Emma, Jane Austen

Emma, Jane Austen, przełożyła Jadwiga Dmochowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996

 Emma_TomaszTesznarimages_product239788376230528

„Emma” miała być wytchnieniem, przyjemną lekturą, tymczasem tytułowa bohaterka niewymownie mnie drażniła. Dziewczę to całkiem inteligentne, wykształcone i piękne, zachowywało się jakby pozjadało wszystkie rozumy. Jej ojciec też mnie właściwie drażnił bo nie lubię hipochondryków. Chyba nie takich efektów spodziewała się Jane Austen pisząc swą powieść. Zapewne chciała rozśmieszyć czytelnika zachowaniami, ułomnościami i słabostkami swoich bohaterów, no i musiała w końcu jakoś zawiązać supeł fabularny, a jak, jeśli nie posługując się głupotą własnej bohaterki ogarniętej dobrymi chęciami. Ach jakże prawdziwe wydaje mi się tu przysłowie, iż dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Małe miasteczko, ścisłe grono z którym wypada się spotykać, parę śmiesznych typów, dodaj ze trzech kawalerów i tyleż samo panien i powieść gotowa. Emma jest dziewczęciem zepsutym przez rodzinę, na swoje szczęście czy nieszczęście, o poziomie inteligencji wyższym niż jej bliżsi, więc z wątpliwym prawem wyższości nad starszymi jej wiekiem. Utwierdzana przez najbliższych w przekonaniu, że wie lepiej, że jest nieomylna, kroczy przez życie beztrosko rozporządzając innymi i wydając sądy. Tak naprawdę jest kobietką dość samolubną i zadzierającą nosa. Oczywiście jedyna osoba, która ma widoki na utarcie jej nosa musi się w niej zakochać i skończyć z dydaktyzmem. Austen pognębi oczywiście swoją bohaterkę, ale nie na tyle by dać jej porządną nauczkę i jeszcze jako kobieta da jej satysfakcję usłyszenia  miłosnych zapewnień, bez potrzeby odkrywania swego własnego serca. Oczywiście wszystko skończy się jak najbardziej szczęśliwie, nawet dla biednej Harriet tak beztrosko zwodzonej przez Emmę, bo męscy bohaterowie wykazują tu jednak o wiele więcej zdrowego rozsądku niż płeć piękna i utrzymują sytuację w równowadze – no przynajmniej dwóch panów. Austen starała się rozłożyć te siły mniej więcej równomiernie.

Te wszystkie drobiazgi składające się na styl Jane Austen nie zadziałały dla mnie tym razem. Denerwowały mnie te dywagacje przy wyborze wstążek do sukienki, zabieraniu miejsc w powozach, setki drobiazgów dnia codziennego, jakieś koszyczki, koronki, liczne arkusiki listów. Jednym słowem czar pisarki nie zadziałał  i skończyłam książkę zniechęcona – może taki okres w życiu, że bawi mnie co innego, a złoszczą błahe drobiazgi, których jest tu po prostu za dużo jak na mój gust. 

Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Tytułowa bez serca, to córka pułkownika, dziewczę niezwykle piękne, pyszne i zarozumiałe. Bogini urody żyje wraz z ojcem w Wiedniu, na jej nieszczęście papa nigdy się dorobić nie umiał i młoda musi teraz nieźle kombinować, jak wydać się za świetną partię. Kobietka-kokietka ambicje ma wysokie, w ciemię bita nie jest i pragnie wykorzystać do oporu wszystkie swoje atuty. Ponieważ nie ma majątku, nazwiska czy koligacji tylko swą ładną buźkę tym bardziej trzeba podziwiać taką przedsiębiorczość i nieustraszoną ambicję. Co prawda zbliża się już do niebezpiecznej granicy wiekowej (ma 23 lata), ale przez ostatnie lata sporo się nauczyła w towarzystwie, do którego wszelkimi sposobami próbuje się wkręcić na własną rękę. Powolny i posłuszny jej we wszystkim ojciec nie stanowi żadnej realnej pomocy, do tego gospodyni, Balbina, z którą jest wiecznie na wojennej ścieżce. Wszystko dlatego, że papa kiedyś w zapale miłosnym zmajstrował sobie z nią drugą córeczkę. Taką właśnie zastajemy naszą heroinę – kapryśną, władczą, despotyczną a przy tym niezwykle obrotną, będącą własną stylistką, fryzjerką, agentem i PR-owcem a przy tym  panią swego losu, na tyle, na ile pozwalała jej XIX-wieczna obyczajowość. Istna femme fatal o czarnych oczach i alabastrowej cerze.

Po przemyśleniu stwierdzam, że Kraszewski ucina swą opowieść jakoś tak w środku, brakuje mi tu jakiegoś mocniejszego zakończenia. Fakt, że nieźle sobie pogrywał z fabułą i losy Roliny nie są dla czytelnika do końca przewidywalne, jednak brakuje mi tu jakiegoś bardziej stanowczego zakończenia, które nadałoby tej powieści jakąś bardziej spójną całość. Pozostaje ona przez to jedynie pobieżnym studium natury femme fatal, która przeżyła swoje wzloty i upadki. Rolina mimo dość stereotypowych cech jakimi obdarzył ją powieściopisarz wyróżnia się swoistym fatalizmem dla własnego losu. W pewnym momencie życia zdaje sobie sprawę, że nawarzyła sobie kaszy, ale nie rwie włosów z głowy a zdaje się dalej na owe niepewne wody doli i niedoli. Jest kobietą niezwykle pewną siebie, wręcz zadufaną, ale wie czego chce. Właściwie to ja ją od razu polubiłam i nie mogłam potępiać. Wyróżnia się na tle powolnych, niepewnych dziewczątek, które mogą szafować jedynie swą cnotą i niewinnością, ta nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ma wady jak każdy i czerpie z życia pełnymi garściami. Jest bezczelna, ale nie spoczywa na laurach, uczy się szybko bo i nie raz dostaje od życia po łapach. Podobało mi się, że zaraz po obowiązkowej aczkolwiek krótkiej rozpaczy, bierze się do działania na własną rękę. Wie, że jedynym ratunkiem dla niej jest małżeństwo, tylko bogaty mężczyzna może spełnić jej oczekiwania, nie zawraca sobie więc głowy bankrutami – całkiem zresztą słusznie. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby wyszła za mąż za ubogiego hrabiego zatrułaby życie sobie i jemu – jest więc w pełni świadoma własnych wad i bynajmniej nie ma zamiaru przechodzić przemiany duchowej dla ustatkowania się. Kompromis to obce jej słowo. Dzielna dziewucha.

„Bez serca” to powieść kosmopolityczna, z akcją w Wiedniu, Berlinie i „u wód”, poruszająca doskonale już znane czytelnikom motywy. Pewna uniwersalność losów niektórych z bohaterów powoduje, że akcja może mieć miejsce niekoniecznie w XIX wieku i niekoniecznie w Wiedniu. Albo ja mam szczęście trafiać na dość zaradne bohaterki w powieściach Kraszewskiego, albo sam pisarz chciał coś przekazać swoim ówczesnym. Pewnego smaczku historii dodaje fakt, że pierwowzór Roliny omotał i naszego Kraszewskiego, zraniona duma mężczyzny znalazła ujście w pisarstwie.

Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey

Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey, przekład Janusz Szczepański, Rebis

kroloweszesczonhenrykaviiidavidstarkey168173

O żonach Henryka VIII napisano już wiele, a od kiedy możemy jeszcze oglądać Tudorów w telewizyjnym serialu, fascynacja tym rodem królewskim zatoczyła jeszcze szersze kręgi. To inspirujące, że tylu ludzi próbuje na nowo ożywić historię, niekoniecznie trzymając się faktów, ubarwić historię, której jak twierdzi Starkey wcale ubarwiać nie trzeba. Bo i jej bohaterowie są niezwykli, już poza samym królem, który szukał w małżeństwie miłości a nie prowadził polityki dynastycznej co jest dosyć niezwykłe. Powtarzając za historykiem mamy tam – Świętą, Intrygantkę, Popychadło, Tępą Grubaskę, Seksownego podlotka i Sawantkę – do wyboru, do koloru.

Książka podzielona jest na trzy części, pierwsze najobszerniejsze dotyczą dwóch pierwszych żon Henryka VIII, Katarzyny Aragońskiej i Anny Boleyn, a wieńczy je małżeństwo z Anną Seymour. Ostatnia, najkrótsza, przy poprzednich wręcz skromna traktuje o ostatnich szczęśliwych białogłowach króla wiecznie poszukującego szczęścia w małżeństwie, czyli Anna Kliwijska, Katarzyna Howard i Katarzyna Parr.

Książka Davida Starkeya była dla mnie doskonałą lekturą, przesyconą ironicznym i dość luźnym jak na publikację historyczną stylem. Jednym słowem same plusy. Wydaje się, że tyle powiedziano już o licznych małżeństwach tego króla, a tu proszę, można dopisać coś jeszcze, w ciekawy sposób dodając powiewu świeżości mocno już wyeksploatowanej historii.

Amulet, Roberto Bolano

Amulet (Amuleto), Roberto Bolano, przełożył Tomasz Pindel, MUZA, Warszawa 2011

 Amulet_RobertoBolanoimages_product79788374959438

Nie przygotowałam się w ogóle na spotkanie z Roberto Bolano dlatego byłam dość zaskoczona jego stylem. Jakoś z początku rozśmieszył mnie ten sposób narracji, prosty, żywy, plastyczny, ale z drugiej strony przypominający opowiadanie babci klozetowej.

Auxilio Lacouture, Urugwajka, przybywa do Meksyku w latach sześćdziesiątych. Jest kobietą niezamężną, bez stałego zatrudnienia, papierów czy domu. Można powiedzieć bohaterka oderwana od stałej, pewnej i określonej przez standardy rzeczywistości.

„Ale ważne jest to, że pewnego dnia przyjechałam do Meksyku, nie bardzo wiedząc po co ani na co, ani jak, ani kiedy.”

Pomieszkuje u licznych przyjaciół, romansuje z poetami i wykonuje dorywcze prace na uniwersytecie, gdzie bez przerwy udaje się jej jakoś zaczepić dzięki protekcji znajomych. Nazywa siebie „matką poezji meksykańskiej” trudno mi powiedzieć czy dlatego, że otacza iście matczyną troską wszelkiej maści poetów, czy dlatego, że sama też coś tam pisze. Gdy w 1968 r. na uczelnie wtargnęły siły policyjne, kobieta akurat była w toalecie gdzie pozostała do końca akcji i jeszcze kilka tygodni dłużej. Żeby mieć co robić zaczyna wspominać najważniejsze wydarzenia ze swego życia, przeplatać je anegdotami, skacząc z tematu na temat.

„Pomyślałam: jestem w damskiej łazience na Wydziale Filologicznym i jestem ostatnią, która została. Zmierzałam na salę operacyjną. Zmierzałam ku porodowi Historii. I pomyślałam też (bo głupia nie jestem): wszystko się skończyło, grenadierzy poszli sobie z uniwersytetu, studenci zniknęli na Tlateloco, uniwersytet znów się otworzył, ale ja nadal siedzę zamknięta w ubikacji na czwartym piętrze, jakby od tego ciągłego prześlizgiwania się księżyca po płytkach otworzyła się jakaś brama, niebędąca portalem smutku, tylko kotinuum czasowym.”

Wśród wspominek naszej party-girl znalazło się wielu ludzi kultury prawdziwych i wymyślonych, deportowanych pisarzy, młodych poetów, między innymi też swoisty sobowtór autora książki – nastoletni Arturo Bolano. Trudno mi się ustosunkować do tej mini powieści przypominającej po trosze brytyjskich postmodernistów piszących pod wpływem Latynoamerykańskiego magicznego realizmu. Do tego wypełnionej iście lingwistycznymi fajerwerkami. Skomplikowana sprawa.

Podmorska wyspa, Isabel Allende

Podmorska wyspa (La Isla Bajo el Mar), Isabel Allende, przełożyli Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski, MUZA, Warszawa 2011

Podmorskawyspa_IsabelAllendeimages_product19788374959711

Na najnowszą książkę Isabel Allende czekałam z niecierpliwością, ciekawa czy pisarka i tym razem podoła czytelniczym wymogom. Czytając poprzednie powieści tej autorki mogłam zapomnieć o bożym świecie i zanurzyć się spokojnie w światach przez nią wykreowanych, rozpieściła czytelnika ciekawą fabułą z odrobiną historii i faktów umiejętnie w nią wmiksowanych, soczystym stylem.

Akcja „Podmorskiej wyspy” toczy się na Karaibach i w Nowym Orleanie, pod koniec XVIII wieku obfitującego w wydarzenia historyczne – rewolty niewolników, rewolucje francuska, amerykańska wojna o niepodległość, nic tylko przebierać. Tło wydarzeń jest więc niezwykle barwne i krwawe. Kilka rodzajów narracji pozwala nam zerknąć do dusz wielu postaci i poznać zdarzenia z szerszej perspektywy. Główna bohaterka, Zarite zwana pieszczotliwie Tete, jest niewolnicą, która trafia na plantację trzciny cukrowej, by opiekować się żoną Toulousa Valmoraina, która jest osobą o słabym zdrowiu i jeszcze słabszym umyśle. Wkrótce pani całkiem rozum odejmuje, a Tete staje się niezbędną służącą w posiadłości, potrzebną zarówno mężowi jak i jego małżonce. Dziewczyna ma pełne ręce roboty z panią, która jest niespełna rozumu i panem, który musi znaleźć gdzieś ujście dla swych seksualnych frustracji, a że czarna służąca jest pod ręką, to dalszego ciągu można się domyślić. Wkrótce jednak bunty niewolników zagrażają białym plantatorom, którzy są zabijani w brutalny i bezlitosny sposób, a ich posiadłości niszczone. Pełna dobroci Zarite ratuje z takiego nocnego rajdu swego pana i jego syna. Ich losy będą teraz już splątane na zawsze misterną siatką wzajemnych powiązań.

Niektóre z postaci to dość skomplikowane charaktery, zwłaszcza Valmorain, właściciel plantacji, który w młodości miał dość wywrotowe poglądy wolnościowe, później przechodzi kilka przemian. Od naiwnego młodzieńca do bussinesmana zbijającego fortunę i decydującego o ludzkim życiu, aż po przepełnionego wyrzutami sumienia starca. Ma typowe dla swej klasy poglądy, usprawiedliwia się w ten sam sposób ze swego okrucieństwa, co tysiące mu podobnych. W ogóle odniosłam wrażenie, że pisarka próbowała uczynić swą powieść jak najbardziej uniwersalną, z typowymi przedstawicielami ówczesnych czasów i ich problemami. Znajdziemy tu więc niezwykle okrutnego nadzorcę niewolników o nieskończonej władzy, potulnych helotów i tych, którzy po trupach będą chcieli zdobyć wolność, typy wiecznie optymistyczne, piękne oraz namiętne kobiety. Pieniądze, władza, uroda – czyli to co zawsze, z dodatkiem bezwzględności, okrucieństwa, dusznej atmosfery i miłości.

Fabuła jakoś tak nie do końca się klei jak dla mnie, wydaje mi się, że Allende za wiele tu chciała przemycić. Porozsypywani bohaterowie, których połowa jest pretekstem do przedstawienia zdobytych przez autorkę informacji.  Sama opowieść jest snuta całkiem zgrabnie i ze znawstwem doświadczonego powieściopisarza, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy umknęły, a innych jest za dużo. Pisarka na pewno mnóstwo czasu spędziła nad materiałami źródłowymi i momentami trochę na wcisk dodaje kolejne informacje oraz fakty, które mogłaby po prostu umieścić w przypisach. Myślę, że tą książkę trzeba czytać w upalne dni, gdy żar leje się z nieba, a my obładowani niekoniecznie zmierzamy na plantacje trzciny cukrowej ale np. na plażę, ewentualnie przekopujemy w pocie czoła grządki z truskawkami. Takie czytadło z ambicjami.

Wspomnienia niebieskiego mundurka, Wiktor Gomulicki

Wspomnienia niebieskiego mundurka, Wiktor Gomulicki, Ibis

 wspomnienia_niebieskiego_mundurka

Trójka dzieciaków znajduje niebieski kołnierz i zasypuje swego tatę ciekawskimi pytaniami o jego pochodzenie. Pociechy ze zdziwieniem dowiadują się, że w końcu XIX wieku, w Pułtusku, uczniowie nosili niebieskie mundurki. Naprowadzony na ścieżki wspomnień tato zaczyna wydobywać z pamięci zapomniane anegdoty z okresu swej początkowej edukacji.

Chłopięca natura bardzo się chyba nie zmieniła od czasu gdy Wiktor Gomulicki spisywał „Wspomnienia niebieskiego mundurka”. Jest tu owa nieokiełznana siła młodzieńcza, z jej butnością, hardością, ciekawością świata. Zawierane są przyjaźnie na śmierć i życie nad garncem miodu, dokonywane są czyny bohaterskie i odstawiana fanfaronada do spółki z bezmyślnością. Pierwszoklasiści to knoty, dzieci nie mające bladego pojęcia o życiu w szkole i jej poważnych wymogach. Jest tarmoszący za czupryny nauczyciel francuskiego, lubiący powtarzać podstawy łacinnik, Rosjanin o przychylnej duszy, surowy inspektor. Gmach szkolny i przewidziane pięć klas podstawowych to szkoła życia i kręta ścieżka edukacji, nie wszystkim też będzie dane poznać jej koniec. Niektórzy z chłopców nie poradzą sobie z wymaganiami ciała pedagogicznego, inni wrócą na wieś pomagać rodzicom, a jeszcze inni zostaną ożenieni przez zaradnych ojców ku całkowitej zgrozie swoich kolegów.

Przygody męskiej progenitury są barwne, czasem niebezpieczne – czyta się to z raczej z uśmiechem rozbawienia na ustach. Miło jest się zagłębić w te niewinne psoty. Poznajemy prymusów, lizusów, leniuchów, krętaczy i przyszłych businessmanów, którzy za bułki z masłem sprzedają naostrzone stalówki albo z dobroci serca starannie kaligrafują nazwiska na zeszytach. Dowiemy się jak przycinano stalówki do piór i ręcznie sporządzano piłki do gry. Uczniowie pochodzą z różnych warstw społecznych, mamy synów urzędników z miasta, chłopskie dzieci i małych brzdąców rzemieślników, którzy zwykle przez swą zaradność i talenta cieszą się poważaniem wśród kolegów. Te światy się ścierają, rzeczywistość dla każdego z chłopców jest inna dlatego z ciekawością, a często i zdziwieniem popatrują na towarzyszy w ławkach.

Książka jest po prostu urocza, niesamowicie nostalgiczna, pisana piękną, barwną polszczyzną.

„To nie „knoty” przyszli, nie urwisy, nie zrywacze kwaśnych jabłek, nie otrząsacze robaczywych gruszek. To raczyła nawiedzić ogród zamkowy arystokracja szkoły: same piąto-klasisty, ptaki na wylocie, którym rektor doręczyć ma jutro patenty, a wraz z patentami prawo noszenia stroju cywilnego, zapuszczania bród i wąsów, chodzenia z laskami, grywania w bilard, zaciągania się papierosem.”

– Miałem skoczyć z huśtawki – mówi wesoło.

– Tak. Z huśtawki rozbujanej. Skoczyłeś?

– Skoczyłem.

– I cóż?

– Ano, niech powiedzą świadkowie. Występuje Sitkiewicz i dwaj inni jeszcze.

– Chcieliśmy do tego nie dopuścić – mówi Sitkiewicz – ale smarkacz uparł się i skoczył.

– Ty, Sitko – woła zaperzony malec – tylko bez „smarkaczów”! „Balonikiem” pozwalam się nazywać, ale za „smarkacza” możesz oberwać.

– Skoczył – ciągnie tamten, nic sobie z pogróżek nie czyniąc – no, i naturalnie, rękę złamał.

– Kłamiesz. Nie złamałem, lecz zwichnąłem.

– Jedno licho.

– Nie jedno. W tydzień później mogłem już był skakać po raz drugi.

– Spodziewam się – zauważył Kuszkowski dobrotliwie – żeś tego nie zrobił!

– Wariatem przecie nie jestem!

Śmieją się słuchacze – śmieje się i arbiter.

– Jakże zatem – pyta ostatni – zapatrujesz się dziś sam na swoje bohaterstwo?

– Że jest odpowiedniejsze dla małpy niż dla człowieka.”

Nieszczęsny narzeczony Aurelii, Mark Twain

Nieszczęsny narzeczony Aurelii (Aurelia’s Unfortunate Young Man), Mark Twain, PIW 1960

nieszczesny_narzeczony_aurelii_mark_twain

Po tym jak przeczytałam po raz pierwszy „Przygody Tomka Sawyera” i „Przygody Hucka Finna” od razu pokochałam dowcip i styl Marka Twaina, żałowałam, że nie sięgnęłam po jego książki dużo wcześniej. „Nieszczęsny narzeczony Aurelii” to zbiór przeróżnych felietonów, które owe poczucie humoru pisarza posiadają w stanie skondensowanym do tych krótkich form literackich.

Tytułowe opowiadanie to historia Caruthersa, którego pokochała Aurelia, młodzi zaręczyli się w błogiej szczęśliwości oczekiwali na ślub, jednak narzeczony zapadł na ospę, która go trwale oszpeciła. Na szczęście jego wybranka miała dobre serduszko i nie odwołała ślubu z tak nie twarzowego powodu, tylko przeniosła go na późniejszy termin, cóż z tego, gdy nasz fajtłapa znowu się uszkodził i znowu stracił trochę więcej ze swego męskiego czaru. Dzielne dziewczę powalczyło z sumieniem i postanowiło, że raz danego słowa się nie cofa. Jednak w tym tempie rozkładu jakiemu poddaje się przez nieszczęśliwe przypadki Caruthers, kto wie co z niego pozostaje i czy młoda dziewczyna wytrwa w swym honorowym postanowieniu.

W takim właśnie tonie, niepoważnym, drwiącym, pełnym humoru pisze Mark Twain swoje opowiadania. Bierze na warsztat typowe dla ludzi zachowania, postawy czy cechy charakteru, np. hipokryzję, chciwość, obłudę, naiwność, prostactwo, wyolbrzymiając je, tworząc groteskowe postacie, niepoważne oraz nieprawdopodobne wydarzenia. Wyśmiewa słabości Amerykanów i szydzi z nich w komiczny sposób. W dość pomysłowy sposób krytykuje naturę kobiecą i jej ułomności, ale nie można się gniewać gdyż robi to w taki dobroduszny i pełen dowcipu sposób. Dość, że nie oszczędza i samego siebie, jest obecny w niektórych z felietonów jak choćby w przezabawnej „Groteskowej autobiografii”.

Artur Twain był człowiekiem niewątpliwie wybitnym: pełnił on zaszczytne funkcje poborcy rogatkowego w epoce Wilhelma Rufusa. Mając lat mniej więcej trzydzieści udał się do jednego z owych wspaniałych, staro angielskich miejsc wypoczynkowych, zwanego Newgate, skąd nie było mu już dane powrócić. Zmarł tam nagłą śmiercią.

 August Twain narobił sporo zamieszania około 1160 r. Był to jegomość pełen humoru. Miał zwyczaj ostrzyć swą starą szablę, zaczajać się nocą w różnych zaułkach i rzucać się na przechodniów. Istnieją podejrzenia, że przeszywał on ludzi szablą, wyłącznie zresztą po to, aby obserwować ich zabawne konwulsje. Miał on wrodzone poczucie humoru. Ponieważ jednak posunął się w tej dziedzinie nieco za daleko, władze przychwyciwszy go na tego rodzaju igraszce, oddzieliły jedną część jego ziemskiej powłoki od drugiej. Część ta została umieszczona w pięknym i wyniosłym miejscu na Temple Bar, skąd przodek mój mógł się swobodnie przypatrywać ludziom i spędzać czas na godziwej rozrywce. Żadne miejsce nie przypadło mu nigdy tak bardzo do gustu i do żadnego miejsca nie przywiązał się nigdy na tak długo.

 Nasze drzewo genealogiczne wykazuje przez następne dwa wieki szereg szlachetnych rycerzy, którzy szli zawsze do bitwy z pieśnią na ustach tuż za armią i cofali się z dzikim wrzaskiem na jej czele. (…)”

Polecam jako odtrutkę na chandrę, trzy razy dziennie po jednym utworze, gdyby efekty nie były od razu widoczne proponuję zwiększyć dawkę. W zbiorku znajdziemy:

– Groteskowa autobiografia
– Jak redagowałem dziennik w Tennessee
– Nieszczęsny narzeczony Aurelii
– Jak kandydowałem na gubernatora
– Podróż międzyplanetarna
– Sytuacja bez wyjścia
– Dzieje grzecznego chłopczyka
– Dzieje niegrzecznego chłopczyka
– Literatura o wspaniałomyślnych uczynkach
– O fryzjerach
– Chłopczyk, policjant i Chińczycy
– Okazowy staruszek
– Rewolucja w Pictairn
– Ludożerstwo w wagonach
– Dzieje Wenus z Kapitolu
– Człowiek, który zdemoralizował Hadleyburg
– Pani McWilliams i dyfteryt
– Pani McWilliams i pioruny
– Rozczarowanie
– Obraz
– Sprawa wielkiego kontraktu mięsnego
– Rogers
– Romans eskimoski

Perswazje, Jane Austen

 Perswazje (Persuaasion), Jane Austen, tłumaczyła Ewa Partyga, Prószyński Media 2008

 perswazje_jane_austen

 Ze wszystkich powieści Jane Austen „Perswazje” są tą najmniej komiczną, a najbardziej skupiającą się na uczuciach bohaterów, niezwykle romantyczną i  nostalgiczną jednocześnie.

 Anna Elliot z Kellynch Hall to stara panna z pewnym bagażem doświadczeń, doskonałym urodzeniem i odpowiednimi koneksjami. Żyje w rodowej siedzibie wraz ze swą starszą siostrą oraz rozrzutnym i bardzo nieodpowiedzialnym ojcem. Długi papy doprowadzają do tego, że rodzinka musi się wynieść z posiadłości, do mniejszego mieszkania w Bath. Przypadkiem Kellynch Hall wydzierżawia admirał Croft, który zupełnym trafem skoligacony jest z byłym narzeczonym Anny, kapitanem Wentworthem. Małżeństwo nie doszło do skutku gdyż niedoszły małżonek nie miał odpowiedniego urodzenia oraz majątku, a młode wówczas dziewczę uległo namowom rodziny i przyjaciół, którzy chcąc jej dobra wyperswadowali jej ten mariaż. Jak możemy się domyślić po ośmiu latach biedny kapitan dorobił się pozycji i majątku w świecie i nie był już taki biedny.

 Główna bohaterka jest kobietą na wskroś zwyczajną, nie wyróżniającą się niczym, o łagodnej, hojnej naturze, z niezwykłą cierpliwością znosi zachowania i kaprysy najbliższych gdzie mi już by żyłka pękła. Czyli postać dość nudna jak na powieść, ale w jej zwyczajności tkwi siła. Autorka bardzo subtelnie rozprawia się tu z wadami swoich bohaterów, nie kpi z nich tak bardzo jak w innych powieściach. Satyryczna nuta jest obecna, ale ledwie słyszalna, tu bardziej liczy się napięcie emocjonalne międy parą zakochanych, uczucia. I przede wszystkim ogromne pokłady romantyzmu jakie tkwią w tej historii oraz wypowiedziach bohaterów. Tu też mamy do czynienia z ośmieszeniem konwenansu, ale na mniejszą skalę. Co mi się podoba to, to że tym razem pałeczkę działania przejęła kobieta, to ona ma ostateczne prawo decyzji i szansę na kierowanie własnym losem. Znajduje się w lepszej sytuacji materialnej oraz na wyższym szczeblu koligacji społecznych, choć z drugiej strony grozi jej staropanieństwo i samotność. Grunt, że może decydować o własnym szczęściu, a inni moga ją tylko przekonywać. 

Ile by mogła dziś powiedzieć Anna Elliot – a przynajmniej jak wymowne byłyby dziś jej uczucia opowiadające się za wczesną gorącą miłością i pogodną wiarą w przyszłość, a przeciwko zbyt przezornej ostrożności, która obraża wszelki wysiłek ludzki i świadczy o braku wiary w opatrzność. Zmuszono ją za młodu do rozwagi, nabrała romantyczności z wiekiem – naturalne to konsekwencje nienaturalnego początku.

Arka Noego, Marianne Fredriksson

Arka Noego (Syndafloden), Marianne Fredriksson, Świat Książki 2000

 arka_noego_fredriksson

Książka szwedzkiej pisarki jakoś sama wpadła mi w ręce i zanim się obejrzałam już czytałam o pracowitych przygotowaniach Noego do budowy ogromnej łodzi. Marianne Fredriksson ożywia zamierzchłą opowieść biblijną by jeszcze raz powołać do życia mityczne, obrosłe w legendy postaci. Mamy możliwość zajrzeć do stoczni biblijnego patriarchy i poznać jego rodzinę. Obraz jaki stworzyła pisarka okazuje się być niezwykle ludzki i żywy, bynajmniej nie uduchowiony czy mistyczny.

Czytając o codziennym życiu mieszkańców Sumeru widzimy jak wielką rolę odgrywała wtedy religia. Bogowie byli integralną częścią życia, nie dyskutowano czy istnieją,tylko zastanawiano się ilu ich jest. Nie kwestionowano ich boskiej mocy i wpływu na codzienne życie. Noe i jego rodzina wierzą w Boga, w którego wiara została zakazana. Państwo podzielone jest przez waśnie, bogactwo kulturowe za to ogromne, ilość, niezwykłych ludów i ich wierzeń oraz podań nieograniczona. Widzimy jak w spokojne i ustabilizowane życie Noego wdziera się niepostrzeżenie boży posłaniec, który zleca budowniczemu łodzi wybudowanie arki. Patriarcha rodziny przepełniony jest naturalnymi w takiej chwili wątpliwościami. Czy to możliwe żeby wybrano właśnie jego, czy Bóg naprawdę chce zgładzić ludzkość, czy to nie oszustwo? Tylko Naema, żona Noego, nie ma żadnych wątpliwości, nie wacha się ani chwili, przekonuje męża do działania. Jednakże nasz bohater mimo tego, że zaczął już wstępnie załatwiać sprawy związane z tak ogromnym przedsięwzięciem, nie dowierza, dopóki sam Stwórca nie przemówi do niego i nie poprze swych zamiarów czytelnymi dla ludzi obrazami.

Czytelnik ma okazję spojrzeć na legendarnych bohaterów przypowieści od nowej strony, nawet mogę powiedzieć „od kuchni” – bo niebagatelną rolę w tej historii odgrywają kobiety. Co jak co, ale ktoś musi całe to towarzystwo nakarmić, ubrać, zadbać o dzieci, wspierać chwiejących się mężczyzn, pomagać wreszcie w sprawach organizacyjnych. Żony synów Noego kierują nie tylko gospodarstwem, one sprawują taką cichą władzę, niekiedy dyskretnie, innym razem całkiem otwarcie wtrącają się do wszystkiego. Każda z nich jest inna i każda dzięki przedsięwzięciu Noego poznaje swoją prawdziwą wartość, nabiera pewności siebie, odkrywa ukryty talent. Fakt , że dopiero w chwili niezwykłej, wymagającej od rodziny jedności i zorganizowania stwarza dla nich dopiero okazję do poznania własnego ja. W końcu wszyscy oni są tylko ludźmi wobec boskich, niezbadanych wyroków, czują gniew, złość, strach i odpowiedzialność za członków swej rodziny. Lektura w sam raz na deszczowe dni.

„Może jest tak, że nigdy nie zdołamy zrozumieć co to jest Bóg, dlatego kształtujemy go na nasze własne podobieństwo.”

Penmarrick, Susan Howatch

Penmarrick, Susan Howatch

 penmarrick_susan_howatch

„Penmarrick” to potężna saga rodzinna z rodową posiadłością i wzgórzami Kornwalii w tle. Książka do której trochę trudno mi się ustosunkować, z jednej strony nieźle napisana, z niebanalnymi postaciami i ciekawym pomysłem na fabułę, z drugiej nużąca i momentami stanowczo przydługa.

Tytułowy Penmarrick to dwór nad brzegiem morza, który pradziad rodziny wygrał w kości. Wspaniały budynek będzie wzbudzać wśród kolejnych pokoleń kornwalijskiej rodziny zazdrość, namiętność oraz pożądanie, zapewni każdemu z męskich potomków odpowiedni status społeczny i ugruntuje nienawiść między nimi – czyli jak w dobrej sadze rodzinnej. Losy samej familii zaczynamy śledzić od Marka, który dziedziczy rodowe gniazdo i osiedla się w nim z wybranką serca Janną, ma to miejsce w połowie XIX wieku. Będzie nam dane poznać dzieje ich synów, które obejmą w czasie jeszcze koniec drugiej wojny światowej. Czyli ramy czasowe powieści sięgają ery wiktoriańskiej i kończą się w 1945 r. – całkiem niezły rozstrzał.

Bardzo mi się podobały postacie, które autorka potrafiła ożywić i przede wszystkim sprawić, by nie było tu czytelnego podziału na czerń i biel. Każdy bohater jest odrębnym człowiekiem pełnym wad i zalet, w każdym z nich możemy dopatrzyć się czegoś dobrego, a jednocześnie nie brakuje im grzeszków na sumieniu, mrocznych tajemnic, niezbadanych zakamarków duszy – to plus tej książki. Do tego narrację oddaje pisarka po kolei pięciu głównym osobom, ich relacje przenikają się, pozwalają czytelnikowi na szerszy ogląd ich natur, dają sznasę na ponowne ustosunkowanie się do ich czynów. Do tego oryginalny pomysł Howatch by ich losy były odbiciem życiorysów pierwszych Plantagenetów, Mark to Henryk II, Janna – Eleonora Akwitańska, ich syn Filip to oczywiście Ryszard Lwie Serce, a najmłodszy to Jan bez Ziemi. Koncept, który dodał lekturze smaczku. Jeśli chodzi o samą historię to nie koniec bo przecież ingeruje ona  w życie bohaterów sagi, zwłaszcza pierwsza i druga wojna światowa. Trochę mało tu tego XIX wieku, znaczy nie ma tu opisu powłóczystych sukien i świec płonących w kandelabrach, brak tu takich szczegółów kreujących nastrój i wprowadzających czytelnika w okres, którym ma miejsce akcja. Jednych to na pewno ucieszy, innych zawiedzie. Ta zewnętrzna rzeczywistość najbardziej daje znać o sobie gdy rozpoczyna się narracja Filipa i jednocześnie poznajemy jago największą namiętność – kopalnie cyny, w końcu to Kornwalia.

Minusem dla mnie były częste momenty, w których akcja zwalniała do zera. Ja rozumiem, że autorka starała się skupić na portrecie psychologicznym swoich postaci, ale oni zbyt często się powtarzają, za wolno dochodzą do pewnych wniosków i bez przerwy kłócą się o to samo – zwłaszcza liczne potomstwo płodnego Marka. Wzajemne sprzeczki i pretensje są niezmiennie te same. Za to myślę, że obraz małżeństw i ich problemów nie jest taki prosty i oczywisty – jak w życiu i tu kolejny plus dla pisarki.

Generalnie słuchałam audiobooka, więc nie było tak źle, długie momenty nie nużyły tak bardzo. Sama powieść przypomina mi bardzo „Przeklętą krew” Daphne du Maurier, tam też znajdziemy podobne klimaty i motywy.