Daleka droga do małej, gniewnej planety

The Long Way to a Small Angry Planet, Becky Chambers

Pełna przygód kosmiczna wyprawa, w trakcie której zuchwała młoda podróżniczka wraz z barwną załogą stawiają czoło niezwykłym wydarzeniom w odległych zakątkach wszechświata. Kiedy Rosemary Harper dołącza do załogi starzejącego się „Wędrowca”, nie spodziewa się wiele. Połatany statek, który okres świetności ma już za sobą, daje jej wszystko, czego mogłaby zapragnąć: małe, spokojne miejsce, które przez jakiś czas może nazywać domem, przygodę w odległych zakątkach galaktyki oraz możliwość ucieczki od niespokojnej przeszłości. Szybko okazuje się, że Rosemary nie jest jedyną osobą na pokładzie statku, która ma coś do ukrycia, a załoga wkrótce się przekona, że przestrzeń kosmiczna może i jest ogromna, lecz statki kosmiczne są bardzo małe.”

Na statku mamy więc dość tajemniczą Rosemary, dwóch pokładowych mechaników do rany przyłóż,  lekarza należącego do innej rasy, który jednocześnie jest smakoszem i kucharzem pokładowym, pacyfistę-kapitana,  Sissix – pilotkę i kolejną  przedstawicielkę innego gatunku na statku, mruka Corbina odpowiedzialnego za paliwo dla statku, niezwykłego nawigatora Ohana i na koniec coś w rodzaju komputera pokładowego aka sztucznej inteligencji -Lovey. Mieszanka dość wybuchowa, dynamika ciekawa, są przyjaźnie, wzajemne zrozumienie, a i animozje się znajdą. To co mi się podobało to, to, że członkowie załogi próbują wykazać się empatią dla przedstawicieli innych ras, starając się wzajemnie nie urazić i wykazać zrozumienie dla zwyczajów innych.

Ta powieść to taka space opera, tylko z minimalną ilością polityki międzyplanetarnej. Pisarka przemyca głębsze tematy w wypowiedziach bohaterów, w historii ich życia. I mamy tu ich całkiem sporą paletę problemów, żeby nie powiedzieć monstrualną. Niektórym kwestiom poświęcono więcej miejsca, innym mniej. I tak rasizm, wojna, agresja, różnice kulturalne pomiędzy nacjami, tu właściwie między gatunkami sapiens i innymi, herezja, klonowanie, rodzicielstwo, moralność, macierzyństwo, wychowanie dzieci, kwestia gender i to naprawdę nie wszystko. Mimo niezwykłej ilości poruszonych w powieści tematów, a może właśnie przez tą ilość, mam wrażenie , że autorka jedynie je wymieniła, wplatając tu i tam w treść powieści, nie dywagując nad nimi dłużej. Jest opis, jest dylemat i jest moment kulminacyjny (albo go nie ma) i jedziemy dalej, do kolejnego punktu historii.  To wszystko powoduje, że żadnemu z tych tematów nie poświęcono więcej uwagi, one tam są, przewijają się, ale robią w fabule miejsce kolejnym i kolejnym. Troszeczkę też wszystko mi się tu za ładnie układa w tej powieści, gdy jest problem to znajduje się gładko oraz szybko rozwiązanie. I biorąc pod uwagę, że autorka skupiła się na relacjach między postaciami to odnoszę wrażenie, że tylko ślizga się po powierzchni.

Myślę, że powieść mogłaby się spodobać osobom niekoniecznie przepadającym za science-fiction, gdyż to sami bohaterowie są w niej najważniejsi, ich losy, wzajemne relacje, przyjaźń. Choć z drugiej strony odnoszę wrażenie, że żadna z nich nie jest dość oryginalna, że to wszystko już było. Postacie mają swoje gesty, powiedzonka, wykazują oznaki zdenerwowania charakterystyczne dla swojego gatunku – o takie smaczki zadbała autorka. Mimo wszystko to jest niezły debiut, powieść pokazuje potencjał autorki, który na pewno z czasem rozwinie się. Mało w tej książce międzyplanetarnych przepychanek politycznych, wielkich batalii i mordobić, więc jeśli ktoś za tym wszystkim nie przepada, ta pozycja jest dla niego. Niczym mnie ta powieść w gruncie rzeczy nie zaskoczyła. Czy polecam? Można, ale nie trzeba.

The Young Clementina, D. E. Stevenson

The Young Clementina, D. E. Stevenson

The Young Clementina, D.E. Stevenson

Już dawno nie czytałam obyczajówki napisanej takim ładniejszym, staranniejszym i bardziej wysublimowanym językiem. Mam tu na myśli język angielski gdyż tłumaczeniom prostszych obyczajówek zwykle nie poświęca się tyle uwagi w tej materii. Więc preferuję czytanie ich w oryginale w miarę możliwości. Piszę to nie ze złośliwości, a raczej czując zawód, gdyż już miałam w rękach parę tłumaczeń powieści Georgette Heyer i za każdym razem z zawodem odkładałam. Stylistyka przeczytanej przeze mnie ostatnio powieści trochę mi przypomina „Emmę”, nie tylko sam styl, któremu jednak brak tej charakterystycznej dla Austen ironiczności, ale delikatność, wrażliwość na ludzkie zachowania i wzajemne relacje. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest powieść niesiona na skrzydłach erudycji autorki, ale urzekła mnie ta doza dystynkcji języka jakim posługuje się Stenvenson.

Charlotte Dean i Garth Wisdon to przyjaciele od dzieciństwa, którzy zawsze mieli się ku sobie. Jednak po powrocie Gartha z pierwszej wojny światowej jego sentymenty zmieniają się, ku oczywistemu zaskoczeniu Charlotte. Intryga, choć tutaj jest to może słowo na wyrost, jest tak naprawdę kłamstwem niedojrzałej panienki, przyzwyczajonej do spełniania swoich kaprysów. Ta powieść jest dla mnie taka „brytyjska” w starym stylu. Bohaterowie uwikłani w niedomówienia, bo to nawet nie sieć kłamstw, nie potrafią nawet jeden raz porozmawiać ze sobą szczerze. W momencie kiedy nic już nie jest tak oczywiste w ich życie, każde z nich wycofuje się. Czy główni bohaterowie mogą mienić się przyjaciółmi, jeśli żadnego z nich nie stać było na szczerą rozmowę z drugim? Żadne z nich nie poprosiło drugie o wyjaśnienia, nawet się nie zająknęło.

Dlaczego powieść w moim mniemaniu jest taka bardzo brytyjska?  Może przez ten brak otwartości bohaterów, ich skrytość. Dużo tu przemyśleń mało konkretnej akcji. Postacie bez przerwy zastanawiają się co czuje ta druga osoba, ale nie przyjdzie im do głowy zapytać. Styl autorki przypomina mi trochę powieść Jane Austen, „Emmę”, ale tylko trochę, brak tu tej wyszukanej ironii, dowcipu. Z drugiej strony są tu te wszystkie szczegóły dnia codziennego, wręcz momentami takie „rozdrabnianie się” na emocjonalnością postaci. Choć wolę tą opowieść napisaną staranną angielszczyzną, niż prostsze romanse na zasadzie opisów prężących się pod koszulą mięśni obiektu westchnień itd.

Autorka była dobrym gawędziarzem, prowadzi historię (naprawdę, naprawdę) niespiesznie. Postacie są przemyślane, w miarę wiarygodne i dobrze odmalowane. To jest taka spokojna powieść na przydługi jesienny wieczór. Myślę, że kiedyś jeszcze przesłucham coś tej autorki aby „odsapnąć” między trudniejszymi lekturami.

Zintegrowany mózg- zintegrowane dziecko, Daniel J. Siegel, Tina Payne Bryson

Zintegrowany mózg- zintegrowane dziecko, Daniel J. Siegel, Tina Payne Bryson

Tytuł jak dla mnie kiepski, wydaje mi się, że może nawet działać wręcz odpychająco dla niektórych rodziców (sprawdziłam i zgadza się). Brzmi jak instrukcja podłączenia własnego dziecka do jakiegoś urządzenia mobilnego. Szkoda, bo zawartość książki jest świetna i zaczyna się chyba najlepszym wstępem do książki o wychowaniu dzieci jaki ostatnio czytałam.

„Znacie te dni, prawda? Dni, kiedy brak snu, zabłocone trampki, plamy od dżemu na nowej kurtce, walki o odrabianie lekcji, plastelina na klawiaturze komputera oraz refren „To ona zaczęła!” sprawiają, że z utęsknieniem wyczekujecie nadejścia nocy. W takie dni, kiedy (znowu?!!) musicie wydłubywać rodzynki z dziurek w nosie, wydaje się , że najlepsze na co możecie liczyć to przetrwanie”

Jak autorzy starają się wytłumaczyć rodzicem złe zachowanie ich pociech? Jak niepowtarzalną okazję do przekazania im cennej lekcji wychowawczej, dzięki której czerpać doświadczenie procentujące w przyszłości. Doświadczenie jak radzić sobie z problemami przekazane im przez nas samych. Myślę, że ta próba odwrócenia koncepcji rozpatrywania kolejnej awantury z dzieckiem jako problemu, na szansę przekazaniu mu wartościowej wiedzy, może pomóc rodzicom wsiąść głęboki oddech i zmienić ich nastawienie. Gdyż ich starania naprawdę mają sens. I już od tego momentu ta książka mi się spodobała.

Świetnie wytłumaczone dlaczego nasze dziecko nie reaguje ze spokojem na wieść o tym, że dziś nie dostanie deseru, mimo iż było niegrzeczne. Przecież powinno sobie zdawać sprawę, że ta kara konsekwencja jego złego zachowania. Prawda? No, niekoniecznie. Koncepcja przedstawienia części mózgu dziecka jako parteru i piętra, na które jeszcze nie ma schodów przemawia nie tylko do mnie, ale i do wielu moich znajomych, którym opowiedziałam o  książce Siegel i Bryson. Autorzy naprawdę w logiczny i obrazowy sposób starali się wytłumaczyć problemy wynikające z „niedojrzałości” dziecięcego mózgu.

Do tego w tej książce mamy tą samą ideę poszanowania godności i szeroko pojętej tolerancji dla naszego dziecka, podobnie jak u znanych autorek książki „ Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” autorek Faber Adele i Mazlish Elaine. Tylko w tej pozycji jest to wytłumaczone dlaczego i to w sposób logiczny i przemawiający do wyobraźni zmęczonych rodziców. Nie bagatelizowanie odczuć naszych dzieci naprawdę znacznie poprawia sytuację i może szybko zażegnać wiszącą w powietrzu awanturę. Jasne wytłumaczenie, dlaczego postawa empatyczna powinna zastąpić naszą irytację względem pociech pomaga prędzej pozbyć się negatywnych emocji. Do tego konkretne rady, obrazki i wykresy.
Na pewno trochę mi szkoda, że wcześniej nie trafiłam na pozycję Siegel i Bryson i jestem przekonana, że sięgnę do pozostałych książek autorów.

The Big Rock Candy Mountain

The BIg ROck Candy Mountain, Wallace Stegner

„The Big Rock Candy Mountain” to piąta i podobno najważniejsza książka w dorobku Stegnera, oparta w dodatku po trosze na jego własnych przeżyciach. Rodzina pisarza często zmieniała miejsce zamieszkania, tułając się po Ameryce „za chlebem”. Tytuł powieści pochodzi od amerykańskiej piosenki opowiadającej o wędrowaniu za rajem, którego i tak nigdzie nie można znaleźć.

Główny bohater Bo Mason to niespokojna dusza , która nigdy i nigdzie nie zapuści korzeni na dłużej w tym świecie, który w każdym miejscu okazuje się tak wrogi i nieprzystępny. Główny bohater to mężczyzna niezwykle popędliwy, dość humorzasty. Siła jego charakteru, natura pioniera i poszukiwacza nie pozwala mu nigdzie zagrzać miejsca. Ambicja pcha go w coraz to nowe zawody- stolarza, bejzbolisty, pioniera, rolnika, przemytnika. Bo Mason nie zmieni swojego charakteru, nie będzie pracował nad sobą, tylko nad dorobieniem się.  To co mi się podobało, to, to, że jego żona Elsa zdawała sobie z tego sprawę i nie żałowała swojego wyboru mężczyzny życia. Wiedziała, dlaczego zawsze pójdzie za mężem, stawiając na szali możliwość stabilizacji i miłość, wybierała jednak to drugie. Nieugaszone pragnienie męża by wreszcie szybko się wzbogacić, pcha iż przez stany nie pozwalając nigdzie osiąść na tyle długo, by stworzyć poczucie stabilizacji dzieciom i samej Elsie. Ona sama, po tym jak podjęła decyzję powrotu do męża, podchodzi do pomysłów męża z rezygnacją, powierzając mu niejako w ten sposób los rodziny, zawierzając na dobre i złe. Krytykuje go jednocześnie wiedząc, że Bo i tak zrobi tak jak będzie uważał. Za to sam Bo potrzebuje swojej żony jak kania dżdżu, jej uwagi, aprobaty i zrozumienia. Nie jest to człowiek z gruntu zły, to byłoby za proste. Jakaś nieskończona fatalistyczność bije z tej powieści. Życie nie jest usłane różami i krótkie okresy stabilizacji, które czasami dane są tej rodzinie, także obfitują w niekoniecznie przyjemne dla nich wydarzenia. Jednak są to zdarzenia, które ukazują ich cechy osobowości w całej krasie, lub tłumaczą ich postępowanie. Styl Stegnera przypomina mi trochę powieści Johna Steinbecka.

Bohaterowie są wiarygodni i realistycznie przedstawieni. W tekście przebija troska autora o solidny portret psychologiczny. Każdy z nich ma swój charakterek, żaden nie jest wolny od wad, nikt nie jest tu idealny. Przeciwnie.

Przy okazji szybki czytania powieści mamy szybki przegląd pomysłów jak można było dorobić się na początku dwudziestego wieku w Ameryce albo odwrotnie – jak można było utopić szybko pieniądze. Do tego czytelnik ma okazję przyjrzeć się i zobaczyć jak zmieniało się samo amerykańskie społeczeństwo na przestrzeni XX wieku i przemierzyć spory kawałek Ameryki.

Happy Go Money

Happy Go Money: Spend Smart, Save Right and Enjoy Life, Melissa Leong

Myślę, że to dobra książka dla wszystkich, którzy marzą żeby wygrać milion w totka, sprawdzi się też na ludziach, którzy uważają , że jedyne co potrzebują do szczęścia to ta jedna rzecz (samochód, większy dom, nowa para butów, markowa torebka -niepotrzebne skreślić), która  da im wreszcie prawdziwe szczęście. Jak tylko już kupią ten wymarzony przedmiot ich życie wreszcie zmieni się na lepsze. Czy na pewno? Melissa Leong, znana w Ameryce dziennikarka, próbuje nas przekonać, że niekoniecznie. Bo czymże jest szczęście? Skąd je czerpać i gdzie ono się kryje? Autorka próbuje uświadomić czytelnikowi w bardzo przystępny sposób – co tak naprawdę nas uszczęśliwia? Bo na pewno nie pieniądze. Poziom satysfakcji milionerów wcale nie jest większy, a ktoś kto był marudną czarownicą nim wygrał milion, staje się marudną czarownicą z milionem na koncie – i to wszystko. Pieniądze nie zapełnią pustki emocjonalnej.

Z zainteresowaniem przeczytałam, że poziom płynący z zadowolenia z małych przyjemności dnia codziennego (zapach porannej kawy, słoneczny poranek, widok przyjaciela) maleje wprost proporcjonalnie do rosnących przychodów. Czyli im więcej ktoś zarabia tym mniej satysfakcji odczuwa z tych drobiazgów, czyli oczekiwania takiego człowieka rosną, konsumuje coraz więcej, i nim się obejrzy, rzeczy, które niosły radość schodzą na dalszy plan. Cóż, jeszcze nie miałam tego okazji sprawdzić na sobie.

Dziennikarka bez przerwy utrzymuje dowcipny ton książki, bardzo stara się by finanse i zarządzanie nimi były zrozumiałe dla każdego, więc żartom, parafrazom, dowcipom wręcz nie ma końca. Dlatego jeśli ktoś szuka konkretnych danych, suchych faktów to niekoniecznie ta książka jest dla niego. Nie wszystkie te żarty są trafione, ten styl może też po prostu zmęczyć, mi on bardziej pasuje do jakiegoś bogato ilustrowanego pisma. No i mamy tu też sporo rad przeznaczonych dla pobratymców autorki, to jest Amerykanów. To będzie dobra książka dla kogoś kto bardzo, bardzo by chciał się wreszcie zająć tymi swoimi finansami, ale boi się, i czai się do przygotowania swojego budżetu jak pies do jeża. Myślę, że wtedy ten  żartobliwy ton autorki może pomóc komuś pozbyć się tych negatywnych emocji. Autorka stara się przekonać czytelnika, że jego finanse zleżą przede wszystkim od niego samego i na tym bardziej się skupia niż na konkretnych poradach, więc wyszedł z tego taki bardziej poradnik mniej jak się wzbogacić, bardziej jak przemyśleć swoje nastawienie względem samych pieniędzy.

Czekolada

Czekolada, Joan Harris, przełożyła Kierszys Zofia, Prószyński 2011

Szczerze mówiąc to za czekoladą niespecjalnie przepadam, wyznanie to jest dla wielu fanatyków łakoci wręcz gorszące. Jestem zwolenniczką szarlotki i sernika, ale powieść Joan Harris czytało mi się całkiem miło i po jej zakończeniu miałam ochotę na jakąś naprawdę dobrą czekoladkę.

Główna bohaterka wyrabia czekoladę właśnie, taką prawdziwą, której działanie zachwalał Paul Martin w książce „Seks, narkotyki i czekolada”. A więc nasza Vianne Rocher nidzie nie może zagrzać miejsca na świecie i bez przerwy tuła się ze swą córeczką, gonią ją własne strachy, a także ludzkie uprzedzenia. Jej matka uciekała tak samo przed Czarnym Mężczyzną, motywem pojawiającym się w jej kartach tarota i uosobieniem grożącego im zła. Pewnego dnia, przygnane przez wiatr, przybywają do małego francuskiego miasteczka Lansquenet pełnego nieszczęśliwych, uprzedzonych ludzi, tkwiących w kokonach samotności jakie same sobie uwili. Obrotna kobieta otwiera tam swą chocolaterię i zaczyna kusić mieszkańców w sam post czekoladowymi specjałami. Zdaje sobie przy tym sprawę w natury ludzi zamieszkałych w zapyziałej mieścinie, ich niechęci, zwad, hipokryzji i zakłamania. Słodycze okazują się mieć działanie dobroczynne na niektórych zwabionych do owej magicznej cukierenki, ludzkie dusze zaczynają się powoli otwierać. I tak zaczyna się wielka bitwa pomiędzy kościołem a czekoladą. Walka o dusze i żołądki ponad 200 prostaczków francuskiej mieściny. Kto wygra tę nierówną batalię? No bo też każdy się domyśli, że trzymanie diety, poszczenie i odmawianie sobie przyjemności nie ma szans z powolnym popijaniem gorącej czekolady. Czekoladowa czarownica przejmie władanie nad ludzkimi duszyczkami dając im nową nadzieję, nic nie pomogą knowania ojca Reynaud ze skłonnościami podglądacza i starej kumoszki.

Należy stanąć twarzą w twarz z niebezpieczeństwem przed którym uciekamy, inaczej nigdy się od niego nie uwolnimy i będzie nas prześladować do końca życia. Gdy już spróbujemy się zmierzyć z naszymi strachami okaże się „że nie taki diabeł straszny jak go malują”. Tylko od nas zależy czy znajdziemy szczęście w naszym życiu, do tego zrozumienie potęgi prawdziwych przyjaźni – to tematy dość banalne i przedstawione tu w dość prosty sposób za to z łakomą nutką. „Czekolada” nie jest jakąś wysoce zachwycającą intelektualnie lekturą, a po prostu dość apetyczną powieścią.

cykl: Vianne i Anouk tom 1

To nie jest kraj dla starych ludzi

To nie jest kraj dla starych ludzi, Cormac McCarthy

Generalnie to powieść nie podobała mi się, ale myślę, że jest to raczej kwestia mojego gustu aniżeli wad samej książki. Autor przenosi nas w obfitujące w krwawe wydarzenia pogranicze Meksyku i Teksasu – wojny gangów narkotykowych, przekupni policjanci, płatni mordercy, szeryf z bagażem doświadczeń i szukający szczęścia Llewelyn Moss, a w samym centrum wydarzeń skórzana walizka wypełniona pieniędzmi. Zaczyna się pościg za uciekinierem, trup się ściele, krew się leje, a wszystko to przetykane jest filozoficznymi rozważaniami szeryfa. Jak dla mnie był nudnawy ze swoimi wyrzutami sumienia i wiecznymi peanami a cześć żony, i po prostu ten bohater mnie nie przekonał. Za to inne postacie wyrzutów sumienia w ogóle nie miały i jakoś tak odniosłam wrażenie, że trochę koncepcji pisarzowi zbrakło. Kolejni bohaterowie wpadali do jakiegoś hotelu, sklepu czy stacji, kupowali coś i pędem ruszali w dalszą drogę.

Autor postawił na minimum treści, dialogi są krótkie, język prosty, styl zwięzły – po prostu gotowy scenariusz. Trochę mi się to wszystko nie kleiło. Kolejne sceny dosłownie przelatują przed naszymi oczami, trzeba uważać żeby nie dostać kulki w łeb z jakiegoś obrzyna, których tu pełno. Trup ściele się gęsto, mamy walizkę z pieniędzmi, narkotyki, czego chcieć więcej od powieści sensacyjnej. Co prawda pisarz pozostawił parę tropów literackich, jakieś przesłania, można się pobawić, pozastanawiać nad naturą ludzką, złem panoszącym się na ziemi , niespełnionym „amerykańskim snem” itd. Generalnie jest to jedna z najbardziej pesymistycznych książek jakie w życiu czytałam.

„Na tej planecie jedna rzecz jest pewna, a mianowicie to, że szczęście nie wali drzwiami i oknami”.

Kapitan Alatriste

Kapitan Alatriste, Arturo Perez-Reverte

Kolejna powieść z pod znaku płaszcza i szpady, napisana jednak w czasach nam współczesnych. Sięgając po nią zastanawiałam się czy pisarzowi udało się oddać „tamten” klimat.

Kapitan Alatriste to bynajmniej żaden żołnierz w służbie króla, a rzezimieszek spod ciemnej gwiazdy. Człowiek, który co prawda kiedyś służył w armii, ale po  poważnej ranie nie mógł kontynuować kariery wojskowej i musiał nieco zmienić zawód, a że był zaprawiony w bojach oraz szermierce, stał się swoistym bandziorem, pozbawionym złudzeń i wykonującym różne zlecenia. Za sporą sumkę w złocie podejmuje się zabicia dwóch podróżnych z Wielkiej Brytanii. Tu jednak odzywa się w nim coś na kształt sumienia i zapomnianych zasad moralnych, gdy jedna z ofiar nie krzyczy o łaskę dla siebie lecz dla pobratymca. W ten sposób Alatriste wplątuje się w bardzo niebezpieczną grę sfer wyższych, gdzie zamieszani są dostojnicy kościelni, Inkwizycja i królewska służba. Każdy tam układa własną intrygę, knuje coś w zanadrzu, a w tym oku cyklonu ląduje główny bohater.

Historia opowiedziana jest z perspektywy trzynastoletniego pazia kapitana, oddanego mu sercem i duszą.  Do tego delikatnie wystylizowany język powieści i wyobraźcie sobie Waszmoście jak wsiąkacie w fabułę.

Na uwagę zasługuje Madryt jako bohater tej książki – ciemne uliczki, mroczne zaułki, tawerny o podejrzanej reputacji, wspaniałe salony. Do tego hiszpańska gawiedź odmalowana z fantazją i polotem, to lud skory do waśni i wszelkiego rodzaju pojedynków, spragniony widowisk, czynów bohaterskich. Autor starannie dobiera poszczególne miejsca akcji, nie zachwyca niczym nowym, ale wie jak operować akcją by uczynić ją dramatyczniejszą.

Pisarz całkiem zręcznie operuje fabularnymi schematami, co prawda to nie Aleksander Dumas, ale teraz i Madryt ma swego szermierza z przeszłością dzięki pisarzowi. Z tego co zdążyłam zresztą zauważyć, postać kapitana już obrosła we wszelkiego rodzaju twórczość dodatkową, znaczy komiksy, filmy, seriale. Świadczy to na pewno o sporej popularności tej serii. Powieści są krótkie, czyta się to szybko, a przygód, pojedynków, intryg bez liku – gotowy sukces.

Limes inferior, Zajdel

Limes inferior, Janusz A. Zajdel

To druga powieść Zajdla jaką czytam i zaczynam już widzieć czego można się po nim spodziewać. Przede wszystkim ciekawie przedstawionego, oryginalnego i dość szczegółowo przedstawionego świata, w którym przyszło żyć jednostkom ludzkim. Pisarz ma wyraźną skłonność do zabawy w ożywianie różnych utopijnych ustrojów społecznych i wykazywania ich ułomności. Główny bohater jest zwykle człowiekiem na tyle inteligentnym i sprytnym, że wcześniej czy później zauważy, że coś tu nie „trybi” w szarej codzienności, że gdzieś naprawdę głęboko ukryty jest jakiś haczyk. Czytelnik powoli zapoznaje się z systemem na jakim oparte jest działanie ustroju z perspektywy przeciętnego, wydawać by się mogło mieszkańca. O statusie każdego mieszkańca metropolii w powieści „Limes inferior”, dostępie do towarów luksusowych, wierzcie lub nie, ale decyduje test na inteligencje. Po takim sprawdzianie możliwości intelektualnych nasz delikwent otrzymuje kategorię od sześciu do zera, określone przywileje, punkty i ewentualną pracę. Do tego, klucz, z określonym przydziałem punktów w roli gotówki. Oczywiście można pracować nad samodoskonaleniem swych zdolności intelektualnych i awansować na wyższą kategorię.

Ta powieść ma naprawdę wyraźne aluzje do realnej rzeczywistości, w której pisał Zajdel. Nie mogę tu napisać wszystkiego bo zdradzę koncepcję autora i zepsuję zabawę innym czytelnikom, napiszę tylko, że sytuacja w jakiej była aglomeracja Argolandu jest bliźniacza do tej Polski i jej wspaniałego, wielkiego brata.

Do tego dość niezwykłe zakończenie, wręcz oniryczno-poetyckie, nie tego się bynajmniej spodziewałam. Jest ciekawie, na pomysłach autorowi nie zbywa, ale bardziej podobała mi się poprzednia powieść.

Brzemię winy

Brzemię winy, Jane Drummond

Dawno nie czytałam nic „babskiego”, na tą powieść się skusiłam ze względu na ową tajemnicę z przeszłości bohaterki, która kładzie się teraz cieniem na jej życiu.

Opisy pisarki są dość nieporadne i bardziej nadają się serii Harlequina, splot wydarzeń też jest dość nieprawdopodobny. May Slevin jest oczywiście kobietą niezłomną, zdolną, cudowną, pełną poświęcenia, wiary w innych ludzi i w ogóle wszystkiego, nic tylko pomnik wykuć. Jej pobyt w więzieniu bynajmniej nie odcina ją od życia w społeczeństwie, przeciwnie czyni ją bardziej ludzką, godną opieki swych bliskich, którzy wiecznie się o nią martwią. Generalnie nie ma tu bohatera, który nie poddałby się urokowi tej morderczyni.

Książki raczej nie polecam, jest teraz taki wybór w opowieściach o tajemnicach wyciąganych na wierzch, że chyba warto spróbować znaleźć coś lepszego. Moje oczekiwania po prostu były za wysokie, może spodziewałam się czego w rodzaju „Rebeki” Daphne du Maurier.