obawiać się, że ich dziecko urodzi się beztalenciem, wystarczy, że mają odpowiednio dużo pieniędzy i mogą fundnąć potomkowi dowolne talenty – w myśl zasady im droższe tym lepsze. Jak więc widzimy pęd do samodoskonalenia się przybrał w tym mieście nieco zdegenerowaną formę. Zakrawa na ironię, że społeczeństwo gdzie najważniejsza jest praca nad własnymi umiejętnościami i wykształceniem jest tak wyzute ze szczerych uczuć i bezduszne. Rodzicielskie przejawy uczuć w tej książce to tylko przykłady  patologii. 

Widać ile tu pracy autorka poświęciła na kreację świata i jego elementów, czuć w powieści klimat tego miasta. Taki przedsmak tego co dostaniecie:

„Finnen wyobrażał sobie, że zastanie ją siedzącą na ławce i pogrążoną w myślach. Nic bardziej mylnego. Kaira leżała na ziemi pośród opadłych liści zimnorośli, a Brin Niraj kopał ją po żebrach.”

Świat przedstawiony w powieści mamy okazję poznawać z dwóch perspektyw, jego zagubionych mieszkańców i Daniela Pantalekisa, reprezentanta innej, wysoko rozwiniętej kultury. Te dwa sposoby widzenia są ciekawym pomysłem i pomagają lepiej poznać Lunapolis i konsekwencje rządów Przedksiężycowych. Panującą zasadą jest dezinformacja, niewiadomo kto z tych pilnych, utalentowanych mieszczan przypadnie do gustu istotom wyższym i spadnie na niego łaska dalszego życia, reszta jest odrzucana razem ze śmieciami i tworzy nowy, powoli umierający świat równoległy.

Bohaterowie wzbudzają sympatię i nasze zaciekawienie, jednak logika nie jest najmocniejszą stroną autorki. Postaciom brak momentami inteligencji i głębszej refleksji nad światem, w którym przyszło im żyć. Nie chodzi mi tu o buntowników, którzy chcą pomóc mieszkańcom odrzuconych światów, tylko o sam sens dyktatury Przedksiężycowych, wszyscy dorośli tak naturalnie przyjmują panujący porządek rzeczy, zbyt łatwo godzą się na wszystko. Kańtoch zawsze miała słabość do dywagujących postaci męskich, które pojawiają się w większości jej powieści. Taki to zawsze rozbierze wszystko na elementy pierwsze i sam sobie zafunduje analizę freudowską. Więcej sympatii niż Finnen budzi narwana Kaira, ale i ona mogła by być bardziej dopracowaną postacią, chociaż wobec wszystkich swoich wybryków to jej przyjaciel wydaje się ofiarą losu.

Fabuła trochę rozczarowywuje (to dlatego, że jej prawie nie ma), a pierwszy tom pozwala nam się zaledwie zapoznać ze skomplikowanym kłębkiem tajemnic. Choć nie powiem w menu sporo nam zaserwowano: sadystyczny ojciec, pojedynki, trepanacja czaszki, tortury, zabronione wynalazki, szaleńcy – do wyboru, do koloru.

Recenzja Eruany

Fabryka Słów

Johnny i zmarli

Johnny i zmarli (Johnny and the Dead, A Johnny Maxwell Story), Terry Pratchett, Corgi Books 2004

Johnny and the Dead

Czytając tą książkę na pewno można poznać Terrego Pratchetta od innej strony. Z jednej strony typowo „pratchetowski” humor, a z drugiej to uroczo ironiczna historia z kilkoma morałami. Pisarz wyszydza postęp techniczny i budowlany (oj i developerom się tu dostaje), oraz wiarę ludzi w jego moc. W bardzo pomysłowy sposób autor krytykuje też wojnę, nie podejrzewałam tego pisarza o taką inwencję dydaktyczno-prześmiewczą. Obrywa się też komunistom i tasiemcom telewizyjnym a wszystko to poprzez komentarze niczego nie świadomych dzieci. Świat jaki wyłania się z ich wypowiedzi jest bardzo interesujący i pełen humoru. Jednocześnie zasady jakimi rządzą się dorośli wydają się momentami żałosne.

Johnny Maxwell to chłopiec, który widzi zmarłych, ale że jest rozważnym młodzieńcem, nie robi z tego afery tylko dzieli się rewelacją z przyjaciółmi, którzy dzielnie wpierają go w trakcie kolejnych przygód. Muszę przyznać, że ich rozmowy, to była jedna z najśmieszniejszych rzeczy jakie ostatnio czytałam.

” ‚Ghosts’ said Yo-less, when he’d finished.

‚No-oo,’ said Johnny uncertainly. ‚They don’t like being called ghosts. It upsets them, for some reason. They’re just … dead. I suppose it’s like not calling people handicapped or backward.’

‚Politically incorrect,’ said  Yo-less. ‚ I read about that.’

‚You mean they want to be called,’ Wobbler paused for thought, ‚post-senior citizens.’

‚Breathily challenged,’ said Yo-less.

‚Vertically disadvantaged,’ said Wobbler.”

 

„My uncle used to see things other people couldn’t see,’ said Wobbler. ‚Especially on a Saturday night.'”

Nie wiem jak wyszło tłumaczenie tej książki, ale mam nadzieję, że polscy czytelnicy nic nie stracili.

Teoretycznie powieść „Johnny i zmarli” kierowana jest do dzieci, ale myślę, że i dorosłych rozśmieszy ta satyryczna fantastyka. Momentami ten sarkazm trochę niszczy prawdopodobieństwo dziecięcej naiwności Johnnego i jego kolegów, ale czytelnik i tak dobrze się bawi. Może warto jeszcze wspomnieć, że Johnny jest bohaterem jeszcze dwóch książek Pratchetta: „Johnny i bomba” oraz „Tylko ty możesz uratować ludzkość”.

Kategorie: powieść fantastyka literatura dla dzieci i młodzieży / na poprawę humoru

Zawód: Wiedźma, część 2

 

 

Zawód: Wiedźma, część 2, Olga Gromyko, przełożyła Marina Makarevskaya, Fabryka Słów, Lublin 2008

 Zawód: Wiedźma

W drugiej części przygód Wolhy Rednej, autorka próbuje odtworzyć okres magiczny w życiu każdego z nas , czyli czas studiowania, beztroskiej radości, rozbuchanej młodości, nieposkromionych wybryków i żartów. Mamy więc okazje zajrzeć do szkoły magów i przypatrzyć się doli i niedoli jej wychowanków. A życie adepta magii nie jest usłane różami – okropne jedzenie w stołówce, egzaminy, które można zaliczyć załatwiając odpowiednio dobry napitek, huczne imprezy, przymykający oko nauczyciele. Tak, proces edukacji bywa żmudny. Nie brakuje tu przygód także poza szkołą, a dzieje się wiele.

Charakterystyczny styl autorki sprzyja odprężeniu czytającego.

„Imię Liwark nosił pewien dworzanin, znany z pełnych fantazji imprez. Potrzeba bohaterskich czynów waliła z niego wszystkimi otworami, powodując niemałe ubytki w pogłowiu zwierząt hodowlanych (jeżeli nie trafiła mu się żadna łania, Liwark szczuł psami chłopskie stada) i męskiej dumie wiejskich chłopaków (gdyż był on również całkiem pzystojny i chętnie poprawiał pulę genetyczną należących do niego wiosek).”

Bohaterka nadal jest zadziorna, złośliwa i daleka od ideału co budzi moją sympatię, czego nie można powiedzieć o Lenie – królu wampirze, idealnym rycerzu (tu narzuca mi się bez przerwy obraz blond rycerza z drugiej części Shreka).

Styl pisarki nie ewoluuje, wydaje mi się, że Gromyko przerzuciła się na fantastykę komiczną. Autorka postawiła na dowcip, który raczej śmieszy, ale zdarzają się też i niewypały. Jest wiele ciętych i dowcipnych aluzji do religii, terroryzmu, czy edukacji. Niestety sama fabuła nie jest do końca przemyślana, choć nie przeszkadza to w poznawaniu nowych przygód wiedźmy.

Kategorie: powieść młodzieżowa fantastyka

Księga cmentarna

Księga cmentarna (The Graveyard Book), Neil Gaiman, przełożyła Paulina Braiter,Wydawnictwo Mag, Warszawa 2008

Księga cmentarna

Gaiman ma niesamowite pomysły , gdy zobaczył swojego synka pedałującego z zacięciem na swoim trzykołowym rowerku po cmentarzu ( w 1985 Gaiman mieszkał w Wielkiej Brytanii, w domu bez podwórka więc zabierał syna na pobliski cmentarz – z braku laku …), w umyśle pisarza pojawiła się koncepcja nowej książki. Później postanowił jeszcze odwołać się do „Księgi dżungli” Ryduarda Kiplinga. Z tego ryzykownego miksu powstała powieść dla dzieci, za którą autor dostał nagrodę Newbery Medal, za wkład w rozwój literatury dziecięcej. 

Bohaterem książki jest chłopiec, któremu cudem udało się uniknąć śmierci z rąk mordercy. Schronił się na cmentarzu, gdzie przygarnęło go nieżyjące małżeństwo Owensów. Jak się może skończyć taki eksperyment wychowawczy?

Dziecko dorasta pośród grobowców i błąkających się duchów, beztrosko spędzając czas na zabawach i nauce przyswajania „Całościowego Systemu Edukacyjnego Dla Młodszych Dżentelmenów z Dodatkowymi Materiałami Przeznaczonymi dla tych Post Mortem”. Nikt Owen, z właściwą dla dziecka naiwnością akceptuje ten tajemniczy półświatek, nie kwestionując jego normalności. Nie wiem dlaczego, ale czytając tą książkę narzucały mi się wspomnienia o przeczytanej kiedyś „Podolance” Michała Krajewskiego, gdzie przez podobny eksperyment wychowawczy autor kazał dorastać swojej bohaterce w piwnicy. I w tamtej książce po zakończonym procesie dorastania w tym odrębnym wymiarze, główna postać pojawia się dla świata zewnętrznego nieskalana obłudą, uczciwa, dobrze wychowana, itd. 

Makabryczny pomysł dojrzewania na cmentarzu przerodził się w niefrasobliwą powieść. Mnogość przygód i postaci na pewno nie pozwoli nudzić się młodemu czytelnikowi. Starszy czytelnik ma wrażenie, że trochę za dużo tu tego dobrego, wątki się piętrzą i plączą, co wprowadza chaos. Brak logicznego ciągu też nie pomaga. Warto jeszcze oprócz oryginalnych pomysłów Gaimana docenić  jego delikatny dowcip, chociaż wykonanie mogłoby być trochę lepsze.

Recenzja Eruany   i Bazyla  

Ktegorie: powieść / fantastyka / literatura dla dzieci i młodzieży

Zawód: Wiedźma

 

 Zawód: Wiedźma

Zawód: Wiedźma, Olga Gromyko, przełożyła Marina Makarevskya, Fabryka Słów, Lublin 2007

Wolha Redna (czytaj W-Redna), to magiczka na ósmym roku Wydziału Magii Teoretycznej i Praktycznej, w Starmińskiej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Bohaterka zostaje wysłana do państwa wampirów z delikatną misją, dość wspomnieć, że przed nią zginęło już kilku doświadczonych magów. Ale dzielna magiczka nic nie robie sobie z tych pomówień i wyrusza badać  nietoperzą rasę, mając przy okazji nadzieję na napisanie pracy zaliczeniowej – „Układ socjalny, życie codzienne i stosunki w wampirzej społeczności”.

W książce mamy możliwość spojrzenia na wampiry od zupełnie innej strony niż zwykle. Pisarka stworzyła świat ciekawy, łamiąc utarte stereotypy i podchodząc do sprawy z poczuciem humoru. Wampirzy gród mieści się za osikowym laskiem ( już sama lokalizacja jest „wyjątkowa”) i przeczy wszelkim pisanym i mówionym podaniom na temat tej rasy. Wobec całej wampirzej mody, która ostatnio zapanowała, książka świetnie się weń wpisuje, nie tracąc nic ze swej świeżości.

Jest to powieść raczej dla młodszych pań, ale i starszym nie zaszkodzi. Mam wrażenie, że autorka dopiero się rozpędza, nie wykorzystała potencjału jaki kryje się w tej historii. Niestety kosztem dowcipu kuleje wiele innych aspektów książki, np. fabuła, portrety psychologiczne postaci czy konstrukcja powieści. Chociaż pisarka przemyca do utworu wiele cennych uwag na temat tolerancji, to mimo wszystko mogłaby się nie skupiać tylko na elemencie komicznym i bardziej skomplikować fabułę. Wszyscy dobrze wiemy czym to się skończy, mięta wisi w powietrzu, a zagadka nie jest trudna. Mam wrażenie, że Gromyko po prostu dobrze się bawiła pisząc tą powieść, ale trzeba jej przyznać, że umie się sprzedać, czytelnik wciągnięty w konwencję „badania terenowego” podąża śladami wiedźmy aż do drugiego tomu.

„Miecz w moim ręku jest straszną bronią. Przede wszystkim dla mnie.”

Wampirzy land pilnowany jest przez strażników, oto na co gotowi muszą być ci wojacy:

„(…) Albo na odwrót… Jakieś egzaltowane panienki… Nagie, tłumami. Że niby wypij mnie, chcę wiecznego życia. Rzucają się na strażników, proponują bezeceństwa. Chłopaki już odmawiają samotnych wart – boją się. (…)

-To nie jest śmieszne – półgłosem burknął wampir.

-To do czego?

-Mówię, że strażnicy nie uważają tego za zabawne. Bić się z kobietami to jakoś niehonorowo. Spełnienie ich próśb jest nierealne. Te histeryczki nie rozumieją, że nieśmiertelność to nie wścieklizna, nie przenosi się przez ugryzienie.”

http://www.fabryka.pl/zapowiedzi.php?id=175&flash=y

Kategorie: powieść młodieżowa / fantastyka

Od zera do bohatera

 magician's gulid-uk    (UK) Gildia (polskie wydanie)

Tytuł: The Magician’s Guild / Gildia Magów

Autor: Trudi Canavan

   Powieść australijskiej pisarki Trudi Canavan to dla mnie rozczarowanie, może dlatego, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Trylogia Czarnego Maga zapewniła autorce siedmiocyfrowy kontrakt na kolejne książki z tej serii. „Nowicjuszka” nominowana była do nagrody Aurealis dla najlepszej powieści fantasy, kolejna, „Wielki Mistrz”, nominowana została do australijskiej nagrody Ditmar. I ja się teraz zastanawiam – jakim cudem?

  Na pierwszy rzut oka książce nic nie brakuje, dopiero jak zaczynasz czytać to się orientujesz, że już chyba to czytałeś. Dialogi są nudne i bez polotu, co tylko jeszcze bardziej dystansuje czytelnika. W samym centrum tych wydarzeń, a właściwie w centrum chaosu, jest ONA – jedyna, wybrana, obdarzona darami magii, inteligencji, niewymiernych talentów, przyciągania kłopotów. W tej powieści akcja się nie toczy, ona pełźnie i to ledwo co. Sonea (czyli ONA) ma poważny dylemat: dołączyć do Gildii Magów i pozwolić się wykształcić czy dalej nielegalnie robić rozpierduchę na mieście. Przed podjęciem decyzji wolny czas spędza w miejskich slumsach skutecznie przeprowadzając demolkę kilku domów, rozkochuje w sobie młodzieńca (a jakże!) i  wzbudza zainteresowanie miejscowych gangów. Jednym słowem gania po całym mieście a za nią ganiają magowie i straż miejska – można powiedzieć powieść drogi.

Zwykle nie lubię tak zostawiać historii bez poznania zakończenia, ale ta nie zaciekawiła mnie na tyle by zerknąć do kolejnych tomów. Książkę oddałam siostrze, co by się w angielskim wprawiała, bo jak bym odłożyła na półkę to żal by mi było wydanych pieniędzy na ten bestseller.

Kategorie: literatura młodzieżowa / powieść / fantastyka