Zimowy monarcha, Bernnard Cornwell

The Winter King (Zimowy monarcha), Bernard Cornwell, Penguin

The Winter King 

Po książkę Cornwella sięgnęłam z pewną dozą zaufania, spodziewałam się sprawnie i ciekawie napisanej powieści. Pisarz jest autorem niezwykle popularnej w Stanach serii o Richardzie Sharpie, zapewniającej zresztą całkiem niezłą rozrywkę okraszoną historią. Tak więc, jeśli chodzi o „The Winter King” to dałam się całkowicie porwać historii autora, jego wizja „prawdziwej” historii Artura jest ciekawa i wprowadza ożywczy powiew do zatęchłej i bardzo już „wykorzystanej” legendy. Właściwie to nigdy nie byłam jakąś fanką opowieści o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Pewne pojęcia i nazwy kojarzy większość Excalibur, Camelot czy Lancelot, jednak to Cornwell nadaje im nowe znaczenie.

Wielka Brytania, przełom V i VI wieku, chrześcijaństwo powoli szerzy się wśród miejscowej ludności, jednak dawni bogowie ciągle żyją w pamięci mieszkańców tego kraju. Wieczne najazdy Saksonów oraz waśnie pomiędzy brytyjskimi plemionami osłabiają ojczyznę Excalibura. Pewnego mroźnego dnia stary król Uther doczekał się wreszcie potomka, przyszłego władcy, nad którym piecze obejmie książę Artur. Naszym kronikarzem jest Derfl Cadarn, jeden z jego wojowników i przyjaciół, który postanowił spisać prawdziwe dzieje sławnego księcia a przy okazji i swoje. Ten wychowanek Merlina wiedzie nas krok po kroku przez meandry historii bitew i wojen.

Autor ze swadą przedstawia nam średniowiecze w swoim wydaniu, wiek, w którym panują zabobony i okrucieństwo ludzi. Wojna nie jest przedstawiona jako romantyczne starcia walecznych rycerzy, to walka jednocześnie podszyta tchórzostwem i męstwem. Strach, który opanowywuje wojowników przed kolejnymi potyczkami walczy z wiernością dla władców, troską o rodzinę oraz pragnieniem łupów. Postacie nie są skomplikowane psychologicznie, zwykle dominują w ich postawie określone cechy. Merlin to inteligentny, zgryźliwy człowiek o ciętym języku, Artur choć honorowy bez przerwy toczyłby walki w imię czegoś, targany namiętnościami idealista, Ginewra wiecznie knuje. Muszę powiedzieć, że kreacji Lancelota sama nie wymyśliłabym lepiej, dla mnie ten rycerz zawsze był podejrzany.

Ta powieść to dobra lektura „do poduszki”, na czas relaksu. Żadnych magicznych mieczy, tylko natura ludzka i  odrobinę zmitologizowana historia bez gloryfikacji jej bohaterów opowiedziana w sprawny sposób.

polskie wydanie:

Zimowy monarcha 

Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 19 maja 2010
Liczba stron: 600

cykl: Trylogia Arturiańska (The Warlord Chronicles)

tego autora zrecenzowane na blogu:

„Łupy. Zdobycie Kopenhagi 1807”

Ostatni rejs Fevre Dream, George R. R. Martin

Fevre Dream (Ostani rejs Fevre Dream), George R. R. Martin, Sphere Books Limited

 Fevre Dream

George R. R. Martin to pisarz o ustalonej reputacji, cieszący się sporym powodzeniem w Polsce. Nie czytałam jeszcze jego cyklu pt. „Pieśń Lodu i Ognia”, „Ostatni rejs Fevre Dream” był więc swojego rodzaju egzaminem – czy warto sięgnąć po resztę.

To co skusiło mnie do sięgnięcia po akurat tą powieść, to miejsce akcji, głównie na amerykańskich wodach Mississippi, i czas – połowa XIX wieku. Od razu pomyślałam o Marku Twainie, i nie myliłam się, Martin czerpie pełnymi garściami z dorobku tego pisarza, przetwarzając jednak wszystko w interesujący sposób i kreując własny styl. Z tego wszystkiego powstał całkiem zręczny horror z ciekawą fabułą.

Abner Marsh, doświadczony kapitan parowców, wchodzi w spółkę z tajemniczym Joshu’ą Jorkiem. Gdyby nie trudna sytuacja kapitana pewnie nie zgodziłby się na dziwne warunki swojego partnera. Razem tworzą niezwykły parowóz, „Fevre Dream”, który ma przebić wszystkie inne, pływające po Mississippi. Jednak wkrótce ekscentryczne zachowania drugiego kapitana oraz krążące plotki zaczynają niepokoić Abnera, który postanawia dociec prawdy. Poddaje Jorka między innymi próbom święconej wody i krzyża, ale nie otrzymawszy zadowalających wyników stwierdza, że trzeba postawić sprawę jasno i uczciwie. Na takich podstawach i wspólnych dążeniach, zaczyna rozwijać się przyjaźń Marsha i Jorka, który zdradza historię swego życia. Jak wszyscy się domyślają dystyngowany gentleman to oczywiście wampir, ba nawet można powiedzieć wampir-rewolucjonista. Domorosły ten chemik wynalazł napój, który gasi „czerwone pragnienie” wampirów i pragnie teraz ucywilizować swój naród. Idealista chce aby krwiopijcy zrezygnowali z odbierania życia ludziom i gasili pragnienie z pomocą butelki. Jak można się domyślać taka drastyczna zmiana w diecie dzieci nocy nie wszystkim przypada do gustu.

Pisarz przedstawił w swej książce wiele ciekawych wątków, szczerą przyjaźń i oddanie jakie połączyć mogą wspólników, kwestię niewolnictwa w dość niedwuznaczny sposób, czy rewolucji w zamkniętym społeczeństwie. Motyw niewolnictwa działa tu na zasadzie analogii, ukazane jest okrucieństwo białych w stosunku do ludzi czarnych, bezduszne i bezlitosne posługiwanie się ludźmi, którzy przecież ludźmi nie są, żyją by służyć. Tymczasem wampiry w tej powieści tak samo traktują ludzi, nie jako bydło robocze tylko jako bydło do spożycia (przy czym słowo „bydło” pada w książce kilka razy). Rasizm pełną parą.

Obok mocnych słów, makabrycznych opisów w fabule współistnieją eteryczne i wzniosłe marzenia Joshuy i Abnera, obaj kapitanowie wkładają serce w swe cele i są wierni do końca swoim zasadom moralnym. Kodeks honorowy, którym kierują się w życiu jest ważniejszy niż ich własne. Ci bohaterowie, ze swoim idealizmem przypominają o powoli zmieniającym się świecie, idei gentlemana, dla którego ustna umowa znaczyła więcej niż pisemna. Abner Marsh jest przy tym najciekawszą postacią, wzbudza sympatię i rozbawienie, do tego jest nietuzinkowy, w przeciwieństwie do postaci wampirów, dystyngowanych i pięknych. Stary kapitan jest bohaterem godnym kreacji Marka Twaina.

Martinowi w zręczny sposób udało się oddać klimat Ameryki XIX wieku z królującymi na Mississippi parowcami. Myślę, że sięgnę po kolejne książki tego autora.

polskie wydanie:

Ostatni rejs Fevre Dream Autor: George R.R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: Lipiec 2010
ISBN: 978-83-7506-497-1
Liczba stron: 586

Córka Krwawych, Anne Bishop

Daughter of the Blood (Córka Krwawych), Anne Bishop, Roc, 2003

 Daughter of the Blood

 Już na wielu blogach czytałam recenzje Trylogii Czarnych Kamieni, ale nic nie przygotowało mnie na to co zastałam w tej powieści. Muszę przyznać, że żadna książka tak mnie nie zaskoczyła od długiego czasu. Nie chodzi mi tu o pozytywne czy negatywne zaskoczenie, a samo zdziwienie, z rozdziawieniem szczęki włącznie, jakie ogarniało mnie po kolejnych rozdziałach.

Jak to bywa w takich seriach stałym punktem programu jest wybraniec, ten obdarzony, niezwykły, o nadludzkich zdolnościach, niewinny i o czystym sercu. Tu mamy wybrankę z mocą o jakiej się nikomu z bohaterów książki nie śniło, dziecko kochające swych bliskich do bólu i nie takie niewinne.  Jeanelle ma potęgę, jednak wplątana w sieć emocjonalnej zależności nie chce jej użyć. Mimo całej magii jest wciąż tylko dzieckiem i tylko dorośli mogą ją uratować lub zniszczyć. A jak można się domyślić, tych dorosłych kręci się wielu, dzielą się na dwa główne obozy, ci niewtajemniczeni, którzy nie mają pojęcia o mocach drzemiących w dziewczynce, i wtajemniczeni, którzy albo dybią na jej siłę, cnotę, życie, i ci którzy chcą bronić.

Oczywiście wszyscy bohaterowie męscy (chcący bronić Jeanelle) są niezwykle piękni, okrutni i groźni, u każdego mamy błysk znudzenia w oku tym światem, który ich ciągle rozczarowywuje i sprawia tyle kłopotów.

Teraz podkreślam, w tym świecie bezpardonową i niepodzielną władzę sprawują kobiety, a właściwie czarownice. Mężczyźni tylko im służą, li i wyłącznie, nawet jeśli któryś kocha swą panią, to i tak terminem opisującym swoje miejsce przy niej jest „to serve” (służyć). Można powiedzieć, że pisarka wykastrowała (dosłownie i w przenośni) tu płeć brzydką, to kobiety knują, intrygują, skazują, torturują, wydają rozkazy, faceci się tylko ciskają. Nawet jeśli któryś nieźle narozrabia, to traktuje się go jak niesforne dziecko, odsyłając gdzieś, gdzie warunki go zmiękczą. Jednak te kobiety czują się zagrożone, chcą wiecznie dowodów swej władzy, mamy więc pierścienie posłuszeństwa zakładane na najczulszych miejscach, niewolników, którzy „zabawiają” dwór czarownic, oryginalne i wyuzdane narzędzia tortur oraz inne  tego rodzaju smaczki. Pierwszy raz w życiu czytałam tak feministyczną fantastykę.

Narracja prowadzona jest przez wszystkich ważniejszych bohaterów powieści z wyjątkiem samej Jeanelle. Spodobał mi się ten zabieg przedstawienia wszystkich postaci nim dokładnie poznamy dziecko czarownic. Chociaż ma to pewne minusy gdyż wszyscy z nich myślą o niej dokładnie to samo, ach jaka silna.

Dużo w tej powieści powtórzeń o jej starożytnych, szafirowych oczach, jego mrocznej demoniczności, jej potędze i znów jego złości itd.

Spodobało mi się to, że autorkę stać było na wymyślenie powiedzonek dla bohaterów, np. „Sweet darkness”, to pomaga kreować nastrój fantastycznego królestwa, choć samym krainom Bishop nie poświęca wiele miejsca, skupiając się na akcji i bohaterach. Z tego wszystkiego wychodzi książka o miernym poziomie, z użyciem wypróbowanych schematów, ale całkiem wciągająca.

Seria: Trylogia Czarne Kamienie

Gorzej niż martwy, Charlaine Harris

Gorzej niż martwy (From Dead to Worse), Charlaine Harris, Ace Books

From Dead to Worse

To już ósmy tom poczytnej serii Charlaine Harris, The Southern Vampire Mysteries, w którym autorka wreszcie zdecydowała się na zdradzenie jakichś konkretów czytelnikowi. Tym samym  powieść nie ma statusu tzw. wypełniacza służącego wydłużeniu serii w celach zarobkowych autorki.

Czytelnicy dowiedzą się dlaczego to właśnie Sookie Stackhouse została obdarzona chrzestną matką i jednocześnie dobrą wróżką, sprawującą pieczę nad tym blond ladacem. Rodzinne tajemnice okazują się dość pokrętne z tajemniczym księciem w tle. Ale dla dość samotnej bohaterki każdy nowy, nieważne  jak oryginalny, członek rodziny się liczy. Do tego wszystkiego Jason, uroczy aczkolwiek głupawy brat wychodzi za mąż, i tu niespodzianka, bo okazuje się, że braciszek nie jest taki głupi, za to okrutny intrygant. Tymczasem na wampirzej arenie władzy pojawia się Felipe de Castro, król Nevady, który powoli przejmuje władzę. Przewrót szykuje się też wśród wilkołaków w Louisianie.

Tak jak w ostatnich pięciu książkach, tak i w tej, pisarka skupia się na zapewnieniu czytelnikowi nieustającej akcji, wydarzeń krew mrożących w żyłach, seksualnego napięcia i iskrzącej magii, niestety ciągle zapomina nasycić powieść humorem, który tak mi się podobał w pierwszych trzech tomach. Autorce nie można odmówić wyobraźni, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że kolejne książki pisane były z niepotrzebnym pośpiechem, zatarł się gdzieś po drodze niewymuszony choć prosty urok, oryginalny dowcip. Nie wiem co mnie tak trzyma przy tej serii, chyba nadzieja, że komuś wreszcie uda się zabić Sookie.

Wszyscy martwi razem, Charlaine Harris

Wszyscy martwi razem (All Together Dead), Charlaine Harris, Ace Books

All Together Dead

 W siódmym tomie wampirzych przypadków Charlaine Harris jak zwykle pakuje swoją główną bohaterkę w kłopoty. Ten tom to wypełniacz serii, napisany z całą premedytacją po to, by ją wydłużyć. Autorka po raz kolejny wywabia Sookie z Bon Temps i pakuje ją w sam środek międzystanowego zjazdu wampirów. Oczywiście takie spotkanie na szczycie stwarza niesamowitą okazję dla wszystkich wrogów wampirzej nacji. Jak nie trudno się domyślić skanująca ludzkie umysły kelnerka alias tajny agent królowej Sophie-Ann, znajdzie się w samym oku cyklonu. Przez pierwszą połowę książki Sookie lata po całym hotelu i ma okazję zobaczyć jak wyglądają tradycyjne ceremonie wampirów, poznać bliżej kolejnego telepatę, dowiedzieć się, że jej aktualny chłopak Quinn, ukrywa przed nią dramatyczne wydarzenia z przeszłości, czy zerknąć na ochroniarzy z innego wymiaru. Czego tu nie ma, zamachów bombowych, mordów, skrytobójców, królewskich intryg i samosądów. 

Definitywnie martwy, Charlaine Harris

Definitely Dead (Definitywnie martwy), Charlaine Harris, Penguin Group

 Definitely Dead

„Definitely Dead” to kolejna część przygód Sookie Stackhouse, która nie wydaje się tak jak poprzednie części wyciąganiem na siłę przygód tej bohaterki (no może trochę). Odniosłam wrażenie, że w tym tomie autorka postanowiła pchnąć pewne sprawy wreszcie do przodu, oczywiście nie mówię tu bynajmniej o definitywnym wyborze nowego kandydata do serca bohaterki (o czym by wtedy pisała w kolejnych tomach), choć to, wreszcie staje się wolne. Przez wszystkie poprzednie części nagromadziło się sporo bohaterów i wątków, Harris próbuje to teraz jakoś złożyć do kupy, dla kogoś kto czytał wszystkie poprzednie książki denerwującym może być ciągłe przypominanie kto jest kim i skąd wyskoczył. Jak ktoś dobrnął do tej powieści, to chyba czytał poprzednie?

Sookie znowu podróżuje, a kolejni członkowie jej rodziny giną. Tym razem okazuje się, że w rodzince był i wampir, a właściwie wampirzyca, kuzynka Hadley w Nowym Orleanie, która zginęła, a której spadkobierczynią jest nasza kelnerka. Za nią przypałęta się jak zwykle kilku niezwykłych mężczyzn, a ona sama weźmie udział w kilku imprezach, które zakończą się standardową rozróbą. Sooki wyjdzie z tarapatów mniej lub bardziej pobita (ta dziewczyna ma końskie zdrowie), a czytelnik ani przez chwilę nie będzie miał wrażenia spowolnionej akcji. Temu tomowi można zarzucić wiele, ale nie to, że brakuje wydarzeń.

Dowiadujemy się też czegoś o samej Sookie, choć tak naprawdę pisarka zdradza niewiele, to możemy snuć już jakieś domysły. Do tego wreszcie wszelkie więzy jakie jeszcze łączyły nieśmiertelnego Billa i telepatkę zostają definitywnie przecięte.

Pisarka sporo miejsca poświęciła prawom jakie rządzą tym równoległym światem i nie są to zasady, które podobają się zwykłym ludziom. Przypominają trochę bezwzględność władców feudalnych. Afera z bransoletkami, w którą uwikłana jest królowa wampirów, pobrzmiewa dla mnie Dumasem (afera naszyjnikowa). Przekonujemy się też, że za odpowiednie sprawowanie wróżki mogą w przyszłości liczyć na nie byle jaki awans, dosłownie anielski. Powieść, tak jak poprzednie, łączy wątki paranormalnego romansu oraz zagadki detektywistycznej, w sam raz na upalny, wakacyjny wieczór.

Złoty wilk, Bartłomiej Rychter

Złoty wilk, Bartłomiej Rychter, WAB, Warszawa 2009

Złoty wilk

„Złoty wilk” to kryminał retro z wątkiem paranormalnym. Rzecz ma miejsce w Sanoku pod koniec XIX wieku, kiedy to jeszcze miasto wchodziło w skład Austro-Węgier. Wydaje mi się, iż autor świetnie uchwycił ten klimat galicyjskiej prowincji, nudne życie mieszkańców, którzy są ludźmi zabobonnymi, naiwnymi ale i okrutnymi. Dławiąca atmosfera małomiasteczkowej moralności, która otacza naszych bohaterów spowita jest XIX-wiecznymi niuansami i smaczkami. Policja podporządkowana jest urzędnikom, cały aparat władzy jest skorumpowany i przekupny, każdy wykorzystuje swój stołek władzy do własnych celów. I jak się okazuje, mieszkańcy Sanoka wcale nie są tacy nudni, seryjni mordercy, wilkołak, rodzinne vendetty i piękne kobiety ubarwiają fabułę.

Sami bohaterowie powieści są dość typowi, pisarz korzystał z dość wyświechtanych schematów. Lekarz o dobrym sercu, który próbuje ratować swą śmiertelnie chorą córkę (wdowiec oczywiście). Niesamowicie inteligentna i spostrzegawcza Laura, dziecię uczciwego doktora. Jej ubogi (schemat aktualny do dziś)aczkolwiek cierpliwy nauczyciel; piękna i namiętna Żydówka Bimełe, piękna i cnotliwa niby-wdowa Alina, piękna i tajemnicza lokatorka źle prowadzące się Żydówki. I na deser nieuczciwy i mało inteligentny komisarz swawolący bez przerwy swojej chuci. Nagle Sanok, spokojna mieścina, staje się miejscem niebezpiecznym, po którym grasuje morderca. Kolejne ofiary, miejscy rajcy, zostają odnalezione zagryzione na śmierć, a to wzbudza panikę wśród mieszkańców miasteczka. Zaczynają krążyć legendy o grasującym wilkołaku, które podsycane przez strach i zabobonność ludzi, przybierają rozmiary zbiorowej paniki. Wśród tego wszystkiego, Borys Pasternak wraz z gościem swego pracodawcy próbują rozwikłać zagadkę morderstw. Borys to niezwykły młodzieniec, medium, które wypiera się swych zdolności, jednak w ostatecznym rozrachunku, na niewiele mu się one zdają, cała sprawa natomiast rozwiązuje się można powiedzieć samoistnie, gdyż morderca kończy już prawie swoją robotę. Borysowi pozostaje jedynie rola walecznego rycerza, który ratuje jedną z pięknych kobiet z opresji. O wiele ciekawszą postacią jest jego kompan, gość doktora Zaleskiego, Joachim August Hildenberg, profesor medycyny, podróżnik i detektyw amator. Tajemniczy mężczyzna zwiedził trochę świata i widział niejedno, w wolnych chwilach relaksuje się w oparach opium.

Pisarz tak kluczy, by wywieść czytelnika na manowce podejrzeń i zaskoczyć przy zakończeniu. Rychter całkiem zręcznie wykorzystuje znane motywy, wychodzi z tego powieść całkiem wciągająca. Udało mu się uchwycić wielokulturowość Sanoka, jego różnorodność środowiskową, ludzi, pochodzących z różnych warstw społecznych.

recenzja Eruany

Martwy dla świata, Martwy jak zimny trup, Charlaine Harris

Dead to the World (Martwy dla świata), Charlaine Harris

Dead as a Doornail (Martwy jak zimny trup), Charlaine Harris

 Dead to the World Dead as a Doornail

Wyjątkowo umieszczam recenzje obu powieści w jednym wpisie, bo po obu mam podobne wnioski. Wierności dochowałam autorce przez tyle tomów ze względu na jej poczucie humoru i oryginalne pomysły, ale kobieta gdzieś po drodze je zgubiła i zastąpiła schematem telenoweli. Mól książkowy to na prawdę nieuleczalne stworzenie – psioczy i czyta dalej.

W obu tomach Sookie ma przygody mrożące krew w żyłach. Tej dziewczyny nic ni wykończy, Superman to przy niej mięczak. Czarownice, mściwe wampiry, zdradliwe zabójczynie – nikt nie da jej rady, fakt, że te wszystkie perturbacje pozostawiają naszą bohaterkę lekko wstrząśniętą i wiecznie zmęczoną. Ale cóż to znaczy w obliczu pożaru czy krwawych starć. W każdym z tomów ktoś nastaje na jej życie, a kolejni niezwykli mężczyźni są zaintrygowani jej osobą. Sooki składa sobie nawet noworoczną obietnicę, iż postara się nie brać udziału w żadnych wydarzeniach, które przyczynią się do uszczerbku jej zdrowia i ciała, cóż nie wychodzi jej. Gościem specjalnym „Dead to the world” są złe czarownice, które przybywają by przejąć Shrevport, nasza blondynka jest oczywiście w samym centrum wydarzeń. Kto jak nie ona miałby tyle szczęścia by natknąć się na Erica w lesie z zanikiem pamięci galopującego i półnagiego? „Kto, no powiedz kto?” Do tego Jason, brat Sookie, znika w tajemniczych okolicznościach, oczywiście po jego odnalezieniu, facet nie jest już dokładnie tym samym „człowiekiem”. Sam, wierny collie, nadal nad nią czuwa, choć dziewczyna może przebierać w chłopakach jak w ulęgałkach, to w ostatecznym rozrachunku na żadnego się nie decyduje. Eryk powraca do sprawowania kontroli nad swoim rejonem, znajomość z Alcidem zostaje obciążona tragicznymi wydarzeniami, a Bill pałęta się gdzieś w tle. Pewną nowością jest to, że z tarapatów nie ratują jej już niesamowicie przystojni i niebezpieczni mężczyźni tylko kusząca, dobra wróżka, a i sama Sookie nie pozostaje dłużna swym zaciekłym wrogom. W piątym tomie nasza oryginalna ferajna musi się zmierzyć ze snajperem (zgadnijcie kto znajdzie się na jego celowniku) i rozwikłać dość zakręconą zagadkę, kelnerka ma więc pełne ręce roboty. W tej powieści pisarka próbuje pogłębić rys psychologiczny głównej bohaterki obdarzając ją wyrzutami sumienia, zwątpieniem we własną moralność i zagubieniem. W tym tomie widać jak głęboką przemianę przeszła Sookie, chociaż trudno jej się dziwić, towarzystwo, w którym się obraca nie ma najczystszych sumień, a i wieczne próby uśmiercenia odbijają się na psychice ofiary. Oczywiście nasza telepatka nie traci nic ze swej odwagi ani dość oryginalnego sposobu postrzegania świata, można powiedzieć, że „twardnieje” oraz dostosowywuje się do otoczenia.

To na co narażą ją Harris (mam tu na myśli raczej wieczny męski pościg wampirów i innych niezwykłych istot za blond telepatką, a nie tylko jej skłonność do ran ciętych i kłutych), powoli wykańcza moją cierpliwość, ale ciągle żywię do Sooki resztki sympatii. Cenię ją chyba za zdrowy rozsądek i celne, ironiczne uwagi.

Imperium Czerni i Złota, Adrian Tchaikovsky

Imperium Czerni i Złota (Empire in Black and Gold),Adrian Tchaikovsky, Rebis, Poznań 2009

 Imperium Czerni i Złota

Autor „Imperium Czerni i Złota” od razu wpuszcza czytelnika na głęboką wodę akcji, prosto w centrum oblężonego właśnie miasta Myna, gdzie bronią się jego mieszkańcy. Jakież jest zaskoczenie czytającego gdy dowiaduje się, że agresorami są osowcy (że, kto?). Za chwilę dochodzą żukowcy, pajęczarze, ćmowcy, modliszki, skorpiony, motylice, mrówki, muchy, itd. Pożegnajcie się z elfami, goblinami czy innym tradycyjnym fantastycznym ludkiem, tu mamy niekonwencjonalne rasy ludzi-robaczków ( w trakcie czytania zastanawiałam się co u nich w trawie piszczy).

„Imperium Czerni i Złota” to pierwsza część cyklu, przedstawiająca losy krainy Nizin, której istnienie zostaje zagrożone przez tytułowe królestwo os. Jednak mieszkańcy nie zdają sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa i beztrosko sobie żyją. Jedynie dalekowzroczny żukowiec, Stenwold Marker wyczuwa zagrożenie. Wir następujących po sobie wydarzeń wplątuje w sieć intryg dwie przybrane córki Stenwolda, tajemniczego Salmę, ćmowca Achaeosa, wynalazcę Totho. Historia tej drużyny insektów jest główną osią akcji przeplatającej się z narracją Thalryka, wysłannika mocarstwa os, także mamy możliwość wniknięcia za „żelazną kurtynę”.

Polityka królestw, cierpienia maluczkich, intryga, miłość i zdrada – to nie wszystko co serwuje pisarz, bo mamy jeszcze wiele ciekawych i niebagatelnych motywów i wątków. Najbardziej spodobał mi się sposób w jaki Tchaikovsky potraktował motyw rasizmu. Tam, gdzie mamy tyle ras dyskryminacja i ksenofobia są na porządku dziennym. Można powiedzieć, że każda ze stworzonych przez pisarza nacji ma swój charakter narodowy, charakterystyczny zbiór cech, wad i umiejętności, w których przoduje. To oczywiście rodzi zawiść i niechęć pozostałych, których źródła giną w mrokach historii. Momentami mamy wręcz do czynienia z owadzim fanatyzmem rasowym, który w niezwykły sposób urozmaica nam lekturę (to pobrzmiewa znajomo, ten fanatyzm, nieopanowany apetyt imperium na zagarnianie coraz to nowych terenów – totalitaryzm os, oddanych królestwu służbistom). Trzeba przyznać , że synowi polskich emigrantów udało mu się stworzyć świat wielowymiarowy i dopieszczony w szczegółach. Obok „rewolucji przemysłowej”, jaka ma miejsce w niektórych landach, pozostałe rasy są wierne dawnym tradycjom i wierzeniom, dzięki temu mogą posługiwać się magią. Można więc powiedzieć, że mamy dwa światy, ten tajemniczy, pełen czarów i tajemnic, oraz ten uprzemysłowiony z latającymi maszynami, nowinkami technicznymi, różnorodnymi urządzeniami (produkują je na akord).

To nad czym pisarz musi jeszcze popracować to styl, który momentami jest niebezpiecznie górnolotny.

” (…) groźny niczym obnażony sztylet.”

Dowcip jest dyskretny, nienachalny.

„- Nie, tego ci nie powiem – stwierdził, obracając ku niej piękną twarz.

Zaswędziały ją palce, by strzelić go w gębę.”

Powieść jest dość długa (ponad 630 stron), ale nie należy się obawiać tylko pozwolić nieść fabule. Warto jeszcze dodać, iż jest to debiut pisarza, a sama powieść  została zaliczona do grona dziesięciu najlepszych tytułów science fiction i fantasy w roku 2008 przez Amazon.co.uk.

Pierwsza część cyklu Cienie Pojętnych

wyczerpująca recenzja Eruany

Wampir z przypadku, Ksenia Basztowa

Wampir z przypadku (Вампир поневоле), Ksenia Basztowa, tłumaczenie I. Wiśniewska-Repeczko, Fabryka Słów, Lublin 2009

 

Wampir z przypadku 

Po mocno zakrapianej hulance, Andriej budzi się z niezwykle długimi i ostrymi kłami, które są wyraźnym znakiem, że impreza nie całkiem się udała.

 „Kiedy osuszyliśmy wszystkie butelki piwa, kochany Wowka wyciągnął skądś pół litra samogonu, potem wódkę, potem koniak, potem znów piwo, potem sake (zawsze myślałem, że to jakieś paskudztwo, a tu proszę całkiem, całkiem), potem jeszcze jedną butelkę wódki, potem… potem Wowka rzygał. Kiedy doszedł do siebie, oznajmił, że zatruł się ciastem owsianym, które służyło na zakąskę. Na szczęście mój żołądek nie jest aż tak wrażliwy.”

Gdy już obaj główni bohaterowie nieźle się wstawili, udali się na miasto. Chłopaki wdają się w bójkę, pomagając tym samym tajemniczemu, zakapturzonemu mężczyźnie. Po całym spięciu wyżej wymieniony osobnik pyta naszych wojaków tonem towarzyskiej pogawędki czy mają ochotę zostać nieśmiertelnymi. Młodzieńcy ochoczo przystają na propozycję. Jak się można domyślić, w tej obietnicy tkwił haczyk i  Andriej i Wowka stają się „chodzącymi za dnia”. Ponieważ obaj panowie nie wykazują standardowego ilorazu inteligencji, pewne fakty nie od razu są dla nich jasne. Do tego charakteryzuje ich niezwykła tępota, luz i poczucie humoru. Jest więc dosyć oryginalnie i zabawnie, choć niestety później nie jest już tak dowcipnie. Akcja jest wartka, zwroty częste, także czytelnik w zasadzie się nie nudzi.

 Sama postać Andrieja, przyszłego lingwisty nie jest tak ciekawa jak jego przyjaciela Wowki, z ust którego padają najzabawniejsze teksty.

„Zaprowadziłem go do łazienki i kazałem mu obejrzeć zęby, potem pokazałem swoje. Reakcja przyjaciela była, delikatnie mówiąc, niezbyt normalna: – Klawo! Teraz będę mógł otwierać wino bez użycia korkociągu! Podczas gdy ja skołowany, próbowałem nadążyć za jego tokiem rozumowania, on zaczął ostukiwać ząbki, trochę nimi potarmosił, by sprawdzić, czy mocno siedzą, a potem dosłownie wyparował z łazienki.”

 Dziwi mnie jednak stopień niedopracowania tej książki, autorka powinna jeszcze solidnie nad nią posiedzieć. Jest naprawdę wiele zbędnych epizodów, wciśniętych tam na siłę. Większość akapitów dotyczących życia rodzinnego obojga bohaterów nie wnosi nic nowego do fabuły i nudzi czytelnika. Rozumiem, że pisarka chciała skonfrontować wampiryzm i magię z naprawdę przyziemnym życiem szarych rosyjskich studentów, ale trochę przesadziła, wydłużając fabułę na siłę. Widać też, że sama fabuła nie do końca jest przemyślana. Do tego Basztowa powinna popracować jeszcze nad swoim pisarskim warsztatem, i to naprawdę solidnie.

To powieść przede wszystkim dla młodzieży, lekki pastisz „Drakuli” Stokera i modnego obecnie wampiryzmu. Czego tu nie ma, odrobina komedii, młodzieńczego romansu, powieści grozy, groteski i powieści młodzieżowej. Lekturę książki trzeba traktować z przymrużeniem oka.

 seria „Obca krew”