Club Dead (Klub martwych), Charlaine Harris, ACE Books

„Club Dead” to trzecia część cyklu z niezniszczalną telepatką – Sookie Stackhouse. Rozpoczyna się utartym przez Harris schematem, kolejny stwór człekopodobny nastaje na życie tej całkiem inteligentnej blondynki. Myślałam, że skoro Bill znika w tajemniczych okolicznościach to będzie ciekawie, ale trochę się zawiodłam. To na razie najgorsza powieść tej autorki, można powiedzieć należąca do bardzo ostatnio popularnego gatunku paranormal-romance. Nie ma tu obecnej w poprzednich częściach zabawy z konwencją, utartymi schematami, oryginalnych pomysłów, nawet dowcip zawodzi bo pisarka o humorystycznych wstawkach przypomniała sobie niejako pod koniec książki. „Klub martwych” to przede wszystkim romans, w którego treści liczy się najbardziej seksualne napięcie jakiemu poddają się absolutnie wszyscy bohaterowie. Tu aż skwierczy i paruje od powstrzymywanych żądz. Do fanklubu niezwykłej kelnerki dołączył wilkołak Alcide i mamy teraz: Alcidea, Billa i Eryka – brakuje faceta na literę C, bo mam wrażenie, że pisarka pozwoli zauroczyć Sookie cały alfabet. Lista zalotników przyciąganych magnetyzmem tej dziewczyny wydaje się nie mieć końca.
Trudno mi też uwierzyć w zdradę Billa, tego chłopaka-idealnego, gentlemana i rycerza przymierza, który był dosłownie na każde zawołanie swej dziewczyny. Nagle przypomniał sobie jak udany miał związek z wampirzycą Loreną i zniknął jak kamfora. Ta postać nigdy nie była wiarygodna, ale teraz to autorka zaczyna partaczyć.
Bill wpada w tarapaty a jego praworządna, „prawdopodobnie była” dziewczyna, wyrusza z odsieczą. Dziewczyna dosłownie inwigiluje dom wampirzego króla Missisipi, ale to wszystko co zdradzę.
Cóż, ta powieść wypada słabiutko, brak mi było społeczności Bon Temps z jej niezwykłymi postaciami i świetnymi tekstami. Za dużo tu tego romansu i przydługich momentów, jednak pewnie sięgnę po kolejną część cyklu bo będe w niej szukała niezwykłego poczucia humoru Harris, które jest dla mnie jej znakiem firmowym.







