Baranek, Christopher Moore

Pełna absurdalnego humoru i celnych obserwacji obyczajowych satyryczna współczesna opowieść o nieznanych latach Jezusa opowiedziana z punktu widzenia jego najlepszego przyjaciela z lat dziecięcych, Biffa, który w tym celu został wskrzeszony. Bosko zabawna, a jednak wzruszająca książka, przypominająca zarazem dzieła Vonneguta i Douglasa Adamsa. W istocie opowieść, jaką Biff ma do przekazania, jest prawdziwie cudowna, pełna niezwykłych wędrówek, magii, uzdrowień, kung-fu, ożywiania ciał, demonów i ostrych lasek. Nawet chytre sztuczki i głębokie oddania kumpla Zbawcy mogą nie wystarczyć, by zepchnąć Joszuę ze ścieżki tragicznego przeznaczenia. Nie ma jednak nikogo, kto kocha Jezusa bardziej – może z wyjątkiem Marii z Magdalii – a Biff nie ma zamiaru bez walki pozwolić, by jego niezwykły przyjaciel doznał cierpień i wniebowstąpienia. Branek to kolejna po Najgłupszym Aniele i Brudnej Robocie powieść Moore’a.
Jakże ciężko jest być synem Boga, tyle pytań bez odpowiedzi, tyle niebezpieczeństw, z których młody zbawca kompletnie nie zdaje sobie sprawy. Na szczęście ma kumpla mocno stąpającego po ziemi. Biifa nie da się nie lubić, gdyż pomimo oficjalnej głupoty, jest tak naprawdę człowiekiem, który podchodzi do wszystkiego ze sporą dozą krytycyzmu i swego rodzaju rezolutnością. Jezus jest naiwny, dobry, pełen poświęcenia i dobrej woli. Przykładny Zbawiciel, który bardzo serio traktuje swe zadanie na ziemskim padole. Bo tak naprawdę pisarz nie pozwolił sobie na zbyt wiele, z samą postacią Jezusa i mimo, iż balansuje na cienkiej linie to ta powieść nie ma szokować, tylko bawić czytelnika. Przeznaczenie Jezusa jest od samego początku jasne, będzie poświęcony w imię nowej wiary. Autor tańczy więc stale na granicy bluźnierstwa, ale raczej jej nie przekracza.
Z mojej perspektywy wstawki z Yeti oraz demonem były kompletnie nie potrzebne, a szkolenie Jezusa u trzech mędrców mocno przydługie. Pewnie bardziej by mi się podobało gdyby autor pobawił się jeszcze z konwencją, sparafrazował późniejsze nauki Chrystusa, a nie tak od razu, po powrocie bohaterów „ze szkolenia na Zbawiciela” przyspieszył nagle fabułę i przeszedł „do finału”. Bo to właśnie ta zabawa z uświęconą, znaną nam tak bardzo konwencją, mnie najbardziej bawiła.
Sama powieść też nie wypada znów tak bardzo świętokradczo, oczywiście nie jest to pozycja dla konserwatystów albo ludzi, których bawiłaby satyra Christophera Moore’a. Sam humor nie jest zbyt „dystyngowany”, raczej taki w kierunku chłopięcego nastolęstwa. Momentami nie trafia w moje poczucie humoru, a momentami bawi i śmieszy.
Polskie wydanie:








