Leniwe maskotki, rekiny na smyczy, Tomasz Szlendak

 Leniwe maskotki, rekiny na smyczy, Tomasz Szlendak, Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2005

 Leniwe maskotki ...

Socjologia dla początkujących albo dla nieświadomych rodziców, którzy nie mają pojęcia o konsumpcjonizmie czającym się za każdym zakrętem i czyhającym na ich pociechy. Czasem warto się rozejrzeć i uświadomić sobie w jakim świecie żyjemy – „W co kultura konsumpcyjna przemieniła mężczyzn i kobiety”. Autor nie do końca przybliża nam mechanizmy rządzące dzisiejszym światem klienteli, ale na pewno jego książka jest dobrym wstępem do dalszego zdobywania informacji – taka rozbiegówka.

Szlendak tłumaczy wszystko dosłownie, wręcz łopatologiczne; proste odniesienia, bogactwo przykładów i porównań . Dowcipny język rozładowywuje ładunek naukowych informacji, czyniąc go  śmiesznym obcowaniem z socjologią. No bo talentu do niekonwencjonalnych porównań autorowi nie zbywa: facecik-pasztecik, upluszowienie ryzyka, babcine seksraje – i to tylko kilka nielicznych przykładów. Trafność niektórych spostrzeżeń jest naprawdę cenna, np. określenie strywializowanego seksu mianem szarlotki – zdrowej, swojskiej i spowszedniałej w publicznym świecie, reklamowanej nachalnie na każdym kroku (mamy nawet do czynienia z seksualizacją dzieciństwa!).

Konsumentom ich potrzeby są „objawiane” przez producentów, czego często nie zauważamy kupując jakąś nowość, która na pewno nam się przyda/pomoże/uratuje. Dajemy sobie narzucić nowe potrzeby realizując przy tym zapędy koncernów na nasze pieniądze – z takich „potrzebnych ” cud specyfików Actimel, działające zdrowotnie jogurty (to które nie działają?) – i tak dalej bez końca.

Socjolog ciekawie też wytłumaczył zmiany jakie zaszły w postrzeganiu starzejącego się ciała. Naturalne ludzkie procesy związane ze starzeniem się, są przez marketing przedstawiane jako „problematyczne” dla  normalnego funkcjonowania ich właścicieli, teraz to już nie są niedołężni staruszkowie ale ułomni seksualnie klienci klinik chirurgicznych. 

Mimo zgrabnie przedstawionych tematów czytając miałam wrażenie, że autor momentami zapędził się w swoich łopatologicznych próbach wytłumaczenia wszystkiego – powinien mieć więcej zaufania do inteligencji czytelnika. Kilka rozdziałów jest w tej książce zbędnych, formą pasują bardziej do gazetowych felietonów niż do dowcipnej pracy naukowej, przemyślenia z Krety mimo iż niebanalne mijają się z założeniami rozdziału II.

To tyle jeśli chodzi o nas : konsumentów-baranów „wiedzionych na supermarketową rzeź”.

Kategorie: literatura popularno-naukowa / socjologia / antropologia

Salve Roma!, Akif Pirincci

Akif Pirincci, Salve Roma!, Wydawnictwo Sic, Warszawa 2007

Salve Roma!

Kolejny oryginalny kryminał jest autorstwa tureckiego pisarza, Akifa Pirincci, mieszkającego w Niemczech. Głównego bohatera charakteryzuje pasja do rozwiązywania zagadek, miłość do Rzymu i dobrej jakości kociego żarcia. Kot Francis jest szanującym się kotem, który jest znanym detektywem-amatorem w swoistych kręgach towarzyskich. Jego pan „obdarzony wrażliwością kowadła Gustaw” otrzymał propozycję pracy w Rzymie, a takiej okazji nie mógł przepuścić nasz erudyta i miłośnik antyku. Tak więc kocur ląduje w Wiecznym Mieście i od razu trafia mu się mordercza zagadka do rozwikłania.

A to jest dopiero początek pomysłów autora i twórcy serii Felidae ( z łaciny – kotowate) – tajemnicze bractwo, faceci w czarnych garniturach, kot-gej to tylko niektóre atrakcje tej książki. Pirincci na pewno doskonale się bawił pisząc ten kryminał, ironiczny dowcip i pozornie lekkie traktowanie społecznych problemów to wizytówki tego autora. Sama kryminalna zagadka nie jest zbyt trudna ani odkrywcza – może pomysłu zbrakło?

Mimo kolejnych „trupów” Francisowi idzie w miarę szybko, a czego się nie domyśli to mu się zawsze przyśni. Za to oryginalne spojrzenie na świat należy policzyć autorowi na plus, tak jak doskonałą znajomość kociej natury. Na zakończenie, to co myśli inteligentne kocisko o swym panu:

„Gustaw? Cóż, jest to stu trzydziesto kilowy, prawie łysy, wyglądem przypominający przeznaczony do rozbiórki silos przemysłowy – „otwieracz do konserw”, który – co dobre – zwykł otwierać mi puszki z karmą. Ma wszystko, czego nie ma człowiek sukcesu w jego wieku – wyciągnięty szlafrok z epoki Gerta Mullera, w którym o poranku, nękany morderczym kacem po czerwonym winie, z twarzą porośniętą bladym, szczeciniastym zarostem, wygląda jak od miesięcy torturowany jeniec wojenny prowadzony w końcu na egzekucję. Jako człowiek niezwykle odpowiedzialny nosi zawsze w portfelu prezerwatywę, która przez piętnaście lat nietknięta tak przylgnęła do skórzanej kieszonki, że sprawia wrażenie kunsztownego tłoczenia. Ponadto ma nieomylne wyczucie perspektyw zarobku, które umożliwiają wszystko oprócz zarobku.”

 

Kategorie: kryminał

Kino Venus

Kino Venus, M. Wroński,Red Horse

Kino Venus,Wroński

Jakiś czas temu w Dzienniku przeczytałam wywiad z Marcinem Wrońskim, autorem kryminałów „retro”. Miejsce akcji jego najnowszej książki to Lublin, 1931 – przedwojenna epoka „wytwornych sukien i brudnych szwindli”. Na stronie internetowej miasta znalazłam nawet oddzielną zakładkę – „Lublin w kryminałach Marcina Wrońskiego”! Trudno chyba o lepszą reklamę. W dodatku pisarz ma już swoich oddanych fanów ceniących go między innymi za historyczną dokładność i dbałość o językowe elementy epoki. Także nie zniechęcił mnie nawet infantylny opis na okładce: „Oto historia wyszeptana przez umierający, rozbity projektor kina „Venus”…

Czytając rzeczywiście można natrafić na historyczne smaczki – pensjonarki z wypiekami na twarzy czytają Mniszkównę a młodzieńcy zapraszają do cukierni na ciastko, dowiemy się też jak powstawały domowe pornosy.

 

W pogoni autora za topograficzną dokładnością, historyczną zgodnością, oddaniem kolorytu epoki i wielowątkowością fabuły, umknęło coś bardzo istotnego. Nie współczułam biednym dziewczętom, przeciwnie z lekkim zniecierpliwieniem czytałam strony ukazujące ciężką dole naiwnych dziewczątek by szybciej dotrzeć do momentu akcji (niech już ci faceci wezmą sprawy w swoje ręce). I mimo, że w powieści postaci kobiece są bardzo zróżnicowane, to żadna nie wzbudziła mojej sympatii. Zbir nie był wystarczająco groźny, pensjonarki nie wzruszały bezradnością ani nawet nie wkurzały głupotą. Czytałam dalej mimo mojej obojętności wobec postaci-kukiełek, już dla samej fabuły książki. Dzieje się tu sporo, wątków jest mnogość, akcja toczy się wartkim strumieniem choć rozwiązanie sprawy nie jest zaskakujące.

Dbałość o używanie odpowiednich słów rzeczywiście jest, i tak możemy zapoznać się z całą gamą żydowskich przekleństw na zmianę z bardzo współcześnie brzmiącymi (frajer). Dowcip w książce też stara się zaistnieć, ale niestety jest toporny i wymuszony. Za to opisy to jakaś makabra, a już opisy przyrody to jedyna śmieszna rzecz w tej książce. Przytoczę dla przykładu:

„Na dworze ziało wiosenną, lepką wilgocią”

„(…) jęzory brudnego, poczerniałego śniegu”.

Myślę, że autor z każdą powieścią będzie usprawniał swój warsztat pisarski – w gazecie napomknął iż podkomisarz Maciejewski doczeka „generała w ciemnych okularach” – zapowiada się więc długa seria. Nie czytałam poprzedniego kryminału więc nie mogę stwierdzić czy już nastąpiła jakaś poprawa. Ciekawe pomysły mogą zrekompensować wiele, ale nie brak wiarygodnie wykreowanych postaci.

Kategorie: kryminał

Rzym

Rzym mroczny, ponury i krwawy (The Age of the Gladiators. Savagery and Spectacle in Ancient Rome), Rupert Matthews, Bellona Warszawa 2007

Rzym

Gdy zobaczyłam jak swawolnie Bellona potratowała tłumaczenie tytułu to stwierdziłam, że to specjalnie pod publikę. No, ale  z drugiej strony wszyscy wiedzą, że początki historii Rzymu były krwawe i ponure. Najbardziej mnie zdziwił brak jakiejkolwiek bibliografii – i to w tego rodzaju publikacji. To podkopało trochę moją wiarę w autora, ale zanim zdążyłam bardziej powydziwiać książka mnie wciągnęła.

Rupert Matthews podszedł do sprawy metodycznie, bez fałszywych ambicji. Książka podzielona jest na cztery części. Autor zaczął od genezy igrzysk, dobrze dobierając kolejne rozdziały poza ostatnią częścią, która jest już plątaniną różnych makabrycznych ciekawostek. Zamysł polegał na ukazaniu krwawych rozrywek na przestrzeni panowania Imperium Rzymskiego, do momentu jego upadku. Dlatego ostatnia część trochę nie pasuje i w dodatku ma ryzykowny tytuł „Chleb i rozpusta”, i tak sąsiadują w niej rozdziały o tytułach „Rozpustne uczty” i „Floty zbożowe” – fascynujące połączenie.

Matthews pisze językiem prostym, ciekawym i dowcipnym. Stara się podawać informacje, które zaciekawią czytelnika, przedstawią mu życie Gladiatora ze wszystkimi wadami i zaletami (podobno były i plusy).

„Kobiety często darzyły gorącymi względami gladiatorów odnoszących sukcesy. Grupki młodych dziewcząt kręciły się w pobliżu szkół z nadzieją, że uda im się zobaczyć ich muskularnego bohatera. Nawet starsze kobiety nie umiały oprzeć się zwierzęcym powabom mięśni, potu i krwi. Laniści nie wahali się czerpać korzyści z takiego zauroczenia.”

Oprócz tego, że Gladiator był na specjalnej diecie (kleik!) dowiemy się czym był tryumf dla mieszkańców Wiecznego Miasta i co wyprawiali cesarze. Pisarz stara się też obalić niektóre obiegowe mity – czy Neron podpalił Rzym?

Jest to książka dla osób, które chcą w bezbolesny sposób zdobyć trochę podstawowych wiadomości o starożytnym Rzymie i nie usnąć w trakcie czytania. Pomimo kilku wad (za krótka, brak bibliografii, pobieżne informacje, nie podane źródła) czyta się szybko i z rozbawieniem.

Kategorie: historia Rzymu / Starożytność

Popiół i kurz

 

Popiół i kurz

J. Grzędowicz, Popiół i kurz, Fabryka Słów, Lublin 2006 

Główny bohater, profesor etnologii, dorabia sobie trochę na boku (kto by się tam utrzymał z uniwersyteckiej pensji?!),pomagając zmarłym „przejść na drugą stronę” – taki domorosły Charon. Idzie mu całkiem nieźle aż do pewnego momentu oczywiście. Wraz z końcem dobrej passy bohatera kończy się też dobra fabuła autora, robi się to wszystko jakieś takie posklejane na siłę, rozdmuchane i urywa się nie wiadomo gdzie. Wszystkie wątki nie tworzą spójnej całości, a niektóre z nich autor po prostu olał i nie doprowadził sprawy do końca (sic!). Dlatego książka zrobiła na mnie wrażenie pisanej naprędce – główny bohater jakoś przeżył, wątek miłosny doprowadzony do końca, czytelnik spędził miło trochę czasu – no to kończymy. Gdzie reszta? Tu by się jeszcze przydało parę stron (ok. 90 powinno starczyć) na dokończenie pewnych spraw i małe dopracowanie fabuły.

Nasz utalentowany przewodnik dusz zwykle przechodzi na drugą stronę przy dźwiękach bębnów z odtwarzacza i po wypiciu kieliszka naleweczki – przepis od znajomego szamana. Świat Pomiędzy jest świetnie wykreowany a życie „codzienne” mieszkańców może przyprawić o dreszcze. To miejsce gdzie przebywają dusze ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że już nie żyją. Trwają więc tam, w szaleńczym uporze życia, tworząc swoje własne piekło. Grzędowicz to rzeczywiście „wirtuoz nastroju” – cytat z okładki. Ale ” bardem współczesnej fantastyki” to już bym go nie nazwała (rety!). A skoro już czepiam się notek wydawniczych to spodobało mi się to, co sam pisarz o nich myśli.

„W ten sposób coś co zgodnie z okładką miało być „pasjonującym historycznym śledztwem wyjaśniającym tajemnice chrześcijaństwa”, obiecywało „wyjaśnienie cudów, działalności dziwnych sekt i kultów”, zamieniło się w nudny elaborat o wrednych starcach knujących w jaskiniach powołanie całkowicie absurdalnej, patriarchalnej religii, by zniszczyć Wielką Macierz Kybele, której kult inaczej podbiłby Rzym i zmienił los świata na lepszy.”

Bosh – inspirator autora?

Garden of Earthly Delights

Podsumowywując: mimo, że autor opierał się na pewnych schematach, to umiał to wszystko połączyć we wciągającą, ale niedoszlifowaną całość.

Kategorie: powieść / fantastyka

Brzytwa Ockhama

 

brzytwa

Brzytwa Ockhama, Dariusz Matuszak, Dom Wydawniczy Rebis 

Szczerze mówiąc powieść  gdzieś tak w połowie robi się nużąca, już dosyć miałam tych zboczeńców, półgłówków, psychopatów i ich wewnętrznego spojrzenia na świat. Nie pomogły nawet jeszcze gdzie niegdzie pojawiające się ironicznie zgryźliwe kawałki (które momentami niestety zanikały) – miałam przesyt. Może było to też spowodowane przyciężkim stylem i pewnym brakiem estetyki, który nie szokował, ale po prostu spowalniał. Przebić się przez wszystkie meandry tego gąszczu było coraz trudniej.  Co do samej estetyki, myślę że książka może niektórych poważnie zniesmaczyć, niebezpiecznie lawiruje przy granicach naturalistycznego przedobrzenia – momentami jest po prostu obrzydliwa.

W notce wydawniczej napisano, że powieść pełna jest „ukrytych znaczeń (…) o namiętności, szaleństwie i śmierci”  – nie dajcie się zwieść, takie ukryte to one nie są. „Zabójstwa i śledztwa to wszakże tylko pretekst, by pokazać magiczny świat, w którym mieszają się jawa i sen, a śmierci nieodłącznie towarzyszy miłość” – ten świat wypada trochę prostacko z pałętającymi się bez sensu duchami. Nie da się łatwo zakwalifikować tej książki do żadnego gatunku – kupując myślałam, że to kryminał, w trakcie czytania pojawiły się filozofujące zjawy, potem nagromadzenie zwyrodnialców, teraz wiem, że to koktajl Mołotowa. Jedyne co sprawiło, że byłam w stanie to przełknąć to humor, czarny i cyniczny.

„Młody Człowiek pojawił się ubrany na sportowo – w dopasowanym dresie. W rękach miał trzy foliowe torby z pięcioma kompletami bielizny, odrobiną kosmetyków, plikiem kolorowych czasopism (…), grubym tomiskiem o medytacji i wschodnich sztukach walki oraz długopisem i szesnastokartkowym zeszytem do zapisywania przeżyć. Znajomi i rodzina uroczyście odprowadzili go do grobu.”

” (…) nad miastem zawisnął cud. Znaki jakieś czszególnie pojawiać się zaczęły, a wraz z nimi stopniowo, powoli gęstniejący mieszkańcy – z początku pojedynczo, potem parami, aż wreszcie tłumem zadartych głów (…).          Z Miasta Wojewódzkiego przybyła specjalna komisja i stwierdziła niepodważalnie: Prawdziwy Cud. Na drugim piętrze, na szybie trzeciego, licząc od zachodu, okna gmachu Rady Miejskiej, objawiło się Dzieciątko Lenin.”

Czytając jednak po pewnym czasie ma się wrażenie że to po prostu farsa z Polską w roli głównej. Autor ambitnie ironizuje i pod ostrzał wziął wiele – od poszczególnych ustrojów przez (zdezaktualizowany już trochę) temat szlachecki i na pedofilii kończąc. Właściwie to chyba nie ma tematu, na który by się pośrednio nie wypowiedział, nie zostawił tu suchej nitki.

Jak dla mnie pisarz nie zastosował się do zasady „brzytwy Ockhama” i namnożył bytów ponad potrzebę jednej powieści (cała menażeria). Poleciłabym ją osobom znudzonym schematycznymi fabułami i standardowymi charakterami, jednak o pewnej dozie cierpliwości.

Kategorie: powieść / kryminał / fantastyka

Z pokorą i uniżeniem, Amelie Nothomb

 

 Stupeur et tremblements

Amelie Nothomb, Z pokorą i uniżeniem (Stupeur et treblements) 

  Książkę przeczytałam już dosyć dawno, ale dopiero ostatnio miałam okazję obejrzeć film nakręcony na jej podstawie. Myślałam, że sobie porównam, podywaguje, ale okazało się , że nie mam czego porównywać. Film to prawie idealne odbicie powieści, połowa dialogów to cytaty. Także z czystym sumieniem film można polecić osobom, które książki nie mają ochoty czytać, albo styl Nothomb jest dla nich niezjadliwy, na ekranie wszystko wypada subtelniej. Jednak do odegrania głównej roli naprwdę mogli wybrać mniejszego rozczocharańca – nie wiem czy  w tym tkwiło jakieś głębsze zamierzenie reżysera, ale do mnie nie trafiło. W końcu aktorka jest jedyną pojawiającą się w tym filmie Eropejką – a tu taki „piorun w miotłę strzelił”. 

Z pokorą ...

Amelie Nothomb spędziła w Japonii pierwsze pięć lat swojego życia co spowodowało, że czuje się z tym krajem  mocno związana do dziś. Choć i później nie zagrzała miejsca (Laos, Birma, Tajlandia, Chiny-nie ma jak tato ambasador). W 1990 powróciła do Japonii i podjęła pracę w jednej z największych firm, a potem akcja potoczyła się jak w powieści. Czytając książkę można zapomnieć o standardowych wyobrażeniach na temat kraju kwitnącej wiśni ( poza karoshi), to znowu Japonia bez gejsz i samurajów. Tylko tu dla odmiany rządzi absurd (ja się teraz pytam, w którym kraju on nie rządzi?). Belgijka z werwą opisuje swoją karierę – od tłumacza do „babci klozetowej”, taka niestandardowa droga rozwoju.

 Stanowczo podziwiam oszałamiającą płodność tej pisarki, od 1992 wydaje jedną książkę rocznie, i to już pewnego rodzaju wrześniowe wydarzenie w krajach francuskojęzycznych. Autorka przyznaje, że budzi się zawsze z silną potrzebą pisania – codziennie minimum cztery godzinki i litr mocnej herbaty ( http://delpiano.club.fr/ONPA_Nothomb_html.htm).

Nothomb szybko wyrobiła sobie rozpoznawalny styl, który stał się jej wizytówką. Niebanalny dowcip połączony z erudycją jest tym co mnie w jej stylu ujmuje, ciekawe, momentami absurdlane pomysły fabularne w połączeniu z inteligentnie kreowanym dowcipem tworzą wartą poznania mieszankę. Oczywiście taki mix stylów ze swoją mało prawdopodobną fabułą zawęża grono odbiorców jej książek. Krąży plotka, że we Francji jeden z krytyków wręcz opluł autorkę. Nie wiem co go tak oburzyło skoro sama autorka przyznaje, że jej ksiązki nie są odzwierciedleniem prawdziwych związków międzyludzkich (oskarżana była o masochizm, sadyzm, perwesję, okrucieństwo).

Pozostaje mi jeszcze sprawdzenie czy autorka konsekwentnie spełnia założenia swojego stylu i planu wydawniczego.

Niewinne mścicielki, Karen BLixen

Niewinne mścicielki

Tytuł: The Angelic Avengers/Niewinne mścicielki

Autor: Karen Blixen

Wydawnictwo: Rebis

  Karen Blixen wydała „Niewinne mścicielki” pod nazwiskiem – Pierre Andrézel, który był zresztą jej kolejnym pseudonimem (Dinesen Isak, Osceola, Peter Lawless, Nozdref’s Cook, Tania Blixen – chyba się nie mogła zdecydować).   Swoją powieść w jednym z wywiadów nazwała „nieślubnym dzieckiem” – może przez ten infantylny tytuł i treść zakrawającą na dziewiętnastowieczny romans. No. ale pisarkę trzeba zrozumieć po powrocie do Danii (już po afrykańskiej przygodzie) zwróciła się z prośbą do wydawnictwa o zadatek pieniężny i stenotypistkę – wydawnictwo obie prośby spełniło. Tymczasem autorka nawet nie wiedziała o czym chce pisać, i jak to się mówi „poszła na żywioł”. Duńczycy i tak byli książką zachwyceni. Po pierwsze dlatego, iż trwała Druga Wojna Światowa i Dania była okupowana przez hitlerowskie Niemcy – więc nowe dzieło Blixen potraktowano jako alegorię uciskanego narodu. Po drugie: mimo całej improwizacji i paru niedociągnięć książka jest całkiem niezła.

 Ta melodramatyczna historia rozgrywa się  w dziewiętnastym wieku, w Londynie (tam się zaczyna). Dwie niewinne i piękne dziewczęta zostają bez opieki rodziny i przyjaciół, i jak łatwo się domyślić na takie pisklęta na pewno znajdą się amatorzy. Nie chcę tu zdradzać fabuły, ale chciałam wspomnieć o tym gdzie Duńczycy znaleźli tą alegorię uciśnionego kraju. Więc jak już pisałam dwie pannice oddają się opiece życzliwego i dobroczynnego pastora , który naprawdę ma diabelskie zamiary – tu właśnie naród duński dopatrywał się podobieństwa.

Akcja powieści trochę się wlecze i czasami zbacza na rzecz krótkich historii pojedynczych postaci (momentami trochę wprowadzonych „na siłę”), ale to ciągle jest ten bajkowy styl Blixen.  Wydaje mi się, że nie należy traktować tej powieści zbyt serio (w końcu autorka się do niej nie przyznawała ;), dręczona chorobą baronowa chciała się dobrze bawić pisząc ją. Cenię sobie tę pisarkę jeszcze za pełne humoru wypowiedzi, które świadczą o dużym harcie ducha – życie nie dało jej wielu powodów do śmiechu. Mąż nie dość, że ją zdradzał to jeszcze zaraził syfilisem. Nim wynaleziono penicylinę, przypadłość tę leczono między innymi małymi dawkami arszeniku – Blixen od tej terapii nabawiła się wrzodów żołądka.

Wywiad Eugene Walter z Blixen,The Paris Review, 1956  – http://www.theparisreview.org/media/4911_DINESEN4.pdf

Kategorie: literatura piękna / powieść

Urok łańcuszków

 Jestem kolejnym ogniwem w tym łańcuchu wydarzeń.

http://literatour2.wordpress.com/ ,  http://ajaczytam.blox.pl/htmllox.pl/html jeśli macie ochotę przyłączcie się do łańcucha.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

O tej wolnej od pracy.

2. Gdzie czytasz?

Tam gdzie nikt mi nie przeszkadza.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

A to ma znaczenie?

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Historyczne, antropologiczne, socjologiczne, fantastyczne, podróżnicze, belterystykę, biografie, autobiografie, kryminały

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?

Raymond Chandler "Un mordu"

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

Karen Blixen, Niewinne mścicielki

7. Co czytasz aktualnie?

H. Ch. Andersen "Baśń mojego życia", którą porównuje z "Życiem baśniopisarza" Jackie Wullschlager; "Un mordu" Chandlera (cienka książka w sam raz do torebki) i "Przechytrzyć psa" Ryan i Mortensena (mam wyjątkowo niesfornego psa).

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Zakładki gubię więc uzywam tego co mam pod ręką, paragonów, biletów, ulotek, i tak zaginam ośle rogi jak nie mam sobie czym zaznaczyć (skandal) a nawet piszę po książkach i podkreślam.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Sprawdzają się w trakcie nauki języków obcych.

10. Co sądzisz o ebookach?

Kompletnie nic.

Łotrzyca i łotrzyk, Janet Evanovich

One for the money

Tytuł: One for the Money/ Po pierwsze dla pieniędzy

Autor: Janet Evanovich

Wydawnictwo: Penguin Books

   Biorąc sobie do serca insynuację Założyciela Pierwszego Oficjalnego Fanklubu Śmietanki Literackiej przedstawiam najprawdziwszą super-łotrzycowatą bohaterkę: Stephanie Plum.

   Tej  niemotą nazwać nie można, a radzi sobie dziewczyna jak może w każdej sytuacji. Mały szantażyk rodzinny (niechlubny epizod z kaczką i kochanką kuzyna – śliska sprawa) i nowa praca załatwiona,  i to nie za byle jakie pieniądze, którymi można zastąpić tylko pleśń w lodówce, ale mówimy tu o sumie, która pokryje długi, pozwoli odkupić zastawione meble i jeszcze starczy na takie drobiazgi jak broń i kajdanki – akcesoria niezbędne na nowym stanowisku pracy. I tak nowy pistolet ląduje w słoiku z ciastkami a Stephanie wyrusza na łowy aby z godnym podziwu zaparciem zainkasować wymienioną wcześniej sumkę. No to teraz nikt już nie ma wątpliwości z jaką robotą będzie musiała poradzić sobie śliczna bohaterka i w jakiej sytuacji użyje kajdanek. Prawda?

Nowo upieczona łowczyni nagród, która nie ma zielonego pojęcia o swoim nowym fachu, rusza w pościg za zbiegłym mordercą. Niedoszłym więźniem jest miłośnik dziewiczych kwiatków, były policjant – Joe Morelli. Oczywiście Plum także kiedyś padła ofiarą jego zabiegów ogrodniczych. A skoro już raz z zemsty przejechała samochodem po Morellim, to czy strzelanie do niego może być trudniejsze? Napięcie pomiędzy nimi aż furczy, ale przecież nasza łotrzyca musi jakoś wykarmić siebie i swojego chomika. Cóż, każdy orze jak może.

Pełna tupetu bohaterka i charakterystyczny dowcip Evanovich przypadły mi do gustu. Niestety po jakimś czasie cała fabuła zaczyna bezwstydnie układać się pod główną bohaterkę. Za dużo w tej jednej książce przypadkowych zbiegów okoliczności, kiedy to dawni znajomi przypałętają się  w najmniej oczekiwanym, a jakże przydatnym momencie, a na pomoc zawsze pośpieszy doskonale wyszkolony komandos. Stephanie także zupełnie przypadkowo natyka się na zaginionego świadka (ci świadkowie to zawsze mają taki zwyczaj znikania i pojawiania się w najmniej oczekiwanych miejscach, i zawsze coś ukrywają) – fabuła jest momentami wyjątkowo schematyczna. To jest po prostu lekka i zabawna książka na jesienną chandrę.

A teraz cytat z pierwszej randki Stephanie Plum i Joe’go Morelli. Niestety nie dysponuję w tej chwili polską wersją językową książki (chociaż nie wiem czy po polsku autorka brzmi równie dowcipnie), stąd ten angielski.

” Two weeks later, at the age of six, with quaking knees and a squishy stomach, I followed Morelli into his father’s garage on the promise of learning a new game. (…)

„What’s the name of this game?” I’d asked Joseph Morelli.

„Choo-choo,” he’d said, down on his hands and knees, crawling between my legs, his head trapped under my short skirt. „You’re the tunnel, and I’m the train.”

Kategorie: kryminał / czytadło / na poprawę humoru