Królowa Blanka, Regine Pernoud

Królowa Blanka, Regine Pernoud, przekład E. Bąkowska, PIW, Warszawa 1989

 Królowa Blanka, Regine Pernoud

Blanka Kastylijska to wnuczka wspaniałej królowej Alienor, której biografię, tej samej autorki już czytałam ( recenzja tu). Trzeba powiedzieć, że wnuczka była godną następczynią w historii, w końcu w średniowieczu królową zostawało się nie od parady. Z tym stanowiskiem wiązały się bardzo konkretne obowiązki nie polegające wtedy jedynie na płodzeniu kolejnych potomków rodu królewskiego. Władczyni musiała wspierać sprawiedliwego króla i dbać o pokój w państwie.

Alienor z Akwitanii udaje się do swej córki by w królestwie Kastylii wybrać przyszłemu królowi Francji godną żonę, obowiązek ten spełnia z całym swym trafnym zmysłem. Mimo oczekiwań kastylijskiego dworu stara królowa zabiera ze sobą najmłodszą córkę Alfonsa VIII, Blankę. Dlaczego wybrała dwunastoletnią dziewczynkę zamiast jej starszej siostry? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Dość, że dokonała trafnego wyboru. Zaślubiny bardzo młodej pary (oboje mają po 12 lat) odbywają się na ziemi angielskiej bo jak wyznają Francuzi ze wstydem, ziemia Francji objęta jest interdyktem ze względu na niechrześcijańskie postępowanie przyszłego teścia (Filip II August), który trochę namieszał w swoim małżeństwie wymieniając sobie żonki według własnego widzimisię. Tymczasem młode małżeństwo pokochało się szczerze i pod okiem króla Filipa miało szansę dorosnąć i zdobyć doświadczenie na przyszłość, mąż Blanki po objęciu tronu zdobędzie sobie zaszczytny przydomek Lwa. Gdy mąż Ludwik umiera jego najstarszy syn ma 12 lat, wolą zmarłego było pozostawienie realnej władzy w rękach żony, której ufał i wiedział, że sobie poradzi. Tak też się staje, Blanka nie jest więc tylko regentką, ale i królową. Wychowuje syna, doradza mu i razem z nim podpisuje dekrety. Rządy ze strony kobiety nie wzbudzały sprzeciwu, gdyż nie były wbrew prawu lennemu. Mimo dość trudnego okresu dla Francji, ze względu na nieustającą rywalizację z Plantagenetami i wiecznymi walkami z wasalami, dominującą pozycją kościoła, matka i syn radzili sobie całkiem nieźle. W tej epoce nie uznawano półśrodków a mimo wszystko Ludwik IX zdobył opinię władcy sprawiedliwego, a później świętego. Oczywiście wśród tych pochwał znajdują się i słowa krytyki dla obojga, którzy byli ludźmi gwałtownymi i zapalczywymi w swym gniewie. Pani historyk ukazuje nam obie strony medalu, czyni to na tyle, na ile pozwala jej zebrany materiał.

Jak zwykle u Regine Pernoud z książki dowiemy się czegoś o kulturze, społecznych przemianach, rozwoju w najważniejszych dziedzinach nauki. Autorka jakby mimochodem podrzuca czytelnikowi mnóstwo informacji na temat samego średniowiecza – obyczajów, stosunków społecznych, pozycji kobiety. Do tego trzeba dodać, że praca mediewistki była pierwszą z gruntu naukowo-historyczną dotyczącą życia królowej Blanki. Pisarka miała więc do dyspozycji jedynie skąpe teksty źródłowe z przeważającą ilością zapisów literackich, które nie należą do materiałów wiarygodnych, tym bardziej chylę więc czoło przed pracowitością i dociekliwością. Przy tym wszystkim książkę czyta się szybko i przyjemnie, bez tzw. dłużyzn. Wiem na pewno, że będę czytać wszystkie publikacje jej autorstwa jakie wpadną mi w ręce.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

 

„Alienor z Akwitanii” Regine Pernoud

 

 

„Kobieta w czasach katedr” Regine Pernoud

 

seria: Biografie Sławnych Ludzi

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski, Wydawnictwo Literackie

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Tym razem Józef Ignacy Kraszewski przeniósł mnie do XIX-wiecznego Gdańska i trosk mieszkańców kamienicy w Długim Rynku. Rodzina, która odziedziczyła budynek ma kłopoty finansowe i legendarny skarb, mogący się gdzieś kryć w budynku, bardzo by im się przydał. Jakub wraz z córką Klarą wiodą żywot spokojny, skromny, ludzi mało wymagających. Ich życie ubarwia pułkownik Wiktor, brat ojca Klary, który ciągle ma nadzieję odnaleźć owe złoto w piwnicach. Oczywiście żeby popędzić akcję młoda panienka zakochuje się, ale jej wybrankiem jest syn bankiera, który co prawda odwzajemnia uczucie, ale przez niechęć ojca do tego mariażu nie może się jej oświadczyć. Młodzi naturalnie przysięgają sobie dozgonną miłość, syn kupca uczy się i pracuje w Niemczech by w przyszłości móc utrzymać rodzinę, a panienka posłusznie na niego czeka. Lecz ambitny tato nie może pozwolić by jedynak poślubił pannę bez porządnego posagu i mierzy o wiele wyżej, knując przy tym i obmawiając rodzinę wybranki syna. Wymyśla diabelski plan, co by tylko młódkę wybić chłopakowi z głowy.

W książce Kraszewskiego podobały mi się postaci kobiece, posiadające dość niezależną naturę jak na XIX wiek, chęci i siły do zmierzenia się ze światem zewnętrznym. Klara jest dziewczęciem wychowanym z troską o jej edukację, ale nie zaniedbującym obowiązków w domowym gospodarstwie – ideał niemieckiego wychowania propagowany przez pisarza, gdzie niewiasta po przeczytaniu paru wierszy Goethego rusza szorować garnki do kuchni. Jednym słowem bohaterki nie brzydzą się pracy, a są przy tym wykształcone i dzielne. Choć doprawdy te wszystkie niezliczone przymioty charakteru, urody i wychowania czynią z postaci Klary nieznośny ideał anioła, który może mdlić. Na uwagę zasługuje jeszcze jej przyjaciółka, która własnymi siłami prowadzi pensję, przy czym dama tama męża, który w owej szkole naucza. Jednym słowem zorganizowana businesswoman i nieporadny mąż – naprawdę nieźle jak na ówczesne poglądy i raczkujący feminizm. Oprócz tych damskich wątków psychologiczno-obyczajowych moją uwagę zwrócił jeszcze portret XIX-wiecznego Gdańska i jego mieszkańców, przy czym średniowieczne budynki wypadają tu na korzyść. Autor poświęca sporo miejsca „fizjognomi” nadmorskiej metropolii, pouczając czytelnika, że trzeba umieć patrzeć, gdyż zabytkowe ściany mogą kryć w sobie nie jedną tajemnicę. Natomiast obywatele Gdańska wypadają jako kupka plociuchów, którymi łatwo manipulować. Pisarz przedstawia nam zwodniczość natury ludzkiej, jej kruche opinie i niesolidne moralne podstawy, głowy i dusze, które zawsze zwracają się ku tym, co mają pełne kiesy. Powieść nie pozbawiona jest dyskretnej ironii i złośliwości wobec tych chciwych duszyczek zamieszkujących padół ziemski.

Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski, LSW 1959

 Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

„Cześnikówny” to historia dwóch sióstr, które w młodości zakochały się w jednym mężczyźnie, a on, złodziej, obu strącił wianki niewinności i jeszcze jednej do tego dziecię zmajstrował. Kraszewski rozpoczyna akcję powieści gdy obie pohańbione panny posunęły się już nieco w latach i wiodą żywot dalszy, aczkolwiek nieszczęśliwy. Pierwsza z sióstr, Róża, miłosne wzloty opłaciła chorobą umysłową i błąka się teraz po lasach, strasząc swym wyglądem od czasu do czasu byłego kochanka. Kobieta ma wyraźną słabość do pomieszkiwania w dziupli i popijania w wolnych chwilach wódki. Czasem stanowi uciechę dla zebranej gawiedzi przed karczmą, gdy pląsać próbuje niczym młode dziewczę i częstuje wodą ognistą. Druga z sióstr, Natalia, wpierw próbowała zrobić karierę jako aktorka, później wyszła za mąż za niezwykle zazdrosnego i brutalnego generała. W związku z tym nieszczęśliwa i niespełniona wiedzie życie cichej żony i rozpamiętuje grzeszną przeszłość. Jednym słowem obie panie mimo całkowitej odmienności dalszych losów są godne politowania. I jak  przytomnie stwierdza Róża – „tobie płacz i koronki, mi  łachmany  oraz śmiech”.

Mamy więc dwie kobiety w dość opłakanym stanie, jednak po początkowym załamywaniu rąk i kilku obowiązkowych omdleniach, dziewczyny zakasują rękawy i biorą się do zemsty. Róża próbuje nieskutecznie uśmiercić   Tomasza Skurskiego, później jej niedokończone „dzieło” przejmuje siostra i próbuje zemsty w bardziej wyrafinowany sposób, wyręczając się przy tym chorobliwie zazdrosnym mężem. Powieść pełna jest niesamowicie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i łez wylanych przez dwie siostry, w moim odczuciu fabułę ratuje właśnie to, że dziewoje wzięły się wreszcie do dzieła, to jest do zniszczenia hultajowi życia, można powiedzieć taka oznaka feminizmu i swoistej niezależności ze strony płci pięknej w XIX wieku. Nie takie one znowu bezbronne, i między jednym a drugim omdleniem są w stanie coś wymyślić. Sam diaboliczny kochanek nie okazuje się aż takim gagatkiem, ot miał za dużo możliwości do wykorzystania w młodości i korzystał z nich dość pochopnie.

Ta mało   znana  powieść Kraszewskiego po raz pierwszy drukowana była w 1876 r.  w „Biesiadzie Literackiej”. Dziś jest dalej mało znana i kurzy się na półce w bibliotece.

Klątwa faraonów, Elizabeth Peters

The Curse of the Pharaohs, Elizabeth Peters, Blackstone Audio, Inc, czytane przez Susan O’Malley

 The Curse of the Pharaohs, Elizabeth Peters

„I had invited Lady Harold Carrington and certain of her friends to tea… Do not, gentle reader, be misled by this introductory statement. It is accurate (as my statements always are); but if you expect the tale that follows to be one of pastoral domesticity, enlivened only by gossip about the country gentry, you will be sadly mistaken. Bucolic peace is not my ambience, and the giving of tea parties is by no means my favorite
amusement. In fact, I would prefer to be pursued across the desert by a band of savage Dervishes brandishing spears and howling for my blood. I would rather be chased up a tree by a mad dog, or face a mummy risen from the grave. I would rather be threatened by knives, pistols, poisonous snakes, and the curse of a long-dead king.

Lest I be accused of exaggeration, let me point out that I have had all those experiences, save one. However, Emerson once remarked that if I should encounter a band of Dervishes, five minutes of my nagging would unquestionably inspire even the mildest of them to massacre me.”

Tak, moja Amelia, albo polubicie ją od razu, albo znienawidzicie. Jej wszystkowiedząca natura, niezliczone zdolności, zarozumialstwo i wymądrzanie się, nie stanowią bynajmniej cech poszukiwanych u głównej bohaterki. Dla mnie to jedna z najoryginalniejszych wiktoriańskich postaci stworzonych ku uciesze czytelników. Seria z nią w roli głównej stała się dla mnie tzw. comfort reading – taki czytadłem-pewniakiem na złe dni, choć w tym wypadku (audiobook) chyba powinnam powiedzieć „słuchadłem”.

Drugi tom o wiele bardziej przypomina już taki standardowy brytyjski kryminał w starym stylu niż pierwszy. Nasza amatorka-lekarz-archeolog i detektyw w jednym udaje się po pięciu latach bycia „przykładną” panią domu i matką, do Egiptu wraz z mężem, który zachowywał się równie grzecznie i przykładnie. Obojgu już znudziły się domowe pielesze, więc gdy w ich progi zawitała lady Baskerville z propozycją przejęcia wykopalisk w Dolinie Królów decyzja zapadła dość szybko, oczywiście nie trzeba dodawać kto ją podjął. Ponieważ mąż owej damy zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, oprócz radości grzebania się w piachu, nasza para będzie miała jeszcze możliwość rozwiązania małej zagadki detektywistycznej, przy czym każde z nich próbuje udowodnić sobie na wzajem, że zrobi to szybciej.

Drugi tom przyniósł mi tyle samo radochy co pierwszy, przesycony cynizmem humor połączony z bezwzględnością głównej bohaterki dla głupoty ludzkiej. Amelia postawiona przed wyraźnymi dowodami czyjejś ciemnoty ma śmiałość wziąć sprawy w swoje ręce. Prześmiewcze motywy, postacie z charakterem, wydarzenia osadzone w dziewiętnastowiecznym Egipcie gwarantują dobrą rozrywkę. Co do samej zagadki morderstwa to jest ona dość prosta i czytelnik zbyt szybko może domyśleć się kto stoi za morderstwem. Mam też nadzieję, że w kolejnym tomie autorka przestanie powtarzać pewne motywy (chodzące mumie, tajemnicze postacie w bieli, niewinne dziewice potrzebujące pomocy). Po prostu trzeba przymknąć oko i dobrze się bawić dając się porwać skrzącemu humorem stylowi powieści.

„Emerson is a remarkable person, considering that he is a man. Which is not saying a great deal.”

seria: Amelia Peabody tom 2

Imiona wielokulturowości, Marian Golka

Imiona wielokulturowości, Mrian Golka, MUZA, Warszawa 2010

Imiona wielokulturowości, Marian Golka 

Marian Golka to znany i zasłużony socjolog, do tego profesor nauk humanistycznych, kierownik Zakładu Socjologii Kultury i Cywilizacji Współczesnej w Instytucie Socjologii UAM. Autor wielu książek z dziedziny – „Socjologia sztuki”, „Socjologiczny obraz sztuki”, „Bariery w komunikowaniu i społeczeństwo (dez)informacyjne”. Jednak nie czujcie się przygnieceni rangą zasług profesora i śmiało sięgajcie po jego „Imiona wielokulturowości”. Publikacja początkowo może  odstraszać, ale zapewniam, że warto się wysilić, choć nie mówię, że będzie lekko. Dlaczego warto? Przecież wszyscy żyjemy w świecie niezwykłych wręcz współzależności. Kultura przenika na wskroś wszystkie dziedziny naszego życia, przy czym często nie zdajemy sobie sprawy z istniejących powiązań.

Wielokulturowość nie jest pojęciem nowym, a przez to dość szerokim i rozmytym, można mieć z nią taki sam problem jak z globalizacją. Możemy więc zadać sobie pytanie czy autor nie porywa się z motyką na księżyc. Przede wszystkim Marian Golka stara się cały ten ogrom informacji uporządkować i nadać mu sens. Bierze na warsztat pojęcia metodologiczne, złożoność życia społeczno-kulturowego, posiłkując się problematyką różnicy i całości, próbując scharakteryzować różnokulturowość naszego świata. Na to wszystko składa się spora liczba pojęć, istnieją wymiary różnokulturowości na różnych płaszczyznach – rasowej, językowej, religijnej, pokoleniowej, subkulturalnej, zawodowej, ekonomicznej, płciowej. Tak więc bogactwo i złożoność ludzkiego życia w wymiarze kulturowym jest praktycznie nieskończone. Do tego wszystkiego trzeba wziąć pod uwagę rozpiętość pojmowania owych różnic przez kolejne grupy, niezwykłą rozpiętość relacji międzykulturowych z ich niuansami. Wobec tak szerokiego badanego pola trudno dopatrzyć się tu jakiś ścisłych reguł, nie mówiąc o generalizowaniu. Jak pisze sam autor we wstępie książka jest próbą określenia oblicza różnych przejawów zjawiska wielokulturowości. Doskonale zdaje sobie sprawę, że te wszystkie różnorodne problemy kulturowe nie łatwo jest opisać, dlatego „każde ujęcie jest tylko próbą, i to tymczasową, bowiem we współczesnym świecie zjawiska kulturowe przeobrażają się z zawrotną szybkością”.

Oczywiście książka profesora to wielki skrót, ale myślę że absolutnie niezastąpiony przy porządkowaniu szerszej wiedzy. Będzie też stanowiła dla kogoś świetne wprowadzenie w arkana kulturoznawstwa. Na samym końcu mamy jeszcze małą kronikę wielokulturowych przypadków od lat 1996 do 2010, od rewolty plemienia Tutsi na wschodzie Zairu do ogłoszenia przez szwedzkich polityków zamiaru wybudowania muzeum sztuki klasycznej w celu integracji ze społeczeństwem zamieszkujących w dzielnicy emigrantów. Chodź to tylko paręnaście stron skrótowych informacji to po lekturze książki ten swoisty aneks daje do myślenia.

Absolutnie imponująca bibliografia, która pozwoli dociekliwym drążyć dalej i wskaże nowe, godne uwagi lektury. W przypisach znajdziemy nie tylko naszego nieśmiertelnego Malinowskiego czy choćby Platona, ale Kapuścińskiego czy taką Kingę Choszcz („Moja Afryka”).

seria: SPECTRUM

Atlantyk – Pacyfik, Melchior Wańkowicz

Atlantyk – Pacyfik. W ślady Kolumba, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

Atlantyk - Pacyfik,Melchior Wańkowicz 

Ponieważ w oddali majaczą powoli wakacje, a moje zainteresowanie Melchiorem Wańkowiczem nie słabnie, oczywistym wyborem stał się „Atlantyk – Pacyfik”, pierwszy tom tryptyku „W ślady Kolumba”. Co prawda do Ameryki się nie wybieram, ale zbiór felietonów autora ma coś z wakacyjnego posmaku beztroski i radosnego zwiedzania obcych lądów połączonego z wytrwałym poznawaniem różnic kulturowych.

„Trzy książki, które wydaję, powstały z ciągłej włóczęgi. Zamiast osła miałem rozklekotane auto, a zamiast jałmużny – honoraria za odczyty w ogromnym zasięgu lądów Ameryki i Kanady.

Wreszcie te przypadkowe wagabundy uwieńczone zostały celową wyprawą tam i z powrotem: Atlantyk – Pacyfik – Atlantyk (…)

Przyglądając się grubemu rękopisowi po jego ukończeniu, rozumiem, że przez Amerykę prowadziło mnie nieustanne zdumienie człowieka kultury organicznej, może nawet aż rustycznej, który ogląda życie technokratyczne wytwarzające kulturę nieorganiczną. Stąd w książce nieustanny zachwyt, olśnienie i skurcz, i rezerwa.”

 Dziennikarz naprawdę dobrze się bawił poznając lepiej nowy kontynent i to da się wyczuć. Do tej tak różnej od nas kultury podchodzi z delikatnym, ironicznym dystansem. Obserwacje autora dotyczą najróżniejszych dziedzin życia – udogodnień dla automobilistów, mocy kart kredytowych, fascynacji Amerykanów samochodami, pogrzebowego biznesu (szokujące i śmieszne jednocześnie). Nie wikła się w ówczesną politykę ale wspomina o ważnych bolączkach kraju, między innymi próbuje przybliżyć czytelnikowi rozmiar i skalę problemu jaki stanowił rasizm.

„Na ankietę w czasie wojny – „Jak ukarać Hitlera?” – murzyńska uczennica odpowiedziała: „pomalować o na czarno i kazać żyć w południowych stanach”.

W zależności od stanu, do którego przybywają wraz z żoną, podaje ciekawostki historyczne, typowe problemy, np. plagę mrówek czy hiacyntów. Dużo miejsca poświęca owej „technokratycznej kulturze amerykańskiej”. Oczywiście sam autor zdaje sobie sprawę, że jego zdobyta wiedza jest dość pobieżna, zwiedza kolejne stany jakby dysponował co najmniej rakietą, ale przecież, już na początku swej książki zastrzegł sobie, że jest to spis wrażeń, swoistych felietonów.

W ostatniej części książki pisarz opisuje swój czteromiesięczny pobyt w Fundacji Hartforda gdzie oddawał się błogiej pracy pisarskiej i zawiązał znajomość z innymi artystami tam przebywającymi. Swoją drogą cóż to za miła instytucja, która funduje pobyt grupce doświadczonych twórców z dyskretnie podawanymi lunchami, kulturalnymi wycieczkami i zapewnia w pełni wyposażony domek w uroczo położonym kanionie. Przy tym wszystkim nie jest instytucją charytatywną tylko wspierającą pracę artystów.

Charakterystyczny styl pisarza, ciekawe anegdotki, żarciki, małe zdumienia. Do tego „polskie dziedzictwo”, które wypływa z tekstu i którego dziennikarz bynajmniej się nie wypiera. Te obecne „polonica” – są wymieniane konkretnie i obecne w nastroju ,bo pisząc o Ameryce Wańkowicz myślał po polsku i o Polakach, no ale taki narodowy bagaż zabiera ze sobą każdy z nas w obce krainy, nawet te oswojone.

Angielski pacjent, Michael Ondaatje

Angielski pacjent (The English Patient), Michael Ondaatje, tłumaczenie Wacław Sadkowski, C&T 2001

 Angielski pacjent, ichael Ondaatje

Dawno nie czytałam książki przez którą dosłownie bym brnęła niczym w gęstym mule rzecznym. Myślę, że popełniłam błąd taktyczny zabierając się w ogóle za polską wersję, ale oryginału nie miałam pod ręką. Już się na pewno domyślacie, że powieść nie zdobyła mojego uznania i szczerze mówiąc miałam ochotę ją odłożyć w diabły. 

 Jak napisano na okładce „to utkana z niedomówień opowieść” i na prawdę trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli chodzi o niedopowiedzenia, bezustanne retrospekcje, mieszające się wspomnienia bohaterów ta książka bije na głowę wszystkie jakie dotychczas przeczytałam. Wymaga od czytelnika sporo cierpliwości i uwagi, by w ogóle można się było zorientować „co tu jest grane”. Bohaterami są tytułowy pacjent, Hannah – pielęgniarka, Caravaggio – szpieg i złodziej oraz hinduski saper. Ci tak różni od siebie ludzie żyją sobie przez czas jakiś w ruinach opuszczonego, włoskiego klasztoru, który w trakcie wojny był szpitalem. Wszyscy oni przepędzają tam dni na niczym konkretnym, no może poza Hindusem, który pracowicie rozbraja niewypały. Właściwie to wymienioną przeze mnie kobietę pociągają wszyscy trzej mężczyźni, każdy w swój sposób, ale kocha jednego. Owy angielski pacjent jest ciężko poparzonym człowiekiem, który stracił nie tylko naskórek ale twierdzi, że i pamięć, z katastrofy której ocalał ma przy sobie historie Herodota, tylko one łączą go z poprzednim życiem. Caravaggio też jest człowiekiem okaleczonym, zarówno fizycznie jak i duchowo, uzależnionym od morfiny, którą lekką ręką rozdysponowuje Hannah. To dla niej przybył tutaj. Z poparzonym zaprzyjaźnia się jeszcze Kip-saper, ten dla odmiany nie podkrada morfiny tylko mleko skondensowane.

Oczywiście w końcu poznajemy prawdziwą tożsamość pacjenta Hanny i jego tragedię. Mamy więc w powieści dwie historie miłosne, jedną tkwiącą w przeszłości rannego i drugą rozgrywającą sie na naszych oczach. Wszystko opowiedziane bez zbędnego melodramatyzmu ale ze sporą dozą liryzmu.

 Z jednej strony styl autora jest niezwykle liryczny, wyrafinowany, świadczy o znakomitym władaniu językiem, z drugiej strony zdarzały się momenty wręcz toporne, za pewne z winy tłumaczenia. Jednak te subtelności to nie moja bajka, choć pisarz przedstawia temat wojny w dość oryginalny sposób. Autor skupia się na przedstawieniu wojny w odczuciach i doświadczeniach swych bohaterów. Bo przez te ostatnie lata to ona bardzo ich zmieniła i teraz na nowo muszą budować nowe życie i tożsamość. Choć jak widać żadnemu z nich się nie spieszy. Tu nie ma chwały, tylko destrukcja, którą za sobą prowadzi, niszczy związki międzyludzkie i całkowicie unicestwia nie tylko duchowo ale i cieleśnie. Właściwie to najbardziej podobał mi się koniec tej książki i to nie tylko dlatego, że wreszcie ją zakończyłam, ale dlatego, że Odaatje świetnie posłużył się wątkiem bomb atomowych. Saper, który ryzykuje własne życie dla innych, by uratować ich przed śmiertelna eksplozją, który w dodatku nie jest „białym”, inaczej odczuwa dwuznaczne moralnie posunięcie Amerykanów, niż reszta bohaterów książki. Ta tragedia milionów Japończyków sprawia, że jego życie brutalnie przyjmuje inny obrót.

Booker Prize 1992

Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg, przełożyła Maria Sałapska, Czytelnik 1983

 Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Mary Berg (Miriam Wattenberg) zaczęła pisać swój dziennik w 1939 r., jest to więc dokument historyczny, oddający „na gorąco” ówczesne wojenne realia. Rozpoczyna na oblężeniu Warszawy, ma wtedy 15 lat a już czuje się samotna i stara. Myślę, że prowadzenie codziennych zapisków było dla młodej, zgnębionej dziewczyny swoistym sposobem na oswojenie zupełnie nowej, brutalnej rzeczywistości i jak zwykle w przypadku ofiar Shoah, potrzebą dawania świadectwa. Książka po raz pierwszy ukazała się po angielsku w Ameryce, w 1945 r. i była jednym z pierwszych świadectw Zagłady dokonywanej w Polsce na Żydach.

Mary Berg była córką cenionego antykwariusza z Łodzi, znawcy malarstwa polskiego. Po konfiskacie majątku w rodzinnym mieście rodzina przenosi się do Warszawy, jednak i tu warunki pogarszają się z każdym dniem, rosną ograniczenia nakładane na naród żydowski. Po zamieszkaniu w getcie dziewczyna nie oddawała się rozpaczy, tylko starała się aktywnie spędzać swój czas. Była członkinią Łódzkiego Zespołu Artystycznego – ŁZA, chodziła na kursy rysunku i architektury, pracowała w różnych organizacjach samopomocy. Jej szerokie grono znajomych i zmysł obserwacji sprawiają, że była doskonale zorientowana nie tylko w warunkach panujących w getcie, ale w stosunkach społeczno-politycznych. Pisząc autorka podaje naprawdę wiele konkretnych i ciekawych informacji. Począwszy od życia artystyczno-kawiarnianego, poprzez działania żydowskiej policji, kursy zawodowe dla młodzieży do cieszących się niezwykłą popularnością programów komicznych i skeczów. Parę zdań o eksporcie towarów z getta (papierosy, likiery, biżuteria), chemikach produkujących lekarstwa czy problemach związanych z pogrzebami, bo nawet „przenosiny na tamten świat nie są łatwe”. To całkiem sporo jak na możliwości piętnastoletniej dziewczyny. 

Ze względu na amerykańskie obywatelstwo matki Mary rodzina miała szczęście i została internowana na Pawiaku w 1942 r., czyli dosłownie na kilka dni przed masowymi wywozami do Treblinki i zmniejszeniem przez Niemców obszaru getta. Następnie wywieziono ich do obozu dla uchodźców we Francji, gdzie zostali wymienieni na jeńców wojennych. Na Pawiaku autorka kontynnuje swoje zapiski opierając się na relacjach świadków przenoszonych do więzienia i obserwacjach z okien, z których było widać masowe egzekucje i deportacje.

Dziennik pisany jest językiem prostym, jasnym i czytelnym. Autorka raczej mało miejsca poświęca na dywagowanie na temat własnej duszy, skupiając się na wydarzeniach dnia codziennego, uchwyceniu chwili, oddaniu tragedii innych. Oczywiście nie obce są pisarce wyrzuty sumienia, smutek, wątpliwości moralne – lecz to wszystko zawiera się w samym tonie, doborze słów. Większość informacji podanych jest w sposób klarowny, treściwy i krótki. Bez zbędnych sentymentów. Mary Berg często pozwala sobie na ton ironii, kpiny, jest w końcu młodą dziewczyną, która chce po prostu przeżyć.  Myślę, że tę pozycję docenią miłośnicy faktów zbieranych na bieżąco. Ja z tej publikacji dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, podanych jest wiele informacji pominiętych przez innych autorów dzienników i wspomnień.

1Q84 tom 2, Haruki Murakami

1Q84, Haruki Murakami, przełożyła Anna Zielińska-Elliot, MUZA, Warszawa 2011

 1Q84 tom2, Haruki Murakami

Po w miarę pozytywnych wrażeniach wyniesionych z pierwszego tomu „1Q84”, na to samo miałam nadzieję w drugim. Tymczasem następna część całkowicie mnie zniechęciła do twórczości Harukiego Murakamiego, przynajmniej na razie. 

 W drugim tomie swej powieści autor rozwija swoją teorię równoległych światów, do tego coraz mniej tajemnic się przed nami kryje. Tengo poznaje konsekwencje współtworzenia z Fukaeri „Powietrznej poczwarki”, i nie są to bynajmniej problemy jakich się spodziewał. Dość powiedzieć, że ludzie z jego otoczenia znikają, umierają, tracą siły witalne. Kolejna bohaterka – Aomame powoli przygotowywuje się do wypełnienia swej najtrudniejszej skrytobójczej misji w życiu. Wiele osób zostaje „utraconych” dla naszych głównych bohaterów i poczucie osaczenia stale rośnie. Co jak co, ale pisarzowi udało się odtworzyć stale rosnące poczucie zagrożenia, czytelnik wie, że w pobliżu czai się coś niepokojącego, niezidentyfikowanego, ale nie porównałabym tej powieści to thrillera. Widzimy jaka niezwykła więź łączy Aomame i Tengo, którzy dopiero teraz zaczęli zdawać sobie z tego sprawę. Zupełnie jakby ocknęli się z dłuższego snu i ujrzeli siebie samych na nowo, a właściwie to wspomnienia o sobie nawzajem, ponieważ nie widzieli się od ponad dwudziestu lat. Po spotkaniu naszej dzielnej morderczyni i Lidera książka traci dla mnie rozmach i początkowy impakt. Murakami zaczyna wdawać się w bardzo długie i zawiłe wyjaśnienia dotyczące Little People, receiverów, perceiverów, mother, daughter itd. To jest ten moment kiedy napięcie opada i powieść robi się po prostu nudna, przepełniona teoriami – groch z kapustą w moim odczuciu.

Myślę, że książkę spokojnie można skrócić o połowę, jak nie więcej. Mamy szczegółowo opisane co kto zjadł, jak bardzo się spocił, w co się przebrał – strata czasu. Do tego autor wciąż powtarza już wcześniej podane informacje o bohaterach, elementy ich życiorysów. To wszystko sprawia, że nie mogę drugiego tomu zaliczyć do udanych spotkań z literaturą, cóż, teraz wszystko zależy od trzeciego.

Pokuta, Ian McEwan

Pokuta (Atonement), Ian McEwan, tłumaczył Jan Szulc, Albatros

 Pokuta,Ian McEwan

Tyle już o tej „Pokucie” słyszałam przeróżnych opinii, a produkował je każdy kto przeczytał książkę czy obejrzał film, i teraz gdy cały ten hałas już ustał, zrobiłam moje własne, skromne podejście do powieści. Zaskoczyło mnie to, że czytało mi się ją bardzo dobrze, jak już odcięłam się od całego kramu opinii innych. Powieść wywarła na mnie pozytywne wrażenie, zwłaszcza jeżeli pomyślę sobie że „Amsterdam” nie zrobił na mnie takiego wrażenia, nie doceniłam drzemiących w niej możliwości.

Przenosimy się na angielską wieś przed wojną, gdzie kucharki przygotowują nam obiad, służące sprzątają, biblioteka jest solidnie zaopatrzona w stare woluminy i zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi nam dobrego drinka. Starsze dzieci przyjechały do domu na wakacje, młodsze harcują na basenie. Ogrodnik w pocie czoła dba o rabaty kwiatowe. Nostalgiczne życie na wsi pełną, arystokratyczną gębą. W tych warunkach wzrasta przyszła powieściopisarka – Briony, która już teraz żyje w świecie własnych urojeń i marzeń. Mimo swych 13 lat łaknie wszelkiej wiedzy, powoli zdając sobie sprawę, że same słowniki jej tego nie zapewnią. Chce być więc jak najbliżej prawdziwego życia dorosłych, obserwuje, wtrąca się we wszystko i szpieguje. Mała pedantka chce sama kierować rzeczywistością.

W tej części książki poznajemy myśli i wydarzenia z perspektywy większości bohaterów, mamy szansę wniknąć w ich umysły, poznać pobieżnie ich charaktery. W trakcie jednej doby zmieni się życie całej rodziny Tallisów i Robbiego Turnera. Widzimy jak życie pulsuje w każdym z bohaterów, którzy mają swoje ambicje i nadzieje na przyszłość. Niesłuszne oskarżenie małej Briony niszczy przyszłość jednego z nich, niewinny człowiek trafia do więzienia a sprawa jest już dalej rozdmuchiwana nie tylko przez dziecko.

 Dla drugiej i trzeciej części tłem jest już druga wojna światowa z szeregowym Robbim Turnerem przemierzającym ziemię francuską. Młodzieniec pragnie tylko przeżyć, by powrócić do ukochanej Cecylii, która obiecała na niego czekać. Czyli romantyczna miłość dwojga młodych kontra okropieństwa wojenne. Patos i heroizm na bok, Robbie jest zwykłym człowiekiem uwikłanym w wojenne, bezlitosne tryby, który za wszelką cenę próbuje przetrwać to piekło.

W ostatnich dwóch częściach poznajemy lepiej samą Briony, która gryziona wyrzutami sumienia próbuje odkupić swe winy. Zostaje pielęgniarką jak jej starsza siostra i próbuje odnaleźć się w ograniczonym świecie szpitalnych łóżek i wszechwładnej siostry przełożonej. Ostatecznie akcja kończy się w 1999 r. kiedy siedemdziesięcioletnia już Briony jest u kresu swego życia i zakończyła swe może największe dzieło – powieść, która ma być formą odkupienia, przedstawiająca losy nieszczęśliwych kochanków. Jednak nie wiemy czy uda jej się ostatecznie opublikować książkę, nie wiemy też czy kiedykolwiek zostaną odkupione jej winy. I tak sobie biedna duszyczka pokutuje.

Podsumowywując mamy tu dojrzewanie i niedojrzałość, miłość ponad społeczne podziały, rozstanie kochanków, wojnę i rozłąkę zakochanych, zwichniętą młodość, zawiedzione ambicje i ową pokutę. Wszystko połączone z delikatną penetracją ludzkiej psychiki. Całkiem nieźle.