Uciekłam na wyspę, Ann Rivers Siddons

Uciekłam na wyspę (Up Island), Ann Rivers Siddons, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Świat Książki

 ucieklam_na_wyspe_rivers_siddons

Literatura obyczajowa to chyba nie moja para kaloszy, albo mam za duże wymagania, albo te wszystkie książki z tzw. półki kobiecej są do siebie zbyt podobne. Czasami mam ochotę na coś lekkiego i łatwego, ale niech to będzie na poziomie. Czy ktoś może mi polecić jakąś wciągającą obyczajówkę dla kobiet?

Oczywiście główna bohaterka „Uciekłam na wyspę”, Molly Rediwne, ma już lata młodości za sobą, dorosłe, odchowane dzieci i zdradzającego ją męża. On nie chce jej krzywdzić, ale tamta druga bardzo go potrzebuje więc ona powinna zrozumieć, że on się musi z nią rozwieść i wziąć pod swoje skrzydła tamtą. Naturalnie „tamta” jest dużo młodsza, szczuplejsza i ma charakter jędzy, w dodatku chce zamieszkać w domu rodzinnym swego kochanka. Co ma zrobić kobieta pozostawiona w ten sposób na lodzie? Wyjechać w jakieś ładne miejsce i tam leczyć swe rany. Jak już wyjedzie to znajdą się ludzie, którzy pomogą, uroczy domek i wolny facet.

Jak zwykle u Siddons mamy kiepski kontakt głównej bohaterki z matką i tatę z depresją. Jak już wystarczająco pognębiła swoją bohaterkę, a zajęło jej to prawie pół książki – wybitnie nudne pół swoją drogą, to ją wysyła gdzieś, żeby ta odsapnęła. W drugiej połowie jak się można domyślić Molly układa sobie życie na nowo, dokarmiając łabędzi, doglądając starszych pań i opiekując się chorym mężczyzną. Kobieta miała więc pełne ręce roboty i nie miała czasu rozpaczać nad własnym nieszczęściem. Książka całkowicie nie przypadła mi do gustu, wracam więc do półki z klasyką.

Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami

Kronika ptaka nakręcacza (Nejimakidori kuronikuru), Haruki Murakami, przełożyła Anna Zielińska-Elliot, MUZA, Warszawa 2011

 Kronikaptakanakrecacza_HarukiMurakamiimages_big299788374952804

Tak pokręconej książki to ja dawno nie czytałam, ale zacznę od początku. Główny bohater „Kroniki ptaka nakręcacza” to człowiek z tak zwanej szarej rzeczywistości, niczym się nie wyróżniający, mało ambitny mężczyzna w średnim wieku, nawet nie salaryman. Nie dołączył do wyścigu szczurów w społeczeństwie japońskim, odwrotnie, obrał zupełnie przeciwny kierunek w swym życiu. Przerwał studia, zrezygnował z pracy, nie śpieszy się mu ze znalezieniem kolejnej, dni spędza na gotowaniu dla siebie i żony oraz innych drobnych pracach domowych. Pierwszym sygnałem dla zbliżającego się końca tej sielanki jest zniknięcie ich kota, potem wszystko się już sypie w życiu naszego szaraka. Znika żona, która okazuje się też, że go zdradzała i nigdy nie odniosła seksualnej satysfakcji z ich pożycia, pojawiają się dziwne kobiety-media, o jeszcze dziwniejszych imionach, jedna w czerwonym plastikowym kapeluszu, druga z dość nieokreślonym gustem. Telefon się urywa, dzwonią tajemnicze osoby, w tym nieznana kobieta proponująca seks. W tym całym zamieszaniu facet też zaczyna dziwaczeć i złazi na dno  suchej studni, na podwórku wisielców by pomedytować sobie w ciszy, ciemności i samotności. Jednym słowem oswojona harmonia prozaicznego, bezpiecznego świata nagle została całkowicie zniszczona. Przestajemy dziwić się czemukolwiek, kolejne wydarzenia nabierają mistycznego charakteru. Toru Okada dobrowolnie odcina się od świata rzeczywistego, tego w którym właśnie my żyjemy. Jest to najbardziej pasywny bohater z jakimi miałam do czynienia przez ostatnie miesiące, a może nawet lata.

Trudno rozpatrywać „Kroniki pata nakręcacza” w standardowych kategoriach, pisarz kreuje świat od nowa, każde wydarzenie nasyca odrębnym znaczeniem. Przecież mój pobieżny opis treści tej powieści brzmi surrealistycznie, komicznie i patetycznie za razem. Czytając książkę nie można sobie ot tak płynąć po jej treści, historie w niej zawarte są mocno pokręcone i na nic nam się tu zda logika. Szczególną prozę Murakamiego każdy z czytelników odbierze też na pewno inaczej, dopatrzy się innych przekazów.  No i pisarz igra sobie trochę z czytelnikiem, dlatego czytając nie myślcie sobie, że pierwsze nasuwające się wam wnioski są takie oczywiste, prawda jest tu niebanalna i ukryta.

Powieść wypełniona jest typowymi dla tego autora motywami. Kryjąca się gdzieś za zwykłym życiem druga rzeczywistość, przechodzenie pomiędzy nimi, przetwarzanie otaczającego nas świata, utrata bliskich i ich poszukiwanie, graniczny moment wielkich życiowych zmian przerywających utartą monotonię. Wpływy tajemniczego księżyca, skomplikowanie ludzkich dusz, pozorne prawdy i głęboko skrywane, niezwykłe, nadprzyrodzone tajemnice, celebracja codzienności, odrzucenie przez bohaterów pracoholizmu na rzecz prywatnego szczęścia.

 Jest seks, gra muzyka, a czy powieść odbierzemy jako syntezę szaleństwa, nierealny horror czy odjechaną literaturę  zależy tylko od nas. Podsumowywując: „To nie jest coś, co ma górę, dół, prawo, lewo, przód i tył”.

Starcie królów, George R. R. Martin

A Clash of Kings (Starcie królów), George R. R. Martin, Spectra 2002

Trochę obawiałam się zacząć drugi tom „Pieśni Lodu i ognia” bo nie chciałam się rozczarować. Z radością donoszę, że obawy były płonne, jak stwierdziła też milvanna, Martin trzyma poziom.

Na żelazny tron wstępuje sadystyczny syn poprzedniego króla, Jeoffrey, gówniarz ma 13 i naprawdę niebezpieczne skłonności. Jego matka, królowa Cersei bez przerwy knuje przeciw swemu nieznużonemu bratu, teraz prawej ręce młodego władcy. Swoją drogą jak młody król może zachowywać się „poprawnie” jeśli jego własna rodzicielka charakteryzuje się takim brakiem morale i chorymi skłonnościami? Karzeł Tyrion jest naprawdę niezmordowany w swej pomysłowości zaprowadzenia w królestwie sprawiedliwości, ten bohater (swoją drogą chyba jedyny z poczuciem humoru) z tomu na tom zdobywa coraz więcej mojej sympatii. Jego zjadliwe, ironiczne teksty świetnie oddają ludzkie zakłamanie i stanowią świetny komentarz do fabuły.

Robb Stark, zadeklarowany Król Północy walczy nieprzerwanie z rodziną Lannisterów, dorastając przy tym i ucząc się swej nowej roli. Korona okazuje się nie być wcale taka lekka. W każdym bądź razie, to królestwo zaczyna być stanowczo za małe dla tylu władców, a jak pamiętam z podstawówki „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Tymczasem dzielni Bracia z Nocnej Straży wyruszają w tajemniczy las by zbadać czające się w pobliżu niebezpieczeństwo. Pojawia się też tajemnicza kapłanka w czerwieni głosząca monoteizm.

Ilość zwrotów akcji, wątków i poruszonych motywów jest ogromna i nie pozwala się nudzić. Bardzo podobało mi się to w jaki sposób pisarz rozprawił się w swej powieści z etosem rycerza, już w wielu książkach udowadniano, że do świętych nie należał, ale Martin naprawdę zbrutalizował i poszargał wizerunek obrońcy uciśnionych. Dla dzielnych wojaków Lannisterów słowo honor nie istnieje nawet w słowniku, co dopiero mówić o stosowaniu się do jakiegokolwiek kodeksu. Złupić, zgromić, zabić i zdobyć – to jedyne obowiązujące zasady. Liczy się efekt w postaci kolejnej zdobytej twierdzy i wypełnionego rozkazu. Do tego rozkosznego obrazka dodajmy jeszcze błędnego rycerza i obrońcę Sansy, który przez alkoholowe opary ujrzał iż źle czyni i postanowił być tajemniczym obrońcą księżniczki. W końcu każda koronowana białogłowa ma swojego dzielnego wojownika, a że ten jest już nie najmłodszy i wiecznie pijany, co to komu szkodzi, ważne, że chłop ma dobre chęci i pragnie się moralnie zrehabilitować. Jak dla mnie bomba.

 W książce pojawia się więcej magii niż w tomie pierwszym, co ma swoje plusy i minusy, pewnie w zależności od czytelniczych upodobań.

Autor pogłębia portrety psychologiczne swoich bohaterów, mamy szansę zobaczyć honorowe oblicze karła, który jak każdy człowiek potrzebuje miłości. Do tego moralnie spaczona siostra, która czerpie przyjemność ze związków kazirodczych, cóż nie można jej zarzucić żeby jej nie zależało na rodzinie. Sansa bardzo powoli, ale mądrzeje i nie działa już tak na nerwy czytelnikowi. Widzimy, że jest po prostu niewinną, głupiutką dzieweczką zaplątaną w losy wszechświata, z czasem zrozumie, że nie wszystkich da się zadowolić. Jej świetną przeciwwagę stanowią Arya i Catelyn Stark, także nie jest to powieść zdominowana przez męskich bohaterów, przeciwnie, mimo średniowiecznych społecznych ograniczeń nałożonych płci pięknej, nieźle sobie tu one poczynają.

 Świat stworzony przez Martina to mroczna wersja średniowiecza popędzanego przez jego niespożytą fantazję. Tu nie ma miejsca na sentymenty, prawość czy uczciwość, intrygi plączą się i poganiają jedna drugą. Autor ma dobry warsztat i we wprawny sposób manipuluje czytelnikiem, nie jest to bynajmniej złe, przeciwnie, pisarz próbuje nas zaskoczyć, pognębić, wzbudzić współczucie dla zamęczanych psychicznie i fizycznie bohaterów. To kawał solidnej fantasy przy której nie można się nudzić.

seria: Pieśń Lodu i Ognia tom 2

tego samego autora zrecenzowane na blogu: „Ostatni rejs Fevre Dream” 

„Gra o tron”

 

Królowa Margot, Aleksander Dumas

Królowa Margot (La Reine Margot), Aleksander Dumas, Zielona Sowa 2009

 Królowa MArgot, Aleksander Dumas

Kiedyś w liceum zaczytywałam się Dumasem i jakoś mnie tak naszło na powtórkę z „Królowej Margot”, nie ma czasem jak odprężenie przy klasycznej powieści płaszcza i szpady.

Mamy rok 1572, właśnie odbył się ślub Małgorzaty de Valois i Henryka Burbona, protestanckiego króla Nawarry. Małżeństwo ma załagodzić spory pomiędzy katolikami i  hugenotami. Do Paryża licznie przybyli goście obu wyznań. Jednak zaaranżowany ożenek Margot był podstępem, by ściągnąć do miasta niewygodnego króla i jego poddanych, i tak w noc św. Bartłomieja odbywa się straszliwa rzeź protestantów. Młoda królowa jest oburzona postępowaniem swej przewrotnej, mściwej rodziny i razem ze swym mężem zawiera układ o wzajemnej przyjaźni i zaufaniu – może nie Ribbentrop – Mołotow, ale zawsze oś. Razem grają wobec dworu zakochaną parę nie żałując sobie przy tym prywatnych „przyjemności”, gdy ona ratuje młodego, pięknego szlachcica, a on odwiedza sypialnię pewnej zamężnej damy.

Wszystko to dzieje się w zimnych korytarzach Wersalu, za pięknymi kotarami ukrytych gabinecików i tajemniczymi, zakurzonymi przejściami. Żaden z bohaterów nie przebiera w środkach by dopiąć swego celu. Król Nawarry musi być niezwykle ostrożny, w końcu jego teściowa zabiła mu matkę zatrutymi rękawiczkami. I jak tu kochać teściową ja się pytam? Intryga pogania intrygę, niewinne wydarzenie może stać się przyczynkiem do wydania śmiertelnego wyroku, a kilka słów może spowodować nieodwracalne konsekwencje dla gaduły. „Wszakże przysłowie, że ściany mają uszy powstało dla murów Wersalu.” 

Katarzyna de Medici wypada na niezwykle „uroczą” osobę, szafującą trującymi środkami niczym cukierkami na kaszel, jej stanowisko królowej matki zapewnia jej właściwie całkowitą bezkarność i nietykalność – taka szara eminencja. Nawet gdy jej zbrodnie zostają wykryte, dla zachowania sławy domu królewskiego trzeba będzie poświęcić najniewinniejsze duszyczki. Nie ma co kochająca mamusia, że aż strach. Sama Margot wypada tu dość niewinnie, jest kobietą uczciwą i sprawiedliwą, choć nie pozbawioną hipokryzji. Nie można jej się też dziwić, że będzie miała słabość do młodego, ślicznego młodzieńca, który wpada ranny do jej sypialni i błaga o litość. Przy wzorcach wychowawczych jakie zaserwowano jej na zamku dziewczę wypada i tak całkiem cnotliwie, wręcz bardzo ludzko.

Dumasowskie wątki nie robią już na mnie takiego wrażenia, dodatkowo dość mało oryginalne charaktery czarniejsze niż noc, choć takie wypośrodkowane postacie jak Margot zachowują tu  równowagę. No i charakterystyczna dla pisarza maniera delikatnego przesadyzmu w postępowaniu jego postaci. Człowiek czyta o takiej Katarzynie Medici i patrzy później na własną teściową podejrzliwym okiem.

Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj, czyta Piotr Gasparski

 Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Po tylu utworach Tołstoja przyszedł czas na jego powieściowy debiut. „Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość” to pierwszy tom, który oczywiście nie wyczerpuje tematu i bogactwa życia pisarza, który posiłkował się charakterami i wydarzeniami z życia wziętymi. Jednak ja po drugi tom raczej nie sięgnę. Powiem szczerze, że nie przebrnęłabym przez to gdyby to nie był audiobook. Albo mam już przesyt Tołstoja albo wyjątkowo nudziła mnie ta książka.

Te autobiograficzne mini powieści są uniwersalną historią dorastania, a jednocześnie pierwszymi próbami Tołstoja zabawy z fikcją, napisane w pierwszym okresie twórczości a właściwie na samym jej początku , w latach 1852 – 1856, czyli młodzian miał wtedy ledwo po dwudziestce na karku. Może akcja nie jest tu najwłaściwszym słowem, a moment rozpoczęcia snucia opowieści wypada gdy nasz chłopiec ma dziewięć lat. Urocze są tu niektóre wspomnienia z okresu pacholęctwa, drobnostki i krótkie chwile, które zachowujemy w pamięci by wracać do nich już jako dorośli. Ulotne momenty skrupulatnie gromadzone i pielęgnowane. Edukacja młodzieńca, jego dorastanie, wspólne zabawy z rodzeństwem, rodzinne tragedie.

Nasz młodzian wyrasta pod okiem kolejnych prywatnych nauczycieli, w gronie sióstr i braci. Na starszego brata spogląda zawsze z mieszaniną podziwu i zazdrości, widząc braki  w swoim charakterze i wykształceniu. Gdy dorasta grupuje ludzi na prostaków i tych co są „comme il faut”, czyli tych z dobrym akcentem francuskim, odpowiednim kształtem paznokci, noszących koszule z płótna holenderskiego i spodnie ze strzemiączkami. Dosyć prosta wizja świata powoli dojrzewającego młodzieńca.

Generalnie mówiąc w tej powieści to miłość jest tym co ludzi napędza, daje siłę i sprawia, że ich życie nabiera znaczenia. Stąd też niezwykle ważne miejsce matki w świecie dziecka, gloryfikujący obraz matczynej troski otaczającej dziatki. Tym cenniejszy, iż nietrwały ponieważ i matka Tołstoja zmarła gdy był dzieckiem.

Wspomnienia mają charakter bardzo rosyjski, jeśli mogę się tak wyrazić, ze wszystkimi rosyjskimi obyczajami rodzinnymi, sposobem wychowania, zachowaniem bohaterów. Jednocześnie zaś tekst jest przesycony zagranicznymi wpływami, zwłaszcza francuskim (Rousseau) i niemieckim (Goethe). Mamy tu przecież Bildungsroman w całej jej rozwlekłości. To powieść , która eksploruje drogi dorastania, odnajdywania przez młodych własnej ścieżki w społeczeństwie. Do tego niezwykła waga nadana wspomnieniom bohatera, jego rozmyślania, rozpamiętywanie przeszłości przywodziło mi momentami na myśl Prousta. No i to umiłowanie do detalu, że koszule miał szyte z holenderskiego płótna, a spodnie założył wreszcie ze sprzączkami.

Utworom brak dramatyzmu i emocji, które mogłyby porwać czytelnika, a przynajmniej ja pozostałam niewzruszona. Choć nie powiem mocny, aczkolwiek miły i uspokajający głos Piotra Gasparskiego bardzo mi pasował do historii przedstawionej przez autora. Do tego czytający aktor  łagodził moje negatywne emocje, które zawsze się gromadzą, gdy stoję w korkach. Powieść jest taką lżejszą wersją Tołstoja bez moralizowania.

Wieczna księżniczka, Philippa Gregory

The Constant Princess (Wieczna księżniczka), Philippa Gregory, Touchstone

 The COnstant Princess, Philippa Gregory

Moją przygodę z Philippą Gregory i Tudorami postanowiłam zacząć w kolejności chronologicznej, której nie trzyma się autorka, co jakiś czas wydając książkę o kolejnej królowej w dość nieskoordynowany sposób.

Katarzyna Aragońska przychodzi na świat w królewskim obozie wojennymi, tam się wychowuje przez pierwsze lata swego dzieciństwa, jej zaradni i władczy rodzice toczą zacięte boje z Maurami by zjednoczyć Hiszpanię. Jako dziecko jest więc świadkiem scen dość brutalnych, wojna to dla niej bynajmniej nie puste słowo pozbawione znaczenia. Do tego, mimo że była ulubienicą rodziców chowana była w surowy sposób, który miał z niej w przyszłości zrobić godną królową Brytanii – rola z jakiej zdawała sobie sprawę od swych lat najwcześniejszych. Więc najpierw hartowanie w ogniu walk krzyżowych, a później przepych i bogactwa dworu w Alhambrze, sułtańskie zwyczaje i twardy katolicyzm jako drogi wychowawcze. Jak można się domyślić z tych dość niezwykłych warunków wyrosła dziewczyna niezłomna, odważna, pewna swych życiowych celów, zawsze próbująca sprostać wymaganiom matki, która była dla niej bezkrytycznym wzorcem.

W wieku 15 lat Catalina wyrusza do Anglii by poślubić od dawna przeznaczonego jej 14-letniego księcia Artura, syna Henryka VII. Młodzi początkowo się czubią, by wreszcie pokochać się gorącym uczuciem, młode małżeństwo zacieśnia też więzi przyjaźni i zrozumienia. Niestety Artur, następca tronu, umiera i Katarzyna zostaje na lodzie w obcym kraju, z bardzo niepewną pozycją i przyszłością. Nasza bohaterka jednak nie rozpacza gdyż przed nią jawi się już nowa ścieżka przyszłości, dziewczę umyśliło sobie pośłubić kolejnego księcia, Harryego, przyszłego Henryka VIII.

Henryk, sławny mąż sześciu żon, jest tu przedstawiony w dość niestandardowy sposób, jako swawolące jeszcze, bezrozumnie i rozpieszczone pachole, dla którego wojna jest okazją do założenia ślicznej, nowej zbroi. Catalina to przy nim świadoma królowa, zdająca sobie sprawę z ciążących nad nią obowiązków, licząca sie z konsekwencjami swego postępowania i decyzji, które mogą zaważyć na przyszłości państwa. Gdy ona myśli jak poprawić sytuację w swej nowej ojczyźnie, Henryś oddaje się polowaniom i dworskim rozrywkom. Wyłania się z  tego obraz brzdąca rozpieszczonego ponad miarę, dającego sobą manipulować i wodzić się za nos.

Gregory nagina historię jak chce do potrzeb swej fabuły i trzeba o tym cały czas pamiętać czytając jej powieści. To co jej się udaje, to pokazanie na jak wysokim świeczniku żyli królowie, których nawet myśli mogły być znane poddanym. Dwór to instytucja bezduszna, gdzie każdy wie wszystko, a pozostający w nieświadomości mogą przegrać nie tylko swoje stanowisko, to ciągła, aczkolwiek niebezpieczna gra.

Wydaje mi się, że pisarka mogłaby jeszcze popracować trochę nad tą powieścią, uczynić ją bardziej spójną, zlikwidować powtórzenia – niektórzy z bohaterów dochodzą kilkakrotnie do tych samych wniosków w tym samym okresie czasu, że im zimno, ze mają bose stopy, albo że są smutni. Fabuła powinna być bardziej zwarta, ja wiem, że to czytadło, ale nic na pewno nie stoi na przeszkodzie by autorka pisała lepiej, zwłaszcza, że to nie pierwsza jej książka, ma za sobą całą serię o Tudorach, choć wydawaną na wyrywki.

polskie wydanie:

Wieczna księżniczka, Philippa GregoryWydawnictwo Książnica , Kwiecień 2010

Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj

Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj, tłumaczenie Maria Leśniewska, Znak 2010

 Sonata Kreutzerowska, Lew Tołstoj

Z przeczytanych ostatnio przeze mnie książek autorstwa Lwa Tołstoja to rozbudowane opowiadanie najmniej mi się podobało, stanowczo, pisarz lepiej się dla mnie sprawdza w formach dłuższych. Akcja toczy się w czasie jednej nocy, w pociągu, pasażerowie nawiązują przypadkową rozmowę, której tematem są kobiety i co za tym idzie małżeństwo, miłość itd. Każdy ochoczo wygłasza własne opinie, gdy do rozmowy wtrąca się przybysz i z rozbrajającą szczerością wyznaje, iż zabił swą żonę. Po tej dość szczególnej konfesji doszło do znacznej konsternacji w towarzystwie i tylko jeden śmiałek pozostał by wysłuchać historii Pozdnyszewa. Wcale im się nie dziwię, gdyby ktoś dosiadł się do mnie w przedziale i zaczął opowiadać jak ukatrupił swą połowicę od razu bym uciekła. I tak bohaterowie „Sonaty Kreutzerowskiej” jadą sobie pociągiem, mrok zapada, świece płoną, a szaleniec odkrywa przed nieznajomym swą duszę.

Typek zaczyna od wspominania swej młodości, co by usprawiedliwić się przed swym rozmówcą. Więc czytamy jakie to współczesne społeczeństwo rosyjskie zaślepione w swych skostniałych poglądach i fałszywe. Młodzi mężczyźni i chłopcy deprawują siebie na wzajem pod aprobującym okiem lekarzy i własnych rodziców. No bo przecież młodzież musi się wyszumieć, zabawić, użyć życia, a zwłaszcza „zapoznać się” z kobiecymi urokami. Już gimnazjaliści udają się tłumnie do domów rozpusty, gdzie zdobywają pierwsze „zdrowe” doświadczenia i w ten sposób ich stosunek do płci pięknej od początku jest spaczony, nacechowany hipokryzją. Połowę wieczorów spędzają w burdelach, a drugą na salonach rozglądając się za niewinną oraz obowiązkowo śliczną panną, lub chociaż majętną – kandydatką na przyszłą żonę. I tak syfilitycy za zgodą rodziców panny na wydaniu, zrywają w noc poślubną białe kwiatuszki.

Pozdnyszew ma pretensję do społeczeństwa, że takie ślepe, że nikt nie widzi tych bezeceństw, nazywanych przez wszystkich – normalnym stanem rzeczy. Krytykuje instytucje rządowe, które wspierają sprawne prowadzenie domów publicznych, wojsko za psucie chłopaków. Jak stwierdza on sam „statecznie oddawał się rozpuście” nie czyniąc z niej swego celu w życiu, gdyż dopiero wtedy był by prawdziwym rozpustnikiem. Ba, wydawało mu się, że jest człowiekiem uczciwym i prawym, bo żony nie poślubił dla jej majątku, a dla jej niewinności i urody. Jednak miesiąc miodowy nie przyniósł mu radości, tak jak późniejsze współżycie z małżonką, tylko dzieci były usprawiedliwieniem „świńskiego życia”. Bohater naprawdę ma problem, nie tylko ze swoją osobowością ale i życiem seksualnym, najpierw się beztrosko zabawia, a później narzeka, że własny miesiąc miodowy to czysta rozpusta. Facet nie może się zdecydować, innych oskarżając o hipokryzję, sam nie widzi, że jest dość obłudny. W momencie gdy rodzinny lekarz stwierdza, że dobrze by było gdyby żona nie miała więcej dzieci, też ma same pretensje – no nie potrafi się chłop zdecydować. Żona tymczasem ma czas na zajęcia wychodzące poza sferę pokoju dziecinnego i zaczyna muzykować z pewnym skrzypkiem. Gdy tych dwoje gra sobie na przyjęciu, zazdrosny mąż zaczyna sobie wmawiać, że żona go zdradza, popada w obsesję i kroczy na granicy szaleństwa.

„Wściekła bestia zazdrości zaryczała w swej budzie.”

Facet głupieje i w szale zabija żonę po powrocie z wyjazdu, gdyż w domu zastaje owego skrzypka. Teraz jeździ sobie pociągiem, wspomina, nie czując specjalnych wyrzutów sumienia.

Ja natomiast zdziwiłam się, że taki typek rozbija się po pociągach zamiast gnić w więzieniu. Ale o meandrach prawa karnego i obyczajowego Tołstoj szerzej rozpisuje się w „Zmartwychwstaniu”, które mi się zresztą bardziej podobało, wolę historie bardziej zabudowane fabułą w wydaniu tego pisarza.

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul Martin

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu (Counting Sheep.The Sceince and Pleasures of Sleep and Dreams), Paul Martin, MUZA, Warszawa 2011

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul MArtin

Paul Martin to przyrodnik i biolog, którego polscy czytelnicy zdążyli już polubić za wcześniej wydaną książkę – „Seks, narkotyki i czekolada”. „Liczenie baranów” to najnowsza pozycja w ofercie Muzy, a ja sama z początku zbaraniałam na widok 500 stronicowego tomiszcza traktującego o naturze oraz przyjemnościach snu, ale czytanie poszło szybciej niż myślałam i bynajmniej nie zasypiałam nad tekstem.

 Kolejna pozycja Paula Martina nie jest sensacyjnie odkrywczą lekturą, wątpię czy dla kogokolwiek będzie, ale nie można odmówić mu swoistego uroku i sporej dawki wiedzy jaką możemy tu wyciągnąć. Styl autora jest niezobowiązujący, eseistyczny, z odrobiną humoru i ironii. Kolejne rozdziały czyta się jak artykuły w Focusie. Autor po prostu zebrał wszelkie dostępne dane, opisał przeprowadzane eksperymenty, uporządkował informacje, dodał parę własnych przemyśleń, do tego dorzucił mnóstwo ciekawostek, faktów historycznych, nie pomijając literackich inspiracji. Dowiemy się więc jakiej klasy łoże zostawił Szekspir żonie w spadku, kto z uwielbieniem tworzył w łóżku, kto czerpał natchnienie z sennych marzeń i jaki premier przyjmował interesantów rano na leżąco. Takie informacje bezwzględnie dodają uroku lekturze. Ba, znajdziemy tu nawet krótką historię łóżek, a nie tylko dane o ewolucji snu czy jego podziale na kolejne fazy.

„Marcel Proust ubóstwiał swoje łóżko. Przekształcił je w biuro i napisał w nim „W poszukiwaniu straconego czasu”. Spędził w łóżku trzy ostatnie lata życia. Marzył nawet o mieszkaniu na jachcie, aby móc podróżować bez potrzeby wstawania z łóżka. Pisarz i nauczyciel akademicki John Bayley utrzymywał, że sekret pisania książek polega na ty, by siedzieć w piżamie, póki nie napisze się dziennej porcji słów. W ten sposób, przekonywał, znika pokusa podejmowania różnych rozpraszających czynności, takich jak robienie zakupów albo jedzenie lunchu z przyjaciółmi.

Thomas Mann, który przez całe życie uwielbiał spać, darzył swoje łóżko prawdziwą pasją. Twierdził, że zachował wyraziste wspomnienie każdego łóżka, w którym kiedykolwiek spał (…).”

Autor „Liczenia baranów” zwraca jeszcze naszą uwagę w jaki sposób współczesna rzeczywistość ingeruje w naszą prywatną kwestię snu. Oczywiście wiele zależy od osobistych preferencji, ale nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasy ludzie śpią coraz mniej i ową czynność coraz mniej doceniają, widząc ją jako przeszkodę na drodze do aktywnego życia, awansu, modnego klubu itd. Nie mówiąc o całym tym zamieszaniu jakie spowodował wynalazek Edisona, świeczki nie sprzedają się już przecież tak dobrze. Żarówki były strzałem w dziesiątkę – teraz każdy może szaleć do rana.

Reasumując – książkę chętnie przeczytają na pewno wszyscy zainteresowani sferą snów, cierpiący na bezsenność czy prawdziwe śpiochy. Ja bym poleciła ją jeszcze tym, którzy uważają, że nie mają czasu na sen – pracoholikom głównie, pozycja może skłonić do zastanowienia się nad swym trybem życia, bo czy warto poświęcać godzinę dobroczynnego, sprzyjającego urodzie snu na szybsze dotarcie do biura? A więc – budzikom śmierć.

tego samego autora zrecenzowane na blogu:

„Seks, narkotyki i czekolada”

seria: Spectrum

Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons, Edytor Akapit

 Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Jakoś tak wakacyjne chciałam coś poczytać i padło na Ann Rivers Siddons, wcześniej czytałam jej „Kuzynkę Norę” i nie było tak źle (recenzja tu).

 Naszą przewodniczką po meandrach swej pamięci jest Kate, kobieta w kwiecie wieku, która przeszła już całkiem sporo w swym życiu. Bohaterka żyje obecnie w pięknym domu, oczywiście nad oceanem, w spokojnej, urokliwej miejscowości, u boku kochającego męża. Przeszłość jednak nie daje jej spokoju, dawne urazy odżywają gdy dostaje zaproszenie od byłej przyjaciółki z collegu. Owa była znajoma jest obecnie żoną byłego narzeczonego, dlatego ich przyjaźń jest już niebyła. Dla oczyszczenia atmosfery mąż Kate namawia ją do uczestnictwa w owym zlocie czarownic, kobieta boczy się, złości i wspomina, a my poznajemy przewidywalne do bólu jej koleje życia.

Części poświęcone wspominkom młodości i czasu spędzonego w collegu były tu dla mnie najatrakcyjnejsze – pełne nostalgii, humoru, młodzieńczej żywotności i ulotnego uroku. To jest to, co ratuje tą książkę. Pełno tu girl-power, bliskości jaka związała parę dziewczyn, czaru pierwszych samodzielnych decyzji, przygotowywania się na wejście w dorosłe życie. Kate i Ceci to prawdziwe przyjaciółki, które rozumieją się bez słów, do tego dziecinna, kochana i niezwykle bogata Ginger oraz dosłownie paskudna, głupawa Figg. Razem stanowią nierozerwalną grupkę, towarzyskie kółeczko młodych dziewczątek z ich pierwszymi romansami, wykładami, randkami itp. Do tego przemiłego obrazka pisarka dorzuciła jakieś problemy osobowościowe głównej bohaterki, jej „zawieszenie nad przepaścią”, niepewność jaką niesie ze sobą bytowanie. No i tytułowy motyw miłości do oceanu, urzekającego piękna i wiecznego trwania, nic tylko pobudować sobie jakąś chatynkę nad morzem.

Właściwie to pisarka odziera dorosłe życie z jakiegokolwiek uroku, prawie większość wydarzeń, to rozczarowania dla głównych postaci, zgryzoty, problemy, nieszczęścia, choroby, niedokończone sprawy trawiące wszystkie bohaterki od wewnątrz. Szara egzystencja sprzedała każdej parę kopniaków zamiast zaoferować coś więcej, coś czego mogłyby oczekiwać tamte młode dziewczęta z collegu.

Generalnie pisząc to mi się powieść średnio podobała, fabuła była przewidywalna i nie poprowadzona na tyle dobrze, by w trakcie czytania cały czas świetnie się bawić. Ot, takie sobie, nienadzwyczajne czytadło.

Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell

Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell, Prószyński i S-ka 2000

 Wiktoria, żona ALberta, George Bidwell

Niedawno oglądałam film „Młoda Wiktoria” więc gdy nawinęła mi się książka Georga Bidwella, „Wiktoria, żona Alberta”, od razu postanowiłam ją przeczytać. Zaciekawiła mnie postać tej długowiecznej królowej a pisarz zaspokoił całkowicie moją ciekawość, obraz jaki wyłania się z jego książki nie jest bynajmniej wolny od ostrej krytyki i szczerego osądu jej dokonań.

Wiktoria od początku mimo surowego, chrześcijańskiego wychowania nie miała najlepszych wzorców do naśladowania. Odnosi się to głównie do jaj matki, która jak myślę była głównym przyczynkiem do jej późniejszej hipokryzji. Gdy mała przyłapuje mamę in flagranti z Johnem Conroyem, jej ochmistrzem, delikatna nić porozumienia jaka je łączy zostaje rozerwana i ich stosunki zawsze już będą napięte. Intrygi w posiadłości tylko pogarszają sytuację. Niezbyt inteligentna, omotana księżna Kentu na pewno szczerze kochała córkę, jednak jej pragnienie władzy przewyższało inne uczucia. I tak od najmłodszych lat dziecka, wszyscy bliscy bez przerwy walczą o wpływy nad  Wiktorią i tak już będzie zawsze, bo mimo iż dziewczę się buntuje, to zawsze ktoś roztoczy nad nią swą „delikatną” opiekę. Kolejno jej guwernantka, pierwszy premier, którego darzyć będzie nieszkodliwym uwielbieniem, przyszły mąż.  Co oczywiście nie znaczy, że owi ludzie chcieli źle dla swojej podopiecznej, oni jedynie „wiedzieli lepiej” i Wiktoria dawała się wodzić za nos. Jak pisze Bidwell była kobietą nieopanowaną, pozwalającą by histeria i szał panowały nad nią. Braki w wykształceniu, ogromna naiwność połączona z łatwowiernością, stanowiły dobry materiał do „urabiania”.

Gdy osiemnastolatka zasiada na tronie, Anglia ma już powyżej dziurek w nosie Hanowerczyków, którzy sprowadzili owy „tron na dno niesławy” i z ulgą wita świeżą krew. Sama Wiktoria jest zachwycona swoją nowo zdobytą niezależnością i nie ma bladego pojęcia o rządzeniu krajem, w dodatku jest niezwykle stronnicza. Prawdziwy monarcha powinien łagodzić konflikty i być bezstronnym, tymczasem ona kibicowała Wigom albo Torysom, w zależności od okresu życia. Jeśli chodzi o męża to ten gdy już się znudził osuszaniem bibułą podpisów swej królowej zaczął swoją powolną kampanię dyskretnego przejmowania władzy. Sama królowa związek małżeński bardzo sobie chwaliła, poza rodzeniem dzieci, które były dla niej „ujemną stroną małżeństwa”. Cechą tej pary była owa „przeklęta moralność” pokrywana przez całe tony hipokryzji. Według biografa Albert był tą silniejszą indywidualnością, kształtującą opinie królowej, niezwykle sumienny, obowiązkowy, a przy tym sztywny i bezwzględny. Po jego śmierci królowa bez przerwy będzie nosić żałobę i czarny czepeczek, skromnym tym ubiorem zyska sobie sympatię niższych klas, co ceniły umiar i bezpretensjonalność.

W książce przedstawiona jest jeszcze jedna postać – Florence Nightingale, ta nieprzeciętna kobieta stanowi tu swego rodzaju przeciwwagę dla Wiktorii. Gdy niezwykle czynna pielęgniarka dokonuje cudów na polu służby zdrowia, królowa Anglii świętuje jubileusz z okazji swej długowieczności i zasiadania na tronie. Pisarz nie ukrywa po czyjej stronie leżą jego sympatie i podziw.

George Bidwell pisze przystępnie, ciekawie, starając się zachować jakąś dozę obiektywizmu, choć nie szczędzi surowych sądów. Do tego analiza fenomenu wiktoriańskiej mentalności i obyczajowości z wytłumaczeniem dlaczego w owym okresie, taką popularność zdobyły sobie ciężkie, wyściełane meble i stoliczki z bibelotami.