The Long Way to a Small Angry Planet, Becky Chambers

„Pełna przygód kosmiczna wyprawa, w trakcie której zuchwała młoda podróżniczka wraz z barwną załogą stawiają czoło niezwykłym wydarzeniom w odległych zakątkach wszechświata. Kiedy Rosemary Harper dołącza do załogi starzejącego się „Wędrowca”, nie spodziewa się wiele. Połatany statek, który okres świetności ma już za sobą, daje jej wszystko, czego mogłaby zapragnąć: małe, spokojne miejsce, które przez jakiś czas może nazywać domem, przygodę w odległych zakątkach galaktyki oraz możliwość ucieczki od niespokojnej przeszłości. Szybko okazuje się, że Rosemary nie jest jedyną osobą na pokładzie statku, która ma coś do ukrycia, a załoga wkrótce się przekona, że przestrzeń kosmiczna może i jest ogromna, lecz statki kosmiczne są bardzo małe.”
Na statku mamy więc dość tajemniczą Rosemary, dwóch pokładowych mechaników do rany przyłóż, lekarza należącego do innej rasy, który jednocześnie jest smakoszem i kucharzem pokładowym, pacyfistę-kapitana, Sissix – pilotkę i kolejną przedstawicielkę innego gatunku na statku, mruka Corbina odpowiedzialnego za paliwo dla statku, niezwykłego nawigatora Ohana i na koniec coś w rodzaju komputera pokładowego aka sztucznej inteligencji -Lovey. Mieszanka dość wybuchowa, dynamika ciekawa, są przyjaźnie, wzajemne zrozumienie, a i animozje się znajdą. To co mi się podobało to, to, że członkowie załogi próbują wykazać się empatią dla przedstawicieli innych ras, starając się wzajemnie nie urazić i wykazać zrozumienie dla zwyczajów innych.
Ta powieść to taka space opera, tylko z minimalną ilością polityki międzyplanetarnej. Pisarka przemyca głębsze tematy w wypowiedziach bohaterów, w historii ich życia. I mamy tu ich całkiem sporą paletę problemów, żeby nie powiedzieć monstrualną. Niektórym kwestiom poświęcono więcej miejsca, innym mniej. I tak rasizm, wojna, agresja, różnice kulturalne pomiędzy nacjami, tu właściwie między gatunkami sapiens i innymi, herezja, klonowanie, rodzicielstwo, moralność, macierzyństwo, wychowanie dzieci, kwestia gender i to naprawdę nie wszystko. Mimo niezwykłej ilości poruszonych w powieści tematów, a może właśnie przez tą ilość, mam wrażenie , że autorka jedynie je wymieniła, wplatając tu i tam w treść powieści, nie dywagując nad nimi dłużej. Jest opis, jest dylemat i jest moment kulminacyjny (albo go nie ma) i jedziemy dalej, do kolejnego punktu historii. To wszystko powoduje, że żadnemu z tych tematów nie poświęcono więcej uwagi, one tam są, przewijają się, ale robią w fabule miejsce kolejnym i kolejnym. Troszeczkę też wszystko mi się tu za ładnie układa w tej powieści, gdy jest problem to znajduje się gładko oraz szybko rozwiązanie. I biorąc pod uwagę, że autorka skupiła się na relacjach między postaciami to odnoszę wrażenie, że tylko ślizga się po powierzchni.
Myślę, że powieść mogłaby się spodobać osobom niekoniecznie przepadającym za science-fiction, gdyż to sami bohaterowie są w niej najważniejsi, ich losy, wzajemne relacje, przyjaźń. Choć z drugiej strony odnoszę wrażenie, że żadna z nich nie jest dość oryginalna, że to wszystko już było. Postacie mają swoje gesty, powiedzonka, wykazują oznaki zdenerwowania charakterystyczne dla swojego gatunku – o takie smaczki zadbała autorka. Mimo wszystko to jest niezły debiut, powieść pokazuje potencjał autorki, który na pewno z czasem rozwinie się. Mało w tej książce międzyplanetarnych przepychanek politycznych, wielkich batalii i mordobić, więc jeśli ktoś za tym wszystkim nie przepada, ta pozycja jest dla niego. Niczym mnie ta powieść w gruncie rzeczy nie zaskoczyła. Czy polecam? Można, ale nie trzeba.








