Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj, tłumaczenie Wacław Rogowicz, ZIELONA SOWA 2010

Jakoś uczepiłam się tego Tołstoja, ale to dlatego, że naprawdę mnie wciągnął, jest coś takiego w jego literaturze, co pozwala zagłębić się spokojnie w jego powieść, jak w stary, wysłużony, ale niezmiernie wygodny fotel. „Zmartwychwstanie” mimo dość nagminnego tonu moralizatorskiego w podtekstach, też mnie właściwie nie zawiodło. Książka wydana po raz pierwszy w 1899 r., czyli jeszcze w XIX wieku była pierwszą powieścią po 25 latach „milczenia” (w ym okresie wydawał jedynie krótsze formy prozatorskie) i oczywiście z niecierpliwością oczekiwaną. Ba, sam pisarz stwierdził, że lepszą niż „Wojna i pokój” czy „Anna Karenina”, no mogłabym się tu z nim pokłócić.
Dymitr Iwanowicz Niechludow, bogacz i właściciel ziemski o sporych dochodach używa życia jak społeczeństwo przykazało. Wydaje duże sumy pieniędzy na bezsensowne zakupy, grywa, z obowiązku posiada kochankę, ale i zaleca się do pewnej pięknej panny – jednym słowem nie odstaje od światowego towarzystwa. Jednak pewnego dnia obowiązek obywatelski każe mu zasiąść w sądzie by czynić powinność przysięgłego, a tam w oskarżonej o otrucie prostytutce, rozpoznaje byłą kochankę. Cóż za niezwykły przypadek! To zrządzenie losu, jak się okazuje ma zbawienne skutki na duszę naszego grzesznika, bo ten jak rażony piorunem zdaje sobie nagle sprawę z popełnionych przewinień. Ba, mało tego, jego dusza odradza się w tym momencie, albo lepiej powiedzieć oczyszcza z grzesznego osadu jaki naniósł się w jej progi przez ostatnie lata przebywania wśród elit. Bo to wszystko warunki winne, nie człowiek. Dymitr we wczesnej młodości był nieskalanym chłopcem, idealistą, który ziemię odziedziczoną po ojcu z litości i dobrych chęci chłopom oddał. Jako owe studiujące i nieskażone pachole poznał czarnooką, śliczną Katiuszę, wychowanicę jego ciotek i zapałał do niej miłością równie nieskazitelną i niewinną. Nawet jej nie zwiódł na drogę niecnoty, tak prawy był w owym czasie. Oczywiście taka duszyczka nie mogła zostać nie zbrukana i nasz chłopak nauczył się życia używać w wojsku, powrócił później na wieś do ciotek jako zdeprawowany chłopak po pierwszych wtajemniczeniach, tam uwiódł niewinną dziewczynę i wyjechał w dniu następnym, rzec można – po angielsku. Ta przeszłość cała, dotarła do niego na rozprawie sądowej i „zobaczył, że źle czyni”.
„Bóg, który w nim żył, zbudził się w jego świadomości.” – beatyfikacja bohatera już za progiem. Można powiedzieć, że nastąpiła zmiana w jego postępowaniu i myśleniu o 180 stopni. Nie tylko zdał sobie sprawę, że zrujnował komuś innemu życie, ale zaczął rozmyślać nad przyczynami takiej niesprawiedliwości w świecie. A gdy już rozpoczął myślenie, wnioski same zaczęły dobijać się do jego umysłu. Nagle okazało się, że ludzie biedni cierpią taką biedę, że ledwo rodzinę wyżywić mogą, jedno rosyjskie prawo nie obowiązuje tak naprawdę wszystkich, bo gdy w nędzarzach inni znajdują kozły ofiarne, prawdziwi sprawcy przestępstw nie zostają pociągnięci do odpowiedzialności. Nagle świat jawi się jako niesprawiedliwe miejsce, gdzie jedni balują i myślą tylko o sobie, a inni cierpią niezasłużenie. Gdy to wszystko dociera do Niechludowa postanawia on wyjść za mąż za urokliwie zezowatą Katję, czynić dobro i pomagać innym.
Tołstoj sprawnie ukazuje nam ludzi omotanych skomplikowanymi społecznymi zależnościami, które sprawiają, że nie żyją oni tak, jak by tego chcieli, ba, tak tkwią w konwenansach, narzuconych opiniach, schematach, że nie zauważają tego i sami nie wiedzą czego chcą. Życie jest sprawą dość skomplikowaną i ukazywanie tego najlepiej wychodzi autorowi „Zmartwychwstania”. Te wszystkie absurdy społeczeństwa, które samo sobie wikła sieć, w którą wpadają kolejne ofiary. Niesprawiedliwość prawa karnego, samolubstwo ludzi zajętych tylko własnymi potrzebami, człowiek to egoistyczne stworzenie. Stanowczo maj upłynie mi pod nazwiskiem Tołstoja.







