Paragraf 22, Joseph Heller

Paragraf 22 (Catch 22), Joseph Heller, Wydawnictwo Albatros 2008

 Paragraf 22, Joseph Heller

„Paragraf 22” poleciło mi kilka osób, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę. Właściwie to nie wiem co sobie wyobrażałam na jej temat, dość powiedzieć, że jej bohaterowie mnie zaskoczyli. To istny zbiór szaleńców, typów nieprzystosowanych, wariatów, ale, ale, może to wojna uczyniła ich takimi?

„Ludzie dostali szału i dostawali za to medale.”

Mamy gorący okres drugiej wojny światowej, rok 1944. Jednostka Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych stacjonująca na zachodzie Włoch, do której trafił główny bohater, to świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się własnymi prawami. Teoretycznie by żołnierz został zwolniony ze służby musi odbębnić odpowiednią ilość nalotów, których obecna liczba to 50. Jednak dowódca w każdej chwili może zwiększyć tą ilość, powody do takiej decyzji mogą być bardzo różne, ale najczęściej są dość absurdalne i błahe. Jednak szeregowcom nie wolno się przecież zbuntować, muszą wypełniać rozkazy, a za niesubordynacje mogą zostać postawieni przed sąd polowy. Według mistycznego paragrafu 22:

 „Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego.”

Czyli nici z udawania wariata, więc każdy z żołnierzy lata codziennie do dowódcy w nadziei, że go odwołają nim liczba nalotów wzrośnie. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że pojedyncze akcje nie mają znowu tak wielkiego znaczenia strategicznego i Amerykańscy wojacy są traktowani jak mięso armatnie. Nic dziwnego, że zachowanie niektórych z nich zaczyna, delikatnie mówiąc, odbiegać od normy.

Powieść jest przesycona czarnym humorem i spowijają ją opary absurdu, który ograbia wojnę z całego jej patosu oraz żołnierskiego heroizmu. Niezłym kontr porównaniem może tu być „Dywizjon 303” – zupełnie inna bajka. U Hellera bohaterowie najczęściej tylko  kombinują jak tu wylądować w szpitalu gdzie „nie mogli zapanować nad śmiercią, ale z pewnością narzucali jej normy przyzwoitego zachowania. Nauczyli ją dobrych manier.”

Krytyka zbiurokratyzowania wojny i podporządkowania zindywidualizowanych istnień ludzkich pod śmieszne paragrafy. Koncepcja Hellera przypomina trochę „Proces” Kafki. Yossarian, który zdaje sobie sprawę, że owy tytułowy przepis nie istnieje musi pogodzić się z tym, że ponieważ wszyscy w niego wierzą i stosują nie da się go obejść ani tym bardziej zlikwidować, bo przecież nie ma czego likwidować. Do tego wszystkiego cielesny horror zaserwowany czytelnikowi w niektórych akapitach. Ranny młody żołnierz opisany jest brutalnie i bez żadnej żenady, to najczystsza groza pozbawiona jakichkolwiek duchowych złudzeń. Tu nie ma miejsca na męstwo i bohaterstwo pozbawione ciała, bohaterowie powieści są z krwi i kości, umierają w okrutny sposób. Gnębią tu nas jeszcze pytania o moralność, patriotyzm, dobro jednostki czy grupy oraz nieokiełznaną chciwość i jej wszystkie możliwe konsekwencje.

Absurd goni absurd. Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, iż jej autor był bombardierem w trakcie wojny, to też daje do myślenia.

Parę złotych myśli:

 „Dawniej bardzo mnie podniecało ratowanie ludziom życia. Teraz zastanawiam się, po cholerę ja to robię, skoro oni i tak muszą umrzeć.”

„Byli tępi; samopoczucie mieli znakomite. Cieszyli się, że zdążyli jeszcze na wojnę i że będą mogli poznać smak walki.”

„To był cud. Bez większego trudu można było przekształcić występek w cnotę, oszczerstwo w prawdę, impotencję w abstynencję, bezczelność w skromność, rabunek w filantropię, złodziejstwo w zaszczyt, bluźnierstwo w mądrość, brutalność w patriotyzm i sadyzm w wymiar sprawiedliwości. Każdy mógł to zrobić; rzecz nie wymagała specjalnych zdolności. Wystarczyło nie mieć charakteru.”

„Generał był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby.”

Kiełkowanie

„Najpierw był embrion.

Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące życie.

Wreszcie był dziecinny pokój – świat nie do ogarnięcia w całym swoim ogromie, całej niespożytej różnorakości. Dla opanowania tego pokoju przebyć dopiero trzeba było całe epoki poprzez rozróżnianie poszczególnych sprzętów.

Nim się ogarnęło dziw nad dziwy – kończenie się miękkości dywanu i poczynanie się twardości podłogi, uchylanie się jednego, z lekka poznanego świata i ukazywanie się drugiego, absolutnie nierozpoznawalnego, którym było wnętrze szafy po rozwarciu się drzwi, nim się opanowało wstrząs, jakim jest odbicie w lustrze, i zupełnie przechodzące pojęcie zjawisko szyby, po której z tamtej strony łazi mucha – dumną opoką, z której szły te wspaniałe podboje, było głębokie łóżeczko, kolebusia, obciągnięta kretonem, mieszcząca w sobie zasiedziałe sprawy: kołderkę, przyjemnym ciepłem podpełzającym pod brodę, ściankę kolebusi, łaskawym cieniem wstającym między oczkami zapuchającymi na sen i dalekim mżeniem nieznanej lampy, sztucznego kota z obćmoktanym ogonem.

To łóżeczko – ląd stały, prowincja pierwsza, z którego powstaje imperium życia, brama wypadowa na awanturę świata zewnętrznego – pozostaje przez długie lata dziecinne czymś mającym znaczenie nadnaturalne. Jeśli w tym czymś nadnaturalnym zdarzy się jakiś ewenement, jest on przyjmowany z maksimum wzburzenia: takim jest zasiusianie prześcieradła, kiedy się już wyawansowało do wysadzania na nocniczek, wetknięcie się nagle psiej głowy w siatkę, wtargnięcie konika polnego, spadnięcie w nocy poduszki na podłogę. Bezradność dramatycznego powiadamiania Mamy, śpiącej obok: „Mama – paduśka zgubiła się”, jest równie alarmistyczna, jak na przykład byłby pewnego dnia komunikat, że znikły kopalnie węgla i już odtąd będzie zimno.”*

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwto Naukowe PWN, Warszawa 1993

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwto Naukowe PWN, Warszawa 1993

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz 

Odkrywam Wańkowicza na nowo i postanowiłam ponownie przeczytać jego „Ziele na kraterze”. Cóż mogę napisać poza tym, że jestem bezkrytycznie zachwycona. Jak nie podziwiać kogoś kto w tak całkowicie niezwykły sposób umie opisać swoją rodzinę. Pamiętamy, że mamy tu do czynienia z mężczyzną, dziennikarzem, wojennym korespondentem dowcipnisiem, który nie uznaje zbytnich sentymentów. A jednak ten styl, dobór słów, którymi przedstawia czytelnikowi swe dorastające córki, jest niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Ach, umieć tak pisać! Przy bogactwie językowym autora moja recenzyjka wydaje mi się tak potwornie uboga i „niedorobiona”. Dziennikarz dzieli się z nami rodzinnymi wspomnieniami i czyni to bez patosu, zbytniego sentymentalizmu i całego tego „tiu, tiu”.

Pierwsza córka, Krystyna – wieczny Pyton, przychodzi na świat w 1919 r., w niecałe dwa lata później Marta – Tirliporek potworek. Jedna skryta, poważna, druga dowcipna, rozgadana i psotna. W tej urokliwej części mamy opisy zabaw jakie serwował tato córkom w pociąg z przesiadkami w Kłujewie i Szczypinie. Opisuje ważną rolę baj i opowieści, w tym wręcz terapeutyczną Sierotkę Marysię. Rodzinne wycieczki kajakiem Kuwaką, wyjazdy do Jodanowa, trudy ścieżki edukacyjnej czy wreszcie powstanie Domeczku – rodzinnej przystani. Wiele zdradza nam pisarz o samym sobie, swojej młodości oraz o żonie, Króliku tej mamie-pocieszycielce. Mamy więc też echa pierwszej wojny światowej czy rusyfikacji w polskich szkołach. I wszystko to napisane z humorem, w gawędziarskim stylu, mnożą się żarty, kpinki i dykteryjki.

Książka jest taką swoistą mieszaniną stylów i znajdziemy tu nie tylko teksty autora „Bitwy pod Monte Cassino” ale i jego córki Marty.

„Ojciec dał nam smak życia, łapczywość na dźwięk, barwę, smak, zapach. Konspirując przed ciotkami, a nawet czasami chwilowo przed mamusią, ojciec nawiedzał z nami jakieś szyneczki, zabawy podmiejskie. Był czasem zaambarasowany naszym soczystym słownikiem, ale sądzę, ze mało która z moich rówieśniczek w Polsce zna tak dobrze język polski z jego grającą gamą cieni, z jego slangiem ulicznym, gwarą chłopską, żargonem polsko-żydowskim, wszystkimi wibracjami góralskimi, kresowymi i kaszubskimi”. 

Jak to u Wańkowicza, język jest barwny, kwitnący przeróżnymi polskimi powiedzonkami, polszczyzna wysokiej próby. Styl tak bardzo zindywidualizowany, klarowny.

W tej rodzinnej opowieści cykl życia jaki zatoczył koło nadaje treści formę. Od narodzin i wzrastania ku śmierci i ponownym narodzinom. Tragedia matek, które straciły swe dzieci w powstaniu warszawskim robi piorunujące wrażenie, jak sobie do tego pomyślę, że autora „Na tropach Smętka” nie było wtedy w Polsce a potrafił oddać ten nastrój, te mroczne chwile i ogrom przygniatającego nieszczęścia.

„Gdzież i jak było szukać, jak i gdzie jeszcze kopać w milczącej ziemi? Odpływała fala matek, które znalazły i pochowały pomordowane dzieci. Tym samotniejsze te, które szukają. Na Skorupki dzień w dzień wynędzniała kobieta prymitywnymi narzędziami odwala ruiny domu. W Ogrodzie Krasińskich blondyna ze śladami piękności, dosyć starannie ubrana, mówi z pogodnym uśmiechem, że już zebrała wszystkie części syna, tylko jeszcze nie może znaleźć głowy. Ludzie pierzchają od tego uśmiechu.”

Książkę kończy list Tili do matki, który napisała zaraz po urodzeniu swej pierwszej córeczki. W tych słowach jest pocieszenie dla rodziców strapionych niewyobrażalną stratą dziecka i wizja szczęśliwej przyszłości, która z czasem znów nadejdzie.

Myślę, że czytając „Ziele na kraterze” każdy znajdzie wiele tych niezwykle pięknych i ulotnych momentów rodzinnych, które sam przeżył. Bezradność rodzica wobec śmierci własnego dziecka jest  tak samo rozpaczliwa mimo odmiennych warunków i powodów tragedii. To osobisty hołd Melchiora Wańkowicza dla rodziny, jej małych radości, ogromnych żalów, mocnych więzi, ulotnych wspominek.

Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska

Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska, MUZA, Warszawa 2010

 Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska

„Tradycje polskiego stołu” to kolejna książka opublikowana w serii „Ocalić od zapomnienia”, wydawnictwa Muza. Album pięknie wydany, z dużą ilością zdjęć, reprodukcji, szkiców, wabi oko i zachęca do zagłębienia się w polskich kuchennych tradycjach. Wszystkie informacje są uporządkowane, rozdziały spójne i przejrzyste, łatwo tu znaleźć infromacje, których szukamy, do tego  spis cytowanych przez autorkę potraw. Jak napisała Barbara Ogrodowska książka ta jest próbą pokazania specyfiki polskiego pożywienia, obyczajów, upodobań Polaków oraz ich nawyków żywieniowych.

Autorka rozpoczyna od zwyczajowo używanych produktów spożywczych, ich historii w naszej rodzimej kuchni oraz pochodzeniu, sposobach przygotowania. Od pszenicy, kaszy, poprzez cieszące się u nas niesłabnącym powodzeniem kartofle (na które kiedyś patrzono nieufnie i z niechęcią), warzywa (kapusta, rzepa, pasternak, brukiew czy ogórki), owoce (śliwki, gruszki i wszelakie) skończywszy na skarbach tkwiących w runie leśnym. Potem rozdziały, które niekoniecznie będą interesowały wegetarian, o kiełbaskach, wędzeniu mięska, wędlinach wszelakich i nadziewaniu perliczek. Dla mnie najciekawsze były rozdziały poświęcone biesiadom i ucztom w pańskich domach, urządzanych na co dzień i od święta oraz polskiemu stołowi postnemu. Znalazło się też miejsce na opis potraw i forteli kuchennych na czas głodu, gdy trudno znaleźć coś konkretnego do garnka. Te wszystkie opisy wymieszane są z przepisami o różnym poziomie trudności. Mamy więc takie proste na polewki, o które i dziś się można pokusić, ale i takie gdzie potrzebujemy kopy jajek i specjalnego rożna (sękacz). Niektóre pochodzą z XIX wiecznych książek kucharskich a inne z domu samej autorki, we wszystkich zachowana jest oryginalna pisownia, a to dodaje tylko klimatycznego smaczku tej książce.

Kto z was się domyśla, że nasze schabowe to danie pochodzące z kuchni niemieckiej, a ogórki kiedyś podawano z miodem? Pisarka zgromadziła tu też sporą ilość wierszyków, powiedzonek, cały ten kuchenny folklor.

„Był sobie raz diabeł Rokita

I przyszła do niego kobita

Oddaje mu duszę i ciało

Bo jej się mleka zachciało

Ten żartobliwy wierszyk (…) mówi o wartości, jaką dla ludzi miało mleko; gospodynie gotowe były za nie zaprzedać duszę diabłu.

Zarówno z brakiem mleka, jak i niewytłumaczoną obfitością, której zazdroszczono sąsiadkom, posądzając ją o konszachty z diabłem, wiązał się więc cały bogaty folklor mleczarski, niezliczone wierzenia o czarownicach odbierających krowom mleko, dojącym je (…) ze sznurów zawieszonych u powały, przemieniających w mleko poranną rosę itp., a także ochronne praktyki i zaklęcia (tzw. szeptuchy) mające zapobiec utracie mleka.”

Dla kogoś starszego książka może być niezwykle nostalgiczną podróżą w przeszłość, dla młodszej osoby, niebanalną wycieczką do kuchennych korzeni naszego kraju.

Zima o poranku, Janina Bauman

Zima o poranku. Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta (Winter in the Morning: A Young Girl’s Life in the Warsaw Ghetto and Beyond 1935-1945), Janina Bauman, Znak 2009

Zima o poranku, Janina Bauman 

„Zima o poranku” to kolejna książka wydana po latach przez Żydówkę ocalałą z zawieruchy wojennej. Pisana z perspektywy już osoby dojrzałej, po czterdziestu latach milczenia. Wielu świadków Shoah spisuje po długim czasie swoje wspomnienia wojenne gdy nie ranią one już tak bardzo, a potrzeba dania świadectwa staje się dla nich wręcz paląca. Stąd na rynku coraz to nowe książki tego rodzaju. Janina Bauman już we wstępie zapewnia czytelnika że postara się wrócić do świata dziecka, by opisywane zdarzenia były takimi jak je wtedy odbierała. Skoro to ma być więc ciasny i ograniczony świat dziecka nie możemy rozpatrywać tej publikacji jako źródła historycznego, jest to raczej swoisty hołd złożony ofiarom Holocaustu. W owym powrocie do dzieciństwa autorce „Zimy o poranku” pomogły zapiski sprzed lat, gdyż wcześniej prowadziła dziennik, a to na pewno uwierzytelnia jej „niewinne” spojrzenie młodej dziewczyny.

Gdy wybuchła wojna pisarka miała 12 lat, można powiedzieć, że jeszcze była dzieckiem, ale za chwilę mogła stać się kobietą. Jednym słowem na lata wojenne przypadło dojrzewanie dziewczyny. Jej największym problemem była wtedy kwestia żydowska, o której zawsze przecież mówiło się wiele i stanowiła temat kontrowersyjny. Dziewczynka zastanawia się co to znaczy tak naprawdę być Żydem. Jej rodzina należała do tych już całkowicie zasymilowanych, wychowanych w polskiej kulturze. Jej rodzice nie chodzili ani do synagogi, ani do kościoła. Jako dziecko dostawała prezenty pod choinkę i obchodziła Paschę u swej babki. Jednak już „prawdziwi” Żydzi wydawali się jej całkowicie obcy, z ich niezrozumiałym szwargotem i śmieszną polską wymową, z długimi pejsami czy jeszcze dziwniejszymi zwyczajami. Nie mogła zrozumieć jak oni mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Zdawała sobie też sprawę, że niedobrze jest być Żydem gdyż dostrzegała plakaty „Nie kupuj u Żyda”, więc antysemityzm też stanowił dla niej zagwozdkę. Z tymi wszystkimi nierozwiązanymi problemami nadchodzi powoli jesień 1939 r. i Niemcy. Autorka przekonująco opisuje oblężenie Warszawy, strach mieszkańców, naloty, wybuchające bomby. To pierwsze, wręcz surrealistyczne sceny oderwane od bezpiecznej rzeczywistości, gdy znane budynki płoną, a ludzie giną. Następnie mamy wspomnienia z getta, gdzie dziewczyna zamieszkała wraz ze swoja matką i młodszą siostrą, Zosią. Od momentu ucieczki na stronę aryjską rodzinę ciągle prześladują szmalcownicy, którzy odkrywają wszystkie kryjówki ukrywających się Żydów. Aż trudno uwierzyć ile tego przekupnego tałatajstwa błąkało się po Warszawie, w poszukiwaniu łatwego zysku. Żeby za każdym razem się wykupić dziewczyny pozbyły się małej rodzinnej fortuny, która zresztą pozwoliła im przeżyć, pieniądze i zaufani przyjaciele sprawiły, że rodzina Janiny Bauman szczęśliwie doczekała końca wojny. Autorka dokładnie opisuje ludzi, którzy ukrywali uciekinierów, ich przeróżne powody, bo byli i tacy, którzy nie robili tego dla zysku.

W książce Janiny Bauman najbardziej zainteresowała mnie kwestia tożsamości samej bohaterki, która na koniec książki zdradza co uczyniło ją „prawdziwą” Żydówką.

Ja należę do Żydów. Nie dlatego, że urodziłam się Żydówką albo dzieliłam żydowską wiarę – nigdy jej nie dzieliłam. Należę do Żydów, bo cierpiałam jako jedna z nich. To właśnie cierpienie uczyniło mnie Żydówką .”

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska Adamczyk

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska Adamczyk, Nasza Księgarnia 2010

 Cukiernia pod Amorem, Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Właściwie to nie czytałam żadnej negatywnej recenzji „Cukierni pod Amorem” (albo nie przeczytałam jeszcze wszystkich), książkę wzięłam więc „w ciemno” na małą wycieczkę. Szczerze, to trochę się zawiodłam, po tych wszystkich pozytywnych opiniach spodziewałam się czegoś na wyższym poziomie, ale nie powiem powieść rozrywkę czytelnikowi zapewnia.

Historia rodu głównych bohaterów przeplata się tu z czasami współczesnymi w życiu ich potomków. By przyciągnąć uwagę czytelnika pisarka zastosowała zabieg retrospekcji i delikatnego dawkowania kolejnych informacji. Do tego wartka akcja, bardzo krótkie i nieliczne opisy, szybkie wprowadzenia i skrótowe charakterystyki sprawiają, że książkę czyta się naprawdę szybko. Oczywiście coś kosztem czegoś, przeskakiwanie przy każdym rozdziale do innych wydarzeń i czasów może niecierpliwić i wywoływać z początku konfuzję. Nowe wątki pojawiają się nie chronologicznie i trudno między nimi z początku uchwycić jakiś związek.

Jeśli chodzi o wiek XIX, to poznajemy losy Tomasza Zajezierskiego i jego rodziny, jego kolejne miłosne ekscesy oraz przeszłość matki. Z początku ta historia wydała mi się sztuczną, w której główną rolę grają dawno już wyświechtane wątki. Odniosłam wrażenie, że pisarka zrobiła sobie listę zdarzeń, które powinny mieć miejsce w tych nie tak zamierzchłych dziejach, na podstawie zebranych przez siebie informacji, i tak, pisząc powieść odhaczała kolejne punkty. Moje odczucia mogły być też spowodowane charakterystycznym, zwięzłym i bardzo prostym stylem autorki. Gdy się trochę już w książkę wciągnęłam, owo wrażenie trochę znikło. Natomiast losy tytułowej rodziny osadzone we współczesności wypadają dość blado, zwłaszcza na tle obfitej w wydarzenia przeszłości. Cukiernia pod Amorem jest prowadzona przez Waldemara Hrycia i jego matkę. Autorka bez litości przedstawia resztę współczesnej rodziny Hryciów jako pazerne potwory czyhające tylko na pieniądze, to ludzie którzy nie cenią ambitnych i pełnych pasji wysiłków Waldemara Hrycia i jego córki. Przeszkadza mi taki zbyt prosty podział na dobrych i złych. Sam Waldemar bez przerwy musi się martwić czy nie będzie musiał porzucić swojej ukochanej pracy, a Iga, jego córka, jest postacią nie budzącą moich sympatii. Niektóre z postaci są bardziej udane, inne mniej. Iga Hryć, która zapewne rozwiąże rodzinną zagadkę, należy do tej drugiej kategorii. Jednym słowem ten XX wiek wcale nie wypada ciekawie, no może poza tą mumią.

 Te wszystkie ciasteczka, atmosfera cukierni i rodzinnej tajemnicy, XIX-wieczne perypetie przodków – to wszystko razem ma swój smaczek. Myślę, że ta trylogia jest całkiem godna uwagi i nieźle się prezentuje na polskim rynku, gdzie panuje mały niedostatek narodowych sag rodzinnych. Ot, czytadło w sam raz na wakacje, jednak nie na tyle wciągające bym szybko szukała kolejnej części.

seria: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy  tom 1

Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz

Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1989

Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz 

 O tytułowej bitwie o Monte Cassino słyszeli wszyscy, jednak kto z nas zdaje sobie sprawę ile tak naprawdę ofiar pogrzebała ta ziemia, jakim kosztem i co oznaczało zwycięstwo. Po trzytomowe wydanie sięgnęłam z czystej ciekawości no i w ferworze zachwytu nad Wańkowiczem. To legendarny już reportaż a ja żałuję, że w moim starym wydaniu nie ma posłowia o kulisach pracy autora. Przeczytałam, że publikacja pisarza cieszyła się przez bardzo długi czas  takim niesłabnącym powodzeniem, że bez przerwy musiano robić dodruki i podobno napadnięto ciężarówkę przewożącą taki dodruk.

W maju 1944 roku żołnierze 2. Korpusu Polskiego po krwawych bojach zdobyli bezskutecznie atakowany przez Anglików ufortyfikowany klasztor na wzgórzu, co otworzyło aliantom drogę do Rzymu. Wcześniej pozycji nie mogły zdobyć wojska amerykańskie, angielskie, francuskie, hinduskie, nowozelandzkie. W tak trudnym, górzystym terenie trudno było wykurzyć Niemców z ich bunkrów, których nakopali całe krocie. Polacy zdobywali bunkr po bunkrze, wierzchołek po wierzchołku góry, opłacając to mnóstwem ofiar, to była istna gehenna dla żołnierzy. Wańkowicz nie opisuje nam tylko przebiegu kolejnych natarć, pojedynczych akcji, ale bierze pod lupę wszystkie wojskowe akcje łącznie z dowożeniem zaopatrzenia.  Poznajemy problemy łączności, akcje saperów, tych „termitów wojny”, działania kwatermistrzów,  pułkowników, oficerów przenoszących wiadomości, doświadczonych żołnierzy i nieledwie chłopców z powoli sypiącym się wąsem. Nie szczędzi zarówno słów pochwał jak i krytyki. Przedstawia pojmowanie wojny przez Anglików i Polaków.

„Anglik klnie w żywy kamień, bo zabrakło chwilowo mleka do jego „nice cup of tea”. Zirytowany Polak zwraca mu uwagę, że to przecie wojna. „No właśnie” – wytrzeszcza Anglik oczy – „wojna, a więc powinno być wszystko, co się do niej należy; jeśli im brak mleka skondensowanego, to niech nie prowadzą wojny”.

Polak klnie w żywy kamień, bo przepalił dziurę w kocu. Zlatują się – służbowy, materiałowy, gospodarczy – spisują protokół, opisujący co i jak, uwierzytelniają podpisy, idą całą delegacją do angielskiego składu z przepalonym kocem, z protokółem i z tęgo nagotowanymi pyskami, nabierając w piersi powietrze przed tym szturmem na pozycję kocową.

Podoficer angielski, wyrozumiawszy, że chodzi o pled, wskazuje niedbale w kąt składu:

– Weźcie stamtąd.

Nasi węszą jakąś grandę. Jak to – weźcie? Bez „opeeru” i bez protokółu, bez meldowania i komisyj, bez wniosków i bez karty materiałowej?”

Dziennikarz potrafi przywołać takie ulotne chwile, czyniące tą książkę nie tak z gruntu poważną. Nie pomija też historii zbombardowanego zabytkowego klasztoru Benedyktynów, jego roli w dziejach, opisuje też „krajobraz, po którym przecwałowały rumaki Apokalipsy”. Wszystkie trzy tomy czyta się dość szybko, a to przez całą masę zdjęć, rysunków, map, scenek i plakatów propagandowych zamieszczonych w książkach, stanowią one integralną część tej publikacji i pozwalają lepiej zrozumieć toczące się bitwy. Zdaję sobie sprawę, że „Bitwa o Monte Cassino” nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś, ale jestem pewna, że i dziś znajdzie wielu swoich zwolenników. Chyba nie bez powodu wydawnictwo Prószyński i S-ka wznowiło ten reportaż.

„Co trup, – to znany fragment walki, który zamilkł. Jakby wielki organ rozbito i jakby teraz uprzątano odłamki piszczałek, z których każda miała swoje miejsce w tej wielkiej fudze, którą grały góry przez siedem dni.”

I dzwon można ukarać …

” W pobliżu ulicy Królewskiej, w niewielkiej odległości od soboru, stanęła wysoka na siedemdziesiąt metrów dzwonnica, najwyższa wieża w ówczesnej Warszawie. Zawisł na niej dzwon, piąty co do wielkości w całym imperium. Odezwał się po raz pierwszy dwudziestego sierpnia 1913 roku, gdy obchodzono trzechsetną rocznicę panowania dynastii Romanowów. Miał szczęście, że zawisł przy świątyni prawosławnej. dzwony z kościołów katolickich często były (na kategoryczne polecenie władz) zdejmowane i „karane” przetopieniem za to, że wzywały do buntu przeciw władzy!”*

*”Namiestnicy Warszawy” Danuta Szmit-Zawierucha, Wydawnictwo Abrys, Warszawa 2009

Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha

Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha

Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha, Wydawnictwo Abrys, Warszawa 2009

 Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha

Książka Danuty Szmit -Zawieruchy nie jest ani rozprawą naukową, ani podręcznikiem, choć to publikacja napisana z pasją i znawstwem historyka. Jest to jedna z najlepszych książek o Warszawie jakie ostatnio przeczytałam, a zapoznałam się z ich całkiem sporą liczbą. Autorka naprawdę umie ciekawie opowiadać, dobierać odpowiednie historie i odkrywać na nowo zapomniane anegdoty. Sam temat książki z początku nie wydaje się ciekawy, no bo co ta za przyjemność czytać o wysłannikach Rosji, którzy nakładali coraz to nowe ograniczenia i tak już uciśnionej polskości. Ten najwyższy urząd w dziewiętnastowiecznej Warszawie nie cieszył się dobrą sławą, a tych dwudziestu wybranych ( w tym jeden Polak – Józef Zajączek) sprawowało wręcz niczym nieskrępowaną władzę. Wiadomo, że każdemu z nich zależało na aprobacie cesarza Rosji i stłumieniu wszelkich polskich buntów. Mimo tego niewesołego obrazu autorce udało  się przybliżyć czytelnikowi w ciekawy sposób ich sylwetki.

Publikacja nie jest długa (największy minus), dla każdego z namiestników Danuta Szmit-Zawierucha zarezerwowała po kilka stron, czasem zaledwie parę akapitów (niektórzy szarogęsili się w Warszawie naprawdę krótko). Do tego mamy dużo zdjęć, szkiców, portretów pozwalających wczuć się w opisywane przez nią lata. To czego mi tu stanowczo brakuje, to jakaś mapka Warszawy, co by czytelnik mógł sobie umiejscowić poszczególne wydarzenia. Uważam, że w tego typu publikacji jest rzeczą potrzebną i przydatną. W każdym z esejów pisarka pokrótce opowiada nam skąd wziął się dany namiestnik w Polsce, jak dochrapał się tak wysokiego stanowiska, czy zrobił coś dla dobra Warszawy i jej mieszkańców czy tylko gnębił nielitościwie. To podstawowe informacje, które poprzedzają jakieś ważne wydarzenie w historii naszego kraju, jakiś fakt, i na tej podstawie buduje pisarka swoją opowieść. Także czasem okres, w którym panoszył się dany namiestnik jest tylko kanwą dla opowiedzenia zupełnie innej, ciekawszej historii. Stąd moje początkowe stwierdzenie, iż nie jest to książka stricte historyczna. Z tych opowieści wyłania się nam skrócony obraz historii Warszawy pod rosyjskim zaborem, gratka nie tylko dla varsavianistów. No bo kto z was wiedział, że Paskiewicz był cholerykiem i strasznym złośnikiem?

„Jego humory mógł ukoić tylko jeden człowiek. Był nim osobisty służący Paskiewicza – Wasyl. Odziany w przyciasny mundurek, wtaczał się do gabinetu jak wielka kula. Namiestnik tolerował tylko ludzi umundurowanych, żaden cywil nie mógł pełnić przy feldmarszałku najniższej nawet funkcji.

Wasyl, mimo że tuszy był sporej, biegał po gabinecie i zręcznie przyrządzał swojemu szefowi czaj. Kiedy postawił przed nim wreszcie stakan parującego napoju, dopiero co nalanego z tulskiego samowara, na twarzy feldmarszałka pojawiał się pierwszy uśmiech.

Z wielkiej brązowej głowy Wasyl delikatnie odrąbywał kawałki cukru i złotymi szczypczykami, pochodzącymi tak samo jak wszystkie naczynia z zastawy Augusta II (…) kładł je na brzegu talerzyka.

„Słodzić, słodzić wasze błagorodije. Nieosłodzona herbata to grzech dla prawosławnego człowieka”…

I znikał za drzwiami, cały w pokornych uśmiechach i głębokich ukłonach. Miał nadzieję, że zdąży, nim Paskiewicz rzuci w niego mosiężną suszką albo, nie daj Bóg, srebrną statuetką cara, gdyż w chwilach złości chwytał wszystko, co znajdowało się w zasięgu ręki.”

Czyż ten fragment od razu nie pozwolił wam na chwilę zapomnieć o XXI wieku i z ciekawością przyglądać się zwinnemu służącemu, który uwijając się próbował złagodzić gniew swego pana? I gdyby jeszcze nie literówki trafiające się w tekście to byłabym całkowicie zadowolona z tej publikacji.

Kochanek śmierci, Borys Akunin

Kochanek śmierci (Lubownica smerti), Borys Akunin, Świat Książki, Warszawa 2004

 Kochanek śmierci, Borys Akunin

To moje drugie spotkanie z Erastem Fandorinem i można powiedzieć, że bardzo udane, obiecuję sobie kolejne. Jednak w tej książce to nie on jest wodzirejem akcji, ale Sieńka Skorik, można powiedzieć, że dziecko ulicy. Sierota ten trafił pod niewłaściwe skrzydła i trochę zboczył ze ścieżek edukacji na Chitrowkę, złodziejską dzielnicę, która nie cieszy się dobrą sławą. Tam zamieszkują pretendenci do tytułu króla złodziei, prostytutki, największa biedota i inne tzw. męty społeczne. Jednym słowem szanujący się obywatel nie zapuszcza się tam na wieczorną przechadzkę. Tu królują skomplikowane układy przestępczo-policyjne a nad wszystkim czuwa rada starszych, Dintojra – czyli przestępcy na emeryturze. Wszystkie czyny mieszkańców podlegają specyficznemu kodeksowi honorowemu, który jest swoistym zbiorem praw nie do obejścia, dla każdego rzezimieszka, jego złamanie grozi srogim wymiarem kary, czyli śmiercią. I kto by pomyślał, że autorowi uda się tak „ożywić” te brudne rynsztoki, napełnić uliczki podejrzanymi typami i żebrakami, ustawić mamzelki pod latarniami i w ogóle nadać całemu temu towarzystwu taki rys sentymentu.

Sienia jest chłopcem inteligentnym, bystrym i odrobinę za bojaźliwym jak na warunki Chitrowki, radzi sobie jednak całkiem nieźle. Jest generatorem wszystkich komicznych sytuacji, dowcipów i postacią wypowiadającą najśmieszniejsze teksty. To postać urocza oraz naiwna jednocześnie. Jego przypadkowe spotkanie z Masą i Fandorinem da nowy początek jego życiowej ścieżce. Sam Erast po „Azazelu” wypada trochę na wszystkowiedzącego mądralę z fenomenalnym zmysłem dedukcji, ale da się lubić. W tle mamy niezwykle okrutne zbrodnie na Chitrowce, tajemniczy, ukryty skarb, wojnę dwóch złoczyńców o koronę króla i machlojki pozostałych postaci. No i do tego na deser niezwykle piękna kobieta, tytułowa Śmierć, która przyciąga niczym magnes wszystkie największe moskiewskie mędy. Akcja powieści bardzo często nagina ramy prawdopodobieństwa i jest zbyt naiwna, ale czytelnik ciągle dobrze się bawi i można spojrzeć na to z przymrużeniem oka. Dodam jeszcze, iż mimo że jest to już dziesiąta część przygód Fandorina to pominięcie tych ośmiu nie przeszkadzało mi w lekturze, więc nie trzeba zapoznając się z treścią przestrzegać kolejności.

Przygody Erasta Fandorina tom 10

„Pan Nameless twierdził, że tak: wszelkie wartości stają się jeszcze cenniejsze, przede wszystkim dlatego, że człowiek wyżej ceni siebie samego, a także swój czas i wysiłek, Masa natomiast oponował. Był zdania, że jest na odwrót — ponieważ od pojedynczego człowieka i jego wysiłku niewiele zależy, wartości tracą na znaczeniu. Skoro dzięki postępowi połowę ludzkiej pracy wykonują różne maszyny i urządzenia, człowiek może przeżyć całe życie, a dusza się w nim nigdy nie obudzi, zatem nie zrozumie on, co to prawdziwe wartości.

Sieńka słuchał, ale nie mógł się zdecydować, za czyją opinią się opowiedzieć. Z jednej strony rację miał Erast Pietrowicz. Choćby w takiej Moskwie — naprawdę widać postęp; wkrótce zaczną kursować elektryczne tramwaje, świecą już jasno latarnie, otwarto kinematograf, a wszystkie wartości co dzień rosną w cenie. Jajka na rynku kosztowały dawniej dwie kopiejki za dziesięć sztuk, a teraz trzy. Dorożkarze za trasę od Suchariewki do Zamoskworiecza żądali pół rubla, a dziś nie mniej niż siedemdziesiąt, osiemdziesiąt kopiejek. Albo na przykład papierosy…”

„— No cóż, panie Szopenhauer — zagadnął Erast Pietrowicz — pogadamy?

— A co ja mam z tym wspólnego? — burknął Sieńka, przeczuwając coś niedobrego. — Ja przecież nic nie wiem.

— Dedukcja każe wyciągnąć wniosek wręcz przeciwny.

— Kto, kto? — zainteresował się Sieńka. — Ja pańskiej Dedukcji na oczy nie widziałem. Kłamie jak najęta, suka!

Erast Pietrowicz uniósł kącik ust.

— Ta dama, Skorikow… może jednak tak się będę do pana zwracał… nigdy nie kłamie. 

— No cóż, panie Szopenhauer — zagadnął Erast Pietrowicz — pogadamy?

— A co ja mam z tym wspólnego? — burknął Sieńka, przeczuwając coś niedobrego. — Ja przecież nic nie wiem.

— Dedukcja każe wyciągnąć wniosek wręcz przeciwny.

— Kto, kto? — zainteresował się Sieńka. — Ja pańskiej Dedukcji na oczy nie widziałem. Kłamie jak najęta, suka!

Erast Pietrowicz uniósł kącik ust.

— Ta dama, Skorikow… może jednak tak się będę do pana zwracał… nigdy nie kłamie.”