Paragraf 22 (Catch 22), Joseph Heller, Wydawnictwo Albatros 2008

„Paragraf 22” poleciło mi kilka osób, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę. Właściwie to nie wiem co sobie wyobrażałam na jej temat, dość powiedzieć, że jej bohaterowie mnie zaskoczyli. To istny zbiór szaleńców, typów nieprzystosowanych, wariatów, ale, ale, może to wojna uczyniła ich takimi?
„Ludzie dostali szału i dostawali za to medale.”
Mamy gorący okres drugiej wojny światowej, rok 1944. Jednostka Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych stacjonująca na zachodzie Włoch, do której trafił główny bohater, to świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się własnymi prawami. Teoretycznie by żołnierz został zwolniony ze służby musi odbębnić odpowiednią ilość nalotów, których obecna liczba to 50. Jednak dowódca w każdej chwili może zwiększyć tą ilość, powody do takiej decyzji mogą być bardzo różne, ale najczęściej są dość absurdalne i błahe. Jednak szeregowcom nie wolno się przecież zbuntować, muszą wypełniać rozkazy, a za niesubordynacje mogą zostać postawieni przed sąd polowy. Według mistycznego paragrafu 22:
„Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego.”
Czyli nici z udawania wariata, więc każdy z żołnierzy lata codziennie do dowódcy w nadziei, że go odwołają nim liczba nalotów wzrośnie. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że pojedyncze akcje nie mają znowu tak wielkiego znaczenia strategicznego i Amerykańscy wojacy są traktowani jak mięso armatnie. Nic dziwnego, że zachowanie niektórych z nich zaczyna, delikatnie mówiąc, odbiegać od normy.
Powieść jest przesycona czarnym humorem i spowijają ją opary absurdu, który ograbia wojnę z całego jej patosu oraz żołnierskiego heroizmu. Niezłym kontr porównaniem może tu być „Dywizjon 303” – zupełnie inna bajka. U Hellera bohaterowie najczęściej tylko kombinują jak tu wylądować w szpitalu gdzie „nie mogli zapanować nad śmiercią, ale z pewnością narzucali jej normy przyzwoitego zachowania. Nauczyli ją dobrych manier.”
Krytyka zbiurokratyzowania wojny i podporządkowania zindywidualizowanych istnień ludzkich pod śmieszne paragrafy. Koncepcja Hellera przypomina trochę „Proces” Kafki. Yossarian, który zdaje sobie sprawę, że owy tytułowy przepis nie istnieje musi pogodzić się z tym, że ponieważ wszyscy w niego wierzą i stosują nie da się go obejść ani tym bardziej zlikwidować, bo przecież nie ma czego likwidować. Do tego wszystkiego cielesny horror zaserwowany czytelnikowi w niektórych akapitach. Ranny młody żołnierz opisany jest brutalnie i bez żadnej żenady, to najczystsza groza pozbawiona jakichkolwiek duchowych złudzeń. Tu nie ma miejsca na męstwo i bohaterstwo pozbawione ciała, bohaterowie powieści są z krwi i kości, umierają w okrutny sposób. Gnębią tu nas jeszcze pytania o moralność, patriotyzm, dobro jednostki czy grupy oraz nieokiełznaną chciwość i jej wszystkie możliwe konsekwencje.
Absurd goni absurd. Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, iż jej autor był bombardierem w trakcie wojny, to też daje do myślenia.
Parę złotych myśli:
„Dawniej bardzo mnie podniecało ratowanie ludziom życia. Teraz zastanawiam się, po cholerę ja to robię, skoro oni i tak muszą umrzeć.”
„Byli tępi; samopoczucie mieli znakomite. Cieszyli się, że zdążyli jeszcze na wojnę i że będą mogli poznać smak walki.”
„To był cud. Bez większego trudu można było przekształcić występek w cnotę, oszczerstwo w prawdę, impotencję w abstynencję, bezczelność w skromność, rabunek w filantropię, złodziejstwo w zaszczyt, bluźnierstwo w mądrość, brutalność w patriotyzm i sadyzm w wymiar sprawiedliwości. Każdy mógł to zrobić; rzecz nie wymagała specjalnych zdolności. Wystarczyło nie mieć charakteru.”
„Generał był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby.”




