Paradyzja

Paradyzja, Janusz Zajdel

Cóż, na Paradyzji to ja bym mieszkać nie mogła – nie mają grzebieni i książek więc odpada. Pomijam jż nawet tysiące innych niedogodności, jak choćby pomieszkiwanie w kontenerze bez okien, choćby międzyplanetarnym. W mojej recenzji postaram się nie zdradzić za wiele aby nie psuć innym, potencjalnym czytelnikom „Paradyzji” dobrej zabawy.

Główny bohater, Rinah, udaje się na Paradyzję, ziemską kolonię, która uniezależniła się od Matki Ziemi. Jej mieszkańcy prowadzą ograniczone życie w czymś w rodzaju gigantycznego pierścienia orbitującego w pobliżu planety Tartar gdzie wydobywają cenne złoża. Handel wymienny z Ziemią kwitnie, ale mieszkańcy orbitalnej kolonii drżą przed Ziemianami i żyją w wiecznym strachu przed atakiem czy sabotażem. Poczynania każdego Paradazyjczyka są pilnie obserwowane przez szereg zabezpieczeń, kamer, nasłuchów i identyfikatorów – a wszystko to w imię bezpieczeństwa ogółu. Nie wolno więc bez specjalnego zezwolenia zjechać windą na inne piętro, bo gdyby tak wszystkim popuścić cugli to by zaczęli latać po wszystkich piętrach w nieskoordynowany sposób i zakłócili by ruch kołowy stacji. Ponieważ ludzka pomysłowość nie zna granic każdy z mieszkańców tego błogiego miejsca opanował pewne sposoby wyprowadzania w pole wszechobecnej inwigilacji.

 Generalnie to książka od razu mnie wciągnęła i zanim się obejrzałam już było po opowieści. Pomijając moją słabość do totalitarnych wizji państw, czy tak jak w tym przypadku kolonii, stwierdzam, że to była całkiem dobra lektura. Pisarz miał ciekawy pomysł i rozprawił się z nim krótko, nie naciągając zbytnio fabuły ani czasu czytelnika. Nie znajdziecie tu nudnych dłużyzn mimo iż samej akcji jest tyle co na lekarstwo. Pisarz skupia się na przedstawieniu życia na Paradyzji, inwigilacji jej mieszkańców, sposobów na wymykanie się systemowi. Myślę, że powieść autora ciągle można czytać z zainteresowaniem, wiele z podjętych przez Janusza Zajdla tematów jest nadal aktualnych. Po pierwsze państwa totalitarne nadal istnieją, a rozważania na temat poczucia wolności, tego co jest etyczne, sposobu sprawowania władzy raczej nigdy się nie przedawniają.

Lawinia

To kolejna książka, której autorka postanowiła znów powołać do życia historię niezwykle starą i obrośniętą w legendy. Tym razem na warsztat poszedł Wergiliusz ze swoją „Eneidą”.  Sam Rzym też, jak przyznaje pisarka, z początków swego istnienia, to jej wielka fascynacja. Biorąc pod uwagę klasyczne wykształcenie tej amerykańskiej pisarki i pozytywne recenzje jej utworów z przyjemnością zagłębiłam się w jej powieść.

Lawinia, córka króla Latynusa, to nasza przewodniczka po starożytnym świecie i nie okazuje się tu postacią marginalną tak jak w poemacie Wergiliusza. Możemy ją tu lepiej poznać i jak się okazuje naturę ma niezależną, a osobowość silną. Italska królewna zaczyna snuć swą opowieść od swych lat dziecinnych na zamku ojca. Widzimy jak dorasta i jak w konkury uderzają zalotnicy, między  innymi niesławny Turnus. Wydarzenia toczą się szybko i właściwie to na poziomie fabularnym niewiele się tu dzieje, zwłaszcza jeśli czytelnik zna pokrótce treść „Eneidy”.

Styl Le Guin jest wyważony, delikatny i poetycki, przy czym bardzo pasuje do opowiadanej tu historii. Chciałam też podkreślić, że jest to przede wszystkim powieść historyczna. Dbałość o trzymanie się faktów, wiele szczegółów z życia codziennego, funkcjonowanie miast-państewek. Naszym bohaterom nie ukazują się bogowie zstępujący z Parnasu, największą moc ma tu przyroda, drobne, rytualne czynności, jak wrzucenie świętej soli do ognia, mają duże znaczenie. Wizje nawiedzające ludzi mają miejsce w świątyniach przy płonącym ogniu, przypominają też raczej marzenia senne a nie ogłaszaną wolę bogów. Przeznaczenie ma tu wymiar natchnienia oraz objawienia, któremu człowiek posłusznie się poddaje.

Pieśń łuków. Azincourt – Bernard Cornwell

Azincourt, Bernard Cornwell

azincourt, Bernard Cornwell

Od bitwy pod Azincourt minęło już niemal 600 lat a nadal rozpala gorące dysputy historyków, spektakularne zwycięstwo Anglików nad dużo liczniejszymi oddziałami francuskimi jest przyczyną sporów i coraz to nowych opracowań historycznych. Temat idealny na powieść, mała ilość materiałów źródłowych pozwala na zapełnienie czarnych plam wyobraźnią. Bernard Cornwell jest doświadczonym pisarzem historycznych powieści o wyrobionym stylu. Myślę, że potrafi porwać czytelnika i przenieść go w zawieruchę historycznych wydarzeń. Pisanie książki zostało poprzedzone licznymi lekturami, a nawet odwiedzinami Azincourt. Do tego autor otwarcie wyznaje gdzie poniosła go wyobraźnia i co postanowił podkolorować.

Główny bohater Nicolas Hook nie wzbudził mojej sympatii, wydał mi się dość sztywny, mimo tego iż pisarz zadbał o jego „barwność”. To wykwalifikowany i oczywiście niezwykle zdolny łucznik, morderca, człowiek miłosierny, obrońca dziewic i chrześcijański mściciel w jednym. No i jeszcze powinnam dodać, że to właśnie na tego młodzieńca spłynęła łaska boska i dostąpił cudu, jakim była możliwość słyszenia głosów świętych ,którzy pomagali mu wyjść cało z największych opresji, i nie mam tu na myśli jakichś niezwykłych cudów a jedynie zdroworozsądkowe rady świętych, którzy postanowili objąć go patronatem swych cennych życiowych rad.  Za to moją całkowitą miłość zaskarbił sobie inny bohater –  sir John Cornewaill.

Powiedziałabym, że powieść jest swoistym hołdem złożonym ówczesnym łucznikom, coraz to przebija ton patriotyczny, ale wszystko raczej w ilościach zjadliwych. Autor po prostu nie kryje podziwu dla umiejętności średniowiecznego łucznika, wcale mu się nie dziwię. Do tego pisarz naprawdę starał się oddać makabrę ówczesnych wojen, wnętrzności, trupy, choroby, strach, bezradność, wszystko solidnie oblane krwią.

Warszawscy „Pustelnicy” i „Bywalscy”

Warszawscy „Pustelnicy” i „Bywalscy”. Felietoniści i kronikarze 1818 – 1899, Jan Józef Lipski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973

 

Zbiór felietonów Jana Lipskiego to dość ciekawa pozycja, ale głównie dla miłośników varsavianów. W swojej książce autor zgromadził nie tylko znane nazwiska, ale można powiedzieć, że „wygrzebał” wielu dziennikarzy, który publikowali w tym okresie, a łączy ich ten charakterystyczny gatunek, którego definicję próbuje ukuć Jan Lipski – to jest felieton warszawski.

„Felietonem warszawskim nazywam tu utwór należący do cyklu felietonów drukowanych w prasie warszawskiej i poświęcony tematyce warszawskiej. A więc mieszkaniec Warszawy dziennikarz pisze w gazecie ukazującej się w Warszawie i dla warszawskiego (przynajmniej w znacznej części) czytelnika o mieście, które obydwaj dobrze znają. Jest to często „plotka między nami, warszawiakami” (…), w każdym zaś razie – świadectwo historii i obyczajów miasta na przestrzeni półtora wieku rozwoju „felietonistyki warszawskiej”.”

 Na początku XIX wieku dziennikarze czerpali wzorce z Francji, potem oczywiście wszelkie kontakty z Zachodem kurczą się. Okres Królestwa Kongresowego to także czas rozwoju zaadaptowanych form i to wszystko pomimo tłamszących form cenzury. Najpierw dominujące tradycje gawędy szlacheckiej ( „Ramoty i ramotki” Wilkońskiego),  potem „nurt szkicu fizjologicznego” (lata trzydzieste, czterdzieste) czyli szkice socjologiczne i obyczajowe na pograniczu eseju i felietonu. Okres pozytywizmu przynosi dominację „gawędy mieszczańskiej” dostosowanej do trudnych warunków panujących w kraju. To swoisty felieton-kronika widoczny już u Szymanowskiego a później u Prusa, Gomulickiego, Sienkiewicza. Nowym okresem rozkwitu warszawskiej felietonistyki było dopiero dwudziestolecie międzywojenne. Tu mamy „Kroniki tygodniowe” Słonimskiego, Wiecha, Quasa, ale to już rzecz należąca do drugiego tomu „Warszawskich „Pustelników” i „Bywalców”. Ze wszystkich dziennikarzy wybranych przez Jana Lipskiego do pierwszego tomu chyba tylko Bolesław Prus doczekał się pełnej, osobnej edycji swoich felietonów. Autor starał się dobierać felietony reprezentatywne dla twórczości danego pisarza, jednakże trzeba pamiętać, że dorobek niektórych z nich był ogromny więc wątpie by nasz poszukiwacz miał czas przeczytać naprawdę wszystko. To jest jedynie antologia, która da nam jakiś pogląd, ale nie do końca pełny.

Książkę poleciłabym raczej tym większym fanatykom XIX wieku, prawdziwym miłośnikom felietonów – nie wszystkie z zamieszczonych felietonów mogą zainteresować czytelnika. Ich poziom jest bardzo zróżnicowany i może niektórych rozczarować. Jest tu przede wszystkim sporo materiału historycznego do odkrycia, ale trzeba się przebić przez tekst nie zawsze dostosowany do potrzeb dzisiejszego czytelnika i jego oczekiwań.

Kłamca

Kłamca, Jakub Ćwiek, Fabryka Słów

Kłamca, Jakub Ćwiek

 „Kłamca” to zbiór opowiadań powiązanych tytułowym bohaterem, który jest nordyckim bogiem kłamstwa, zniszczenia i oszustwa. Jednym słowem całkiem przyjemna postać do powieści, no ale nie od dziś wiadomo, że o tych grzecznych się nie pisze,bo nudni.

Loki spędził kilka ostatnich stuleci przykuty do skały odkupując swe winy. Zabił boga piękna, Baldura, i uniemożliwił mu powrót  z zaświatów. Żeby nie było mu tak nudno na tej skale, nad pokutującym umieszczono jadowitego węża, który coraz to pluje jadem, na jego już nie tak piękną twarz. No, ale nasz psotnik mógł liczyć przez te wszystkie wieki na pomoc swej wiernej żony, Sygin, która uczynnie trzymała mu nad głową miskę, co by gad miał gdzie spluwać swym paskudztwem. Takiej wiernej i wytrwałej małżonki to ze świecą szukać. Naszego boga nie opuściło jednak szczęście, ponieważ w naszym stuleciu anioły rozpętały świętą wojnę, swoistą krucjatę, co byś nie miał „bogów cudzych przede mną”. W każdym bądź razie Walhalla upada a Loki znajduje się na usługach uskrzydlonych jako chłopiec od brudnej roboty. W końcu skrzydlaci mają mocno obwarowane zakazy co do tego co im wolno, a czego nie. Nie dla nich pukawki, kłamstwo, podstępne sztuczki. Cóż anioły idą z duchem czasu i zatrudniają chłopca na posyłki, rzecz jasna nie za darmo. Czyli tacy idealni to oni znów nie są, w końcu zlecają różne moralnie wątpliwe misje płacąc za nie. To kłóci się trochę z ustalonym wizerunkiem tych stworzeń niebieskich, szkopuł w tym, że Bóg zniknął i nie ma kto zapanować nad tą już rozhukaną świętą gromadką, z taką gorliwością wypełniającą boskie przykazania.

Akcja przebiega w pierwszym tomie wartko, czyta się szybko i całkiem przyjemnie. Widać jednak, że autor powinien jeszcze solidnie popracować nad swym stylem. Niektóre opowiadania są lepsze, inne gorsze, parę żartów pozostawiło mnie nie wzruszoną, parę rozśmieszyło. Najbardziej podobały mi się pomysły pisarza dotyczące wykorzystania mitów, legend, prawd wiary chrześcijańskiej – wplecenia tego wszystkiego, do w miarę spójnej fabuły. To największy atut tej książki, znajdziemy więc polskiego Ziemowita, egipskiego Anubisa, drzwi pomalowane krwią baranka, anielską krucjatę a nawet św. Mikołaja. To będzie dobra książka na gorące letnie dni.

Kochaj bliźniego, Erich Maria Remarque

Kochaj bliźniego (Liebe Deinen Nächsten), Erich Maria Remarque, tłumaczył Erwin Wolf, Czytelnik 1991

 kochaj_blizniego_erich_marria_remarque

„Kochaj bliźniego” to powieść, która w przejmujący sposób porusza temat uchodźców i emigracji, praw do życia jakie powinien mieć każdy z nas i to w „humanitarnym XX wieku”, który i tak okazuje się być „wiekiem blefu”.

Po dojściu do władzy Hitlera w Niemczech, Żydzi uciekają z kraju by tułać się po świecie, ich  państwo pozbawiło ich paszportów, stają się ludźmi „zawieszonymi” w czasie. Kolejne kraje wydalają tych bezdomnych, podrzucając ich sobie na wzajem. Droga każdego z nich to kręta ścieżka niepewności jutra, bez dachu nad głową, możliwości stałego pobytu gdziekolwiek. Ukrywają się, pracują na czarno, zawsze w strachu przed wydaniem, próbują jakoś poskładać to nowe życie z rozpierzchniętych kawałków losu wiecznego tułacza.

Temat niemieckich emigrantów jakże bliski samemu autorowi, który w 1931 sam opuścił Niemcy. I tak od granicy do granicy, z więzienia do więzienia, kryjówki do kryjówki, bez szans na normalne życie. Głównymi bohaterami są młody Ludwik Kern, syn Żyda i Węgierki, stary wyjadacz Józef Steiner i Ruth Holland, do tego cała galeria postaci pobocznych, które skałdają się na tą mozaikę ludzi bez ojczyzny. Ich losy wzajmenie przenikają się i plączą, w nieszczęściu zbliżają się do siebie, tworzą się między nimi związki oparte na zaufaniu i lojalnosci. Żeby jednak nie było tak różowo znajdą się i ci co będą chcieli wykorzystać niedolę innych, albo po prostu tacy którzy z zawiści i złości do świata zawsze doniosą lub będą po prostu zbyt gorliwi. I tak na przykładzie pary zakochanych, Ludwika i Ruth, widzimy jak dobro przeplata się ze złem, raz ktoś im pomoże z dobrego serca, bezinteresownie albo i z wyrachowania, a raz ktoś wykorzysta, ośmieszy, okradnie – i tak na zmianę – dla równowagi.

Sytuacja takiego uchodźcy naprawdę jest nie do pozazdroszczenia, człowiek czytając taką książkę od razu docenia bardziej własny dom, możliwość codziennego powrotu do niego, stałość życia tkwiącego na nudnych, ale dość pewnych fundamentach. Ludzie, którzy naprawdę nic nie zmalowali, ani  teoretycznie nie zrobili nic przeciw prawu, są ścigani oraz karani więzieniem oraz lurowatą zupą. Lata upływają a oni nie mogą pokonywać kolejnych szczebli edukacji, żenić się czy wychodzić za mąż, dostać stałej pracy, o własnym kącie nie wspominając. Zamiast tego rajd przez granice, sen w stogu siana, ukrywanie się po lasach i byle jakie obiady, albo żadne. Książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak „Iskra życia”, ale to ciągle Remarque.

Litwin i Andegawenka, Stefan Kuczyński

Litwin i Andegawenka,Stefan Kuczyński

 Kuczynski_Stefan__Litwin_i_Andegawenka

Na powieść Stefana Kuczyńskiego natknęłam się przez przypadek, właściwie to wystarczyło mi, że akcja toczy się w średniowieczu by z ciekawością po nią sięgnąć. Ostatnio znów ciągnie mnie w okolice mroków owych wieków.

Tytułowa para to oczywiście Jadwiga Andegaweńska i Władysław II Jagiełło. Losy Litwina zaczynamy śledzić od śmierci jego ojca, młody władca przejmuje stery rządów i od razu widać, że do tego stworzony. Opinie dotyczące jego niezwykłego szczęścia i mądrości powtarzają się nagminnie w tej powieści, czyniąc z bohatera książki postać nieznośnie nudną. Niestety podobnie wypada Jadwiga, tylko, że ona jest piękna, surowa i pobożna.

Autor nie do końca potrafił oddać uczucia jakie musiały targać bohaterami, nie czuć tu pasji, namiętności czy nienawiści. Postacie są papierowe, ich opisy dość drewniane. Czytamy o ich miłościach, ale nie poruszają nas, pozostawiają obojętnymi, taki styl może być dla niektórych męczący gdyż i opisów jest sporo. To taka książka, w którą zagłębiamy się niespiesznie, odpoczywamy sobie i podpatrujemy życie Jagiełły i Jadwigi. Mimo burzliwych wydarzeń, niespokojnych czasów, Krzyżackich podstępów akcja nie do końca porywa. Do tego mamy tu wyraźny podział na tych dobrych i złych, oczywiście w myśl zasady, że krzyżackie plemię to plugastwo zdradzieckie.

Akcja toczy się niespiesznie i w zależności od humoru czytelniczego możemy oskarżyć pisarza o opieszałość lub bardzo rozważne dawkowanie emocji. Można przeczytać, ale mocno namawiać nie będę.

The Foundling

The Foundling, Georgette Heyer, Arrow Books 2004

foundling_georgette_heyer

Jego Miłość Adolphus Gillespie Vernon Ware, w skróce Gilly, to tak naprawdę bardzo przeciętny młodzian, który nie marzy o niczym więcej jak o świętym spokoju. Na swoje nieszczęście książę był bardzo chorowity w dzieciństwie, a że jest jedynym spadkobiercą, to całe otoczenie – wujostwo, pod skrzydłami którego się wychowywał, przyjaciele, wszyscy służący, włączając w to nawet jego prywatnego lokaja, przyzwyczaili się do traktowania go w „szczególny” sposób. Znaczy starają się go nie spuszczać z oczu, wysyłać wszędzie z armią służących, dają bez przerwy dobre rady, usługują ponad miarę – jednym słowem doskonałe warunki cieplarniane do wychowania maminsynka. Na szczęście Gilliemu nie odbiło i jakoś się chłopak ostał, tylko jego spokojna, pojednawcza natura nie pozwala mu zrzucić z siebie tych wszystkich starań o jego dobro, no bo przecież ci wszyscy ludzie tak się starają, że zaduszą go swoją miłością. To dopiero ciężkie warunki dorastania dla młodzieńca, który jest na progu pełnoletności (25 lat) i nie może sobie poużywać. Nic dziwnego, że kiedy jego kuzyn opowiada mu o swym problemie o imieniu Belinda, książę z nudów postanawia mu pomóc. Będzie to okazja dla młodego bohatera do wyzwolenia się z pod wpływu rodzinki, choć na krótki czas, sprawdzenia własnych możliwości i przeżycia wreszcie jakiejś przygody. Co jak co, ale wrażeń naszemu młodzieńcowi nie zbraknie. Przepiękna i wyjątkowo głupia Belinda, młody uciekinier Tom,  oryginalny czarny charakter pan Liversedge – nietypowych i jednocześnie komicznych typów nam tu bynajmniej nie zbraknie.

Główny bohater od razu zdobył sobie moją sympatię, niby niepozorny, spokojny, ale posiadający poczucie humoru i pełen dobrej woli młody człowiek. Można powiedzieć, że typ wysoce nieromansowy, nierzucający się w oczy, nie epatujący godnością czy siłą fizyczną. Ta nietypowość od razu mnie ujęła, albo też ile można czytać o młodych damach czy wysokich, silnych oraz niezłomnych herosach. Jako, że mamy do czynienia z mężczyzną od razu możemy zdobyć trochę wiedzy o tym jak wyglądało życie młodego gentlemana w XVIII wieku. Męska domena jest zwykle spychana w książkach Georgette Heyer na peryferia, a tu mamy wiele informacji o zajęciach, samym życiu, zwyczajach, możliwych zainteresowaniach mężczyzny – poczynając od wyboru odpowiedniego płaszcza i pantalonów na spacer, na manierach skończywszy.

Jak na dość prostą fabułę książka jest dość długa, pisarka serwuje nam z zapałem piękne historyczne powiedzonka, zwroty językowe i mnóstwo szczegółów z życia codziennego. Wychodzi z tego stylowy romans historyczny, który nie obraża inteligencji czytelnika, a to już całkiem dużo. Jeśli damy się porwać powieści będziemy czytać ją z uśmiechem na ustach, taka urocza lektura na bardzo zły humor.

Pirat królowej

Pirat królowej, George Bidwell, przełożyła Anna Bidwell, Śląsk 1982

pirat_krolowej_bidwell

Po ciekawej „Wiktorii, żonie Alberta” sięgnęłam po kolejną biografię Georga Bidwella – „Pirat królowej”. Jeśli chodzi o tego autora to jest w czym wybierać, gdy po raz pierwszy zerknęłam na pełną listę jego książek lekko się zacukałam, jego pracowitość przypomina mi trochę naszego Kraszewskiego, choć i ten pracuś (Bidwell) skończył w końcu w Polsce. Może to te nasze polskie ziemniaki taką inspirację zapewniają?

Sir Francis Drake to postać nietuzinkowa w historii Anglii, która przez całe swoje ryzykowne życie igrała z ogniem. Wyobraźcie sobie taką sytuację – Anglia rośnie w siłę, ale w ślimaczym tempie pod mądrymi rządami Elżbiety, gdy tymczasem pozycja niezwykle bogatej Hiszpanii jest już ugruntowana. Ani Filip, ani Elżbieta nie wypowiedzą otwarcie wojny, póki co bardziej opłaca się im wzajemne „podgryzanie”, raz uszczknie jedno, raz drugie. starty i zniewagi są wyrównane dla obojga monarchów. I właśnie w takim ciekawym momencie bezprawia wchodzi na arenę Francis Drake, człowiek, którego nie imały się kule, bezczelny, pewny siebie, chciwy bogactw i sławy lider. Kogoś takiego potrzebuje brytyjska królowa. Jego misje w oficjalnych dokumentach państwowych będą miały uznany charakter „odkrywczy”, jak np. terra Australis, w rzeczywistości łupieżczy. Bo Drake postanowił uprawiać świadome piractwo, za które w każdym państwie grozi mu stryczek. Już dla tego warto przeczytać książkę aby sprawdzić dlaczego taka szanowana monarchini korzystała z usług najzwyklejszego złodzieja i grabieżcy, co prawda korzystała z nich w zawoalowanej formie. Czyż polityka nie jest uroczo zawiła? Facet rozbija się po morzach, bezczelnie daje łupnia niejednemu Hiszpanowi, plądruje Limę, Peru czy Karaiby, kradnie w świetle dnia, a uważany jest w Wielkiej Brytanii za bohatera. Oczywiście jasne jest, że gdyby nie odnosił takich niesamowitych sukcesów nie cieszyłby się takim mirem wśród plebsu i nie miał by takiego kredytu zaufania na dworze. Bo jak napisała chciwa Elżbieta „wracaj z ładunkiem skarbów albo pilnuj własnej głowy”. Jednym słowem życie na krawędzi.

Biograf przedstawia nam dość romantyczną postać admirała floty angielskiej, korsarza-dżentelmena, który pilnował by nie krzywdzono niewolników i nie robiono krzywdy niewinnym białogłowom. Czyli bezwzględny tryb życia jaki prowadził nie zbrutalizował jego natury i manier. Znienawidzeni przez niego Hiszpanie nadali mu przydomek smoka – El Draque. Myślę, że to postać, która w niezwykły sposób może działać na wyobraźnie czytelnika. Książka ukazuje nam rozkwit handlu niewolnikami, dwulicowość polityki i romantyczną wizję piractwa.

Dziedziczka cieni, Anne Bishop

Heir To The Shadows (Dziedziczka cieni), Anne Bishop

Heir_to_the_Shadows

Po dość dziwacznym tomie pierwszym, serii Krwawych Kamieni, postanowiłam zaserwować sobie  kolejny i teraz wiem, że to był błąd. Po pierwsze dlatego, że ostatnio miewam nie najlepszy humor, powieścidło miało mi go poprawić. Nic z tego, powieść niewymownie mnie drażniła i rzuciłam to w diabły, nie przeczytawszy nawet do końca, co zdarza mi się dość rzadko. Wiem, że po te nieszczęsne kamienie nigdy już nie sięgnę. Jakoś nie mogłam się przebić przez te wszystkie opisy roznamiętnionych spojrzeń kolejnych bohaterek, które rzucały w różnych kierunkach anatomii płci przeciwnej. No dobra, to były najczęściej dwa kierunki, ale ileż można. Czytając tom pierwszy byłam w stanie więcej znieść,ale ta książka, to już nie moja bajka po prostu i nawet nie chce mi się rozpisywać dlaczego. Owa notka ma mi przypominać by nie dawać już szansy Anne Bishop i szukać ukojenia dla nerwów w innych powieściach.