Wysokie progi, Tadeusz Dołęga-Mostowicz

„Świat artystyczny przedwojennej stolicy, wytworne towarzystwo, eleganckie hotele i nędza warszawskich zaułków, sława i tani blichtr, namiętne romanse i nikczemne zdrady. Losy Magdy, córki rzeźnika, która robi zawrotną karierę artystyczną i poślubia znanego członka warszawskiej socjety, hrabiego Runickiego. Czy jednak, jako renomowana aktorka i żona właściciela majątku ziemskiego, osiągnie wymarzone szczęście, dla którego zrywa kontakty ze swoim ojcem i siostrą? Czy rodzina jej męża i środowisko ziemiańskie, do którego wkracza ta wywodząca się z nizin społecznych ,,lafirynda”, zaakceptuje jej zmysł praktyczny i talent organizacyjny, dzięki którym ratuje majątek Runickich przed licytacją? Czy słynący z licznych podbojów miłosnych małżonek potrafi być Magdzie wierny? A może szczęśliwe życie w Wysokich Progach to tylko iluzja, podobnie jak osiągnięta wcześniej i drogo okupiona sława gwiazdy scenicznej…”

Na początku powieści narratorem „Wysokich progów” jest Ksawery Runicki. Jest to człowiek próżny, całkowicie skupiony na sobie i swoich potrzebach. Z drugiej strony szalenie zależy mu na opinii innych, trwoni resztkę pieniędzy jaka mu pozostała byle tylko zachować pozory, nawet jeśli znajomi wiedzą o upadłości Wysokich progów. Jak stwierdza jego ukochana, niestety wszystkie jego zalety tkwią w jego słabościach. Już gdzieś tak w jednej czwartej książki czytelnik serdecznie nienawidzi Ksawerego i ma dosyć jego dziecinnej natury. Dołęga dla uwypuklenia swojego zamysłu pisarskiego szalenie pognębił Magdę fatalnym mężem. Pieniądze się naszego bohatera stanowczo nie trzymają, ale też i rodzice nie charakteryzują się przedsiębiorczością i odpowiedzialnością. Teściowa Magdy widzi w sobie wręcz ucieleśnienie Messaliny (cesarzowa rzymska słynna z erotycznych ekscesów) i tak się zachowuje, szokując momentami brakiem taktu samą Magdę oraz czytelnika. Teścia-pustelnika prowadzącego badania nad rewolucją francuską, nie interesuje naprawdę nic oprócz jego własnych historycznych zainteresowań. Stery gospodarstwa całkowicie przejmuje Magda pilnując by żadna gotówka nie dostała się Broń Boże w ręce tych utracjuszy. I mimo całej pracy jaką włoży dziewczyna, nadal nie będzie częścią świata męża, Jaśnie Panią trzeba się niestety urodzić. Członkowie rodziny zawsze będą patrzeć na nią ” z wysokości drzew genealogicznych”, bo to nazwisko jest tradycją samą w sobie. Chociażby w oczach służby zawsze będzie córką rzeźnika, nawet jeśli to dzięki niej zaczną znów otrzymywać wypłatę.

Zastanawia mnie ten teść jeszcze, który może do obrotnych ludzi nie należy, ale który budzi sympatię czytelnika. Mężczyzna posiada ogromną wiedzę historyczną, prowadzi badania naukowe, ale w swojej rodzinie uważany jest za głupca. Jego wiedzą gardzi większość okolicznego ziemiaństwa. Wychodzi na to, że wykształcenie w oczach tej warstwy jest czystą stratą czasu i dziwactwem.

Magda nie jest bohaterką idealną, wolną od wad, ale niewiele jej brakuje. Mimo, iż za Ksawerego nie wyszła z miłości, a odrobinę z wyrachowania to i tak jej późniejsze poświęcenie na rzecz tej rodziny i jej majątku trochę ją rozgrzesza. Rozumiem, że autor z konieczności ratowania tej rodziny obdarzył ją pewnymi przymiotami, no i dla kontrastu z ich niewdzięcznością. W każdym razie Runiccy pognębili ją wystarczająco. Podoba mi się motyw walki samej bohaterki o godność, choć może autor za często nam o nim przypomina. Jako córka właściciela sklepu mięsnego i w dodatku aktorka, ma już na starcie „zapewnioną” negatywną opinię. Nie dość, że pochodzenie jest nie takie to i zawód. Już przyszły mąż „odpowiednio” ją ocenia startując do dziewczyny z wysokości swojej pozycji społecznej. Aktorka musi pracować niezwykle ciężko by zdobyć sobie szacunek niektórych osób, a są to i tak wyjątki, ponieważ w oczach większości i tak pozostanie „chamskim nasieniem”. I ten mąż, którego szacunek sobie zdobyła własną postawą i ciężką pracą, najbardziej będzie deptał jej honor. Momentami postać Runickiego nie mieści mi się w założonych przez pisarza ramach. Z jednej strony tak lubi dbać o pozory dobrego wychowania, a z drugiej w pewnych momentach kompletnie na to nie zważa. Dołęga za bardzo chciał jego kosztem dręczyć Magdę (z drugiej strony, Reymont też nie miał litości w sercu dla swojej Janki i też tyle niedoli jej sprezentował i rozczarowań w „Komediantce”). Nie wiem czy to maniera pisarza czy takie czasy, ale jak dla mnie „Wysokie progi” trącą momentami już sentymentalizmem, i niektóre sceny są wręcz za bardzo melodramatyczne.

Po wielu perypetiach nasza bohaterka też bardzo dorasta, staje się odpowiedzialną młodą kobietą o silnym poczuciu obowiązku. Pracuje bardzo ciężko i nie pozwala sobie na wiele rozrywek, wydawanie pieniędzy pozostawiając swej nowej rodzinie.

„Złota maska” bardziej mi się podobała, ale może to właśnie urok Dołęgi-Mostowicza, że człowiek kontynuuje lekturę, nawet jeśli widzi pewne niedociągnięcia.

The Mystery at Underwood House, Clara Benson

Clara Benson to dość poczytna autorka kryminałów w Wielkiej Brytanii. „Tajemnica Underwood House” to jej drugi kryminał z serii Tajemnic Angeli Marchmont. Pierwszego nie było na Storytel, stąd taki wybór. Uparłam się na te kryminały osadzone w dwudziestoleciu międzywojennym, chyba szukam czegoś na miarę Agathy Christii. Dość powiedzieć, że wybór jest przeogromny, a większość z pisarzy, po których powieść sięgam ma już po kilka, kilkanaście kryminałów na swoim koncie.

Clara Benson czerpie garściami z kryminałów początku dwudziestego wieku, to ma dobre i złe strony. Mamy mroczny dwór, próbę stworzenia postaci o psychologicznej głębi z konkretnymi motywami. Dodatkowe zabiegi fabularne mające zmylić czytelnika. Mimo, że trup ściele się gęsto, autorka nie epatuje przemocą, to wszystko na plus.

Philip Haynes, głowa rodziny, umiera pozostawiając dość skomplikowany testament. Jego dzieci muszą spotykać się w rodzinnej posiadłości dwa razy do roku by wypełnić jego wolę i otrzymać spadek. W trakcie spotkań zamiast towarzyskich gier oddają się kłótniom. Zaczynają ginąć kolejne osoby a Angela zostaje poproszona przez przyjaciółkę o rozwikłanie sprawy. Tam gdzie policja stwierdziła tylko nieszczęśliwe wypadki (trzech osób z rodzeństwa!-nie ma powodu do paniki) nasza amatorka ma zorientować się w sytuacji i ewentualnie rozwikłać zagadkę. Więc jak dla mnie już dość naciągnięte prawdopodobieństwo fabularne. Do tego od początku powieści było powiedziane, że Philip Haynes lubił wsadzać kij w mrowisko i podburzać przeciwko sobie własne dzieci, ale dla mnie to było zbyt grubymi nićmi szyte.

Nasza bohaterka okazuje się być osobą o opanowaniu Jamesa Bonda, posiada też dość nietypowe jak na damę umiejętności oraz stalowe nerwy. Autorka próbuje to jakoś tłumaczyć, ale nie do końca mnie przekonuje. W każdym razie to nie pierwsza lepsza młódka, która amatorsko para się rozwiązywaniem tajemniczych morderstw, tylko już troszkę bardziej stateczna dama. Do tego Angela jest osobą wrażliwą, empatyczną i niezwykle wręcz skromną. Bez przerwy któryś z bohaterów ją chwali, odnosząc się do jej poprzedniej sprawy (poprzedni tom, którego nie czytałam) a ona stale umniejsza swoje w niej zasługi.

Jest to pierwszy kryminał z odrobiną humoru tu i ówdzie (to naprawdę mała drobinka, ale zawsze).

„So where does Edward’s death come in?’ said Angela.

‘Well that’s the thing,’ said Louisa. ‘If it were only about him then I shouldn’t be bothering you with this. But it’s all of them. They’re all dead. First Philippa, then Winifred, and now Edward. Three meetings we’ve had since Philip’s death. Three. And at each meeting someone has died.’

‘Good gracious!’ said Angela.

‘Exactly,’ said Louisa. ‘And it’s starting to look rather suspicious.’”

Jesień, Ali Smith

Czterokrotna finalistka Nagrody Bookera, uznawana za najwybitniejszą współczesną szkocką pisarkę i jej pierwsza powieść z czterotomowego cyklu „Pory Roku”!

Ponad stuletni Daniel Gluck mieszka w domu spokojnej starości. Trzydziestoletnia Elisabeth Demand, która w dzieciństwie wbrew woli swej matki zaprzyjaźniła się z mieszkającym wówczas po sąsiedzku Danielem, teraz czuwa przy łóżku śpiącego starca, rozmyślając o ich dziwnej relacji, która ukształtowała ją na całe życie. Daniel we śnie przeżywa własne wspomnienia, a w tle tych dwóch pełnych wymownych detali reminiscencji Wielka Brytania szykuje się do Brexitu i rozprawy z emigrantami.

To pierwsza i od razu niezwykle znacząca powieść, która mierzy się z nową rzeczywistością społeczną Wielkiej Brytanii i reszty Europy.”

Ali Smith, ulubiona pisarka rzeszy Brytyjczyków, wymieniana jako kandydatka do nagrody Nobla. Pisarka płodna, nie cierpiąca na brak pomysłów i nagród literackich. W swoim pisarstwie porusza tematy ważne dla współczesnego człowieka i taką książką jest właśnie „Jesień”, pierwsza pozycja w serii pór roku. I kto by pomyślał, że ja właściwie jakoś nie mogę jednoznacznie stwierdzić czy owa książka mi się podobała. Rzadko mi się to zdarza.

Para głównych bohaterów – Elizabeth i Daniel- to dwoje ludzi, których większość dzieli – wiek (ona jest ponad wiek rozwiniętą dziewczynką, on dżentelmenem w podeszłym wieku), pochodzenie, upodobania, zainteresowania, a jednak coś ich połączyło, nierozerwalnie splatając ich losy. Daniel zostaje nieoficjalną i dość niekonwencjonalną nianią Elizabeth. Jej mama coraz częściej powierza mu opiekę nad swoją córką, choć z czasem traci do niego zaufanie, przez dziwaczne według niej tematy ich wspólnych rozmów. Denerwuje się, iż nie może zrozumieć intelektualnych potrzeb swojego dziecka, więc stwierdza, że ich tematy są cudaczne i gorszące. Tymczasem tajemniczy sąsiad staje się dla dziewczynki przewodnikiem i mentorem po swoistym świecie sztuki. Między nimi nawiązuje się nić porozumienia oraz przyjaźni. W trakcie wspólnych spacerów Daniel dzieli się z nią miłością do języka, książek i sztuki.

Elisabeth jako trzydziestolatka odwiedza Daniela w domu opieki i czytuje mu książki. Tymczasem Daniel Gluck śpi, a może tylko dryfuje gdzieś w niebycie. Jedną z lektur, które przynosi Elisabeth do szpitala, to „Opowieść o dwóch miastach” Dickensa i słyszymy ten znamienny cytat „To była najgorsza i najlepsza z epok…”. Czuć w powieści tą wagę historii, która wpisuje się w życie bohaterów. To jest epoka, w której ktoś maluje na domu imigrantów napisy aby wrócili do domu, to czasy podzielonego społeczeństwa.

Elisabeth mieszka teraz z matką, aby móc odwiedzać Daniela, pisarka dyskretnie ukazuje jak sobie wzajemnie zachodzą za skórę i nawet odcień pogardy wymykający się tu i ówdzie w stosunku do matki. Ale z czasem mieszkając z nią, kobieta orientuje się, że musi zmienić ukutą już wcześniej opinię o własnej rodzicielce.

To bardziej luźne opowieści, które mają dać szansę ukazania trapiących społeczeństwo brytyjskie problemów. Dlatego moim zdaniem, mimo ram opowieści, historia rwie się momentami i w moim odczuciu dobór jest chaotyczny. Choć w zamyśle autorki książka miała być subtelną eksploracją sposobu w jaki odczuwamy czas.Gra słowami, ich powtarzalność, mająca na celu wprowadzenie określonego nastroju.

Nie podważam wartości artystycznej utworu, ale tego jest jak dla mnie za dużo, poczynając od absurdów biurokracji a kończąc na stosunkach międzyludzkich. Dla mnie trochę szyte na miarę i dosyć niespójne, ale to może być moje osobiste pragnienie ładu.

Każdy element powieści jest przemyślany, ma czemuś służyć. Jakoś bieg samej historii mnie nie porwał, tu każdy akapit to rebus do rozwiązania, eksperyment, zabawa z czytelnikiem. Wszystko jest przesłaniem. To książka służąca wyższej sprawie, projekt autorski i może właśnie dlatego nurt opowieści mnie nie porwał. Zresztą nie tylko ja mam taki pogląd: https://krytycznymokiem.blogspot.com/2020/11/jesien-ali-smith.html

Złota maska, Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Stanowczo nie doceniałam Tadeusza Dołęgi-Mostowicza jako pisarza, jego „Złota maska” po prostu mnie wciągnęła. Losów Magdy Nieczajówny z Powiśla, córki właściciela jatki, słuchałam z większym zainteresowaniem niż paru ostatnich książek, pomimo dość monotonnego głosu lektorki.

Bohaterka „Złotej maski” z jednej strony dość zaradna, harda i odważna, z drugiej strony jeszcze naiwna w świecie, w którym stara się stawiać pierwsze samodzielne kroki. Magda jest dziewczyną twardo stąpającą po ziemi, to mieszanka zdrowego rozsądku i młodzieńczych marzeń. Dziewczyna dorasta na naszych oczach, a kariera w teatrze niekoniecznie okazuje się tym czego pragnęła. Owszem, barwne to życie pełne blichtru i świateł nadal ją przyciąga i nie wyobraża sobie powrotu do szarej, bezbarwnej rzeczywistości. Jest osobą, która tylko czeka na coś niezwykłego, co miałoby się przydarzyć w jej życiu. Ciągle spragniona wrażeń, ciągle nienasycona. Mimo potrzeby głębokich doznań jest osobą dość praktyczną i ma swoje zasady, których trzyma się w życiu. Momentami wręcz bezlitosna dla absztyfikantów, ale i płeć męska też nie pozostaje jej dłużna.

Postacie nie są jednoznaczne, mają swoje zalety i wady, to żywi ludzie z ich pragnieniami, namiętnościami i małostkami. Można powiedzieć, że w tej powieści nie ma ideałów, ale i potworów, bohaterowie pisarza wypadają niezwykle „ludzko”. Autor ujął mnie też swoją ironią, pokpiwa sobie w swojej powieści nie tylko z kobiet ale i z mężczyzn. Ukazuje prawdziwą naturę sentymentów bohaterów, pobudki kierujące ich miłostkami.

Jak Reymont, Dołęga podkreśla kumoterstwo i intryganctwo w teatrze, jeno na większą skalę, bo Złota maska cieszy się niezwykłym powodzeniem wśród widzów i występujący na jego deskach jeśli wydają pieniądze roztropnie to nie cierpią aż takiego głodu jak bohaterowie Reymonta. Przynajmniej do momentu kryzysu gospodarczego.Pazerność ludzka oraz zawiść często kryje się w tej powieści pod pozorem dobrych manier. U Reymonta w „Komediantce” aktorzy większe hucpy odprawiali, dając się ponieść wszelkim emocjom. Noblista odarł wręcz swoich bohaterów z całej godności, uczynił ich śmiesznymi i tak strasznie małostkowymi. Dołęga swoim daje jeszcze jakieś pozory.

Komediantka, Władysław Reymont

Gdzieś na prowincji, w małej miejscowości spokojnie toczy się życie dwudziestoletniej Janki Orłowskiej. Wieczne scysje z ojcem to jedyne wydarzenia, które wnoszą w ich wspólne życie trochę emocji. Wszystko w miarę się układa do momentu gdy ojciec nakazuje córce przyjąć oświadczyny bogatego Grzesikiewicza. To dla dziewczyny moment przełomowy, kiedy decyduje się na zawsze opuścić rodzinny dom i spełnić swoje marzenia o aktorstwie i życiu dla większej idei. Udaje się do Warszawy, gdzie udaje się jej zdobyć angaż do niewielkiego teatru Cabińskiego.

Początkująca aktorka musiała przybyć z prowincji pełna ideałów, w końcu na wsi nie mogła mieć żadnego wyobrażenia o tym jak może wyglądać praca w teatrze. Aktorstwo stało się dla niej sensem życia, motorem działań, który natchnął ją odwagą do wyruszenia w nieznany świat i porzucenia rodzinnego domu. A przecież taki krok nie mógł być łatwy dla młodej dziewczyny na początku XX wieku. Aktorstwo jest dla Janki wyższym celem, aktorstwo to ma być sztuka wyższa wymagająca pracy i iskry natchnienia. Jednak ideały szybko zaczynają rozbijać się o nieciekawą i prozaiczną codzienność. Nasza bohaterka jest wręcz bombardowana rozczarowaniami choć trzeba jej przyznać, że większość przyjmuje ze stoicyzmem i trzyma się całkiem długo. I jak na „prowincjonalną „krowiętę” jakoś sobie radzi nie nurzając się w moralnej degradacji, która „groziła” wtedy aktorkom.

Dążenie do kunsztu, pragnienie tworzenia sztuki, służenia wyższemu celowi gubią się w ludzkich słabościach, namiętnościach, przywarach. Światek prowincjonalnych aktorów okazuje się wyzuty z ideałów, nikt tu na względzie nie ma wyższych ideałów, jedynie swoją korzyść,przyjemność, flirt, umiłowanie własne. Aktorzy z jednej strony gardzą widzami, tymi tapicerami, mieszczanami, czeladnikami, którzy ich oklaskują a z drugiej do gardeł sobie skaczą gdy idzie o podział „sławy”. Każdy żądny jest uwagi publiczności, jej braw i uznania. Z czasem wychodzą na wierzch ich podłe charaktery, demoralizacja, cynizm, zawiść. Wszystko to sprawia, że talent Janki nie ma szans zaistnieć, pogrzebany przez intryganctwo, samolubność i kumoterstwo. I nawet jeśli bohaterka kierowała się w życiu honorem, godnością, pragnieniem tworzenia sztuki to i tak w oczach innych oraz trupy teatralnej pozostała „komediantką”. Nie zasłużyła na szacunek nawet „wśród swoich”.

„Komediantkę” Reymont napisał w miejscowości Bukowno, gdzie przez krótki czas pracował jako zawiadowca stacji kolejowej. W tym samym zawodzie obsadził ojca głównej bohaterki, Janiny Orłowskiej. Jej samej „sprezentował” ambicje aktorskie, oparte także na własnych przeżyciach. Po przeczytaniu jego powieści naprawdę głęboko zastanawiałam się, co pisarz musiał przeżyć i z jakimi ludźmi się zetknął skoro spod jego pióra wyszła tak pesymistyczna w wydźwięku powieść.

Chopin. Miłość i pasja, Iwona Kienzler

To moja pierwsza książka Iwony Kienzler ze sporego dorobku tej historyk. Pisać o przedmiocie kultu narodowego – to nie lada wyzwanie! I tyle pytań – Chopin – Polak czy Francuz? Jak poznali się jego rodzice? Jakim był dzieckiem? Jak go wychowywano? Czy był rozrzutnym młodzieńcem? Jak to było z tymi miłostkami i namiętnościami?

Frycek od małego bywał na salonach, czuł się tam więc jak ryba w wodzie. Kobiety za nim przepadały, ale czy rzeczywiście miał te wszystkie romanse , o które go posądzano, albo nawet chciano posądzać? W końcu wokół tak niesamowicie utalentowanego człowieka narosło legend. Kienzler skupiła się nie tylko na samym życiorysie Chopina ,ale też na próbie dojścia do prawdy, odsiewu legend i odnalezieniu człowieka po prostu.

Co mnie zadziwiło w samym Chopinie to ten jego pęd do bywania w towarzystwie i udzielania się w nim artystycznego, wręcz kosztem własnego zdrowia. Mężczyzna wątły, delikatny, któremu tyle kobiet matkowało. Do tego towarzyski elegant, który nigdy nie dawał się długo prosić, gdy towarzystwo chciało posłuchać jego improwizacji. Nie zbywało mu też na dowcipie i zdolnościach aktorskich.

To co mi się podobało w tej książce, to że autorka nie przyjmowała niczego za pewnik w życiu Chopina, oraz że otwarcie o tym pisała. Jeśli jakieś informacje, anegdoty nie miały wystarczającego potwierdzenia w pisemnych dowodach pozostawionych przez samych zainteresowanych, pisarka sama informuje o tym czytelnika. A to nie jest takie oczywiste gdy chcemy dać czytelnikowi książkę o Chopinie traktującą o jego pasjach i miłosnych namiętnościach. Ten sceptycyzm cenię u historyków, którzy podają za równo obiegową legendę jaki i rozważają bardziej prawdopodobne wersje wydarzeń, starając się bazować na pozostawionych dokumentach, przede wszystkim informując o tym czytelnika. Czyni to wtedy rzeczoną lekturę mniej sensacyjną, ale z drugiej strony pozostawia czytającemu pole do popisu dla jego wyobraźni. Sceptyk może odrzucić, marzyciel pogdybać. Wiem, że na pewno sięgnę po kolejne książki Iwony Kienzler.

Murder at Merisham Lodge, Celina Grace

Pierwszy tom z serii”Miss Hart and Miss Hunter Iinvestigate”. Tu dla odmiany mamy dwie bohaterki, które wspólnie bawią się w bycie detektywami – Joan Hart i Verity Hunter. To co jest oryginalne, to to, że obie są służącymi, jedna jest pokojówką, a druga podkuchenną z pisarskimi ambicjami. Autorka postanowiła tu wykorzystać tę wszechwiedzę służby, przed którą nic się nie ukryło, a tajemnice jaśnie państwa omawiano z wypiekami na twarzy gdzieś w przejściach służbowych.

Pisarka naprawdę stara się trzymać autentycznego rozkładu dnia obu służących, więc po prawdzie mają one aż tak dużo czasu na rozwiązywanie zagadki i wałęsanie się po posiadłości. Często też nie mają nawet czasu przedyskutować czegoś, ponieważ po całym dniu obowiązków padają wypompowane. Skąd też i historia momentami się dłuży, ale jest dla mnie o wiele bardziej prawdopodobna niż to co chce sprzedać w swojej historii Carola Dunn, kreując swoją bohaterkę – Daisy Dalrymple. Bohaterki Celiny Grace są bardziej pełnowymiarowe, mają swoje troski, radości, zalety i wady (wścibstwo przede wszystkim ;). Autorka stara się też zwrócić uwagę czytelnika na pewne ówczesne kwestie społeczne i zgryzoty ludzi o niższym stanie, zwłaszcza kobiet. Przedstawia problemy, z którymi musiały się borykać nie tylko na co dzień. Dunn skupia się na dysonansach obu sfer, które zazębiają się, ale żyją obok siebie.

Sama zagadka jest dość prosta, a śledztwo skomplikowane nie było. Wystarczyło żeby dziewczyny powęszyły tu i tam – i to było wszystko. Ale myślę, że mogę jeszcze sięgnąć po kolejny tom tej serii.

Murder at Merisham Lodge, Celina Grace

Śmierć w posiadłości Wentwaterów, Carola Dunn

„Death at Wentwater Court” – „Śmierć w posiadłości Wentwaterów” to pierwsza część serii kryminałów -The Daisy Dalrymple, traktująca o młodej, niezależnej dziennikarce w Wielkiej Brytanii 1923 roku. Daisy, pomimo iż jest arystokratką postanowiła sama zarabiać na własne utrzymanie i nie być na garnuszku u krewniaków. To jest oczywiście szczytna idea jak na początek XX wieku. To, że jest arystokratką otwiera jej wiele drzwi, które normalnie byłyby zamknięte dla kobiety pracującej.

Daisy przybywa do posiadłości Wentwaterów aby napisać artykuł i już od wejścia orientuje się we wzajemnych animozjach mieszkańców. Jest niczym chodzący wykrywacz kłamstw i nastrojów, od razu wie, kto jest godny zaufania a kto ma coś z drania. Z szybkością błyskawicy także zdobywa zaufanie rodziny oraz wymiaru prawa.

Mamy wierzyć na słowo autorce, że niebieskie oczy głównej bohaterki po prostu nakłaniają do zwierzeń wszystkich bez wyjątku. I tak, nikt nie może się im oprzeć, wszyscy, którzy porozmawiają z nią dłużej zastanawiają się dlaczego zdradzili tak wiele tej młodej, uroczej dziewczynie. Zastanawia się nad tym sama bohaterka i ja razem z nią. Do tego panna Daisy jest niezwykle spostrzegawcza i to właściwie ona namawia inspektora do wszczęcia śledztwa ( co jest znamienne, bo po rozwiązaniu zagadki namawia inspektora aby o rzeczonym morderstwie po prosu zapomniał). A pod koniec książki, to już prawe nikt z bohaterów nie może się obejść bez panny Daisy.

Czasem dobrze tak zanurzyć się w tym dwudziestoleciu międzywojennym, czasach kiedy słowo wulgarny oznaczało coś zupełnie innego niż teraz. Choć nie wydaję mi się, żebym wróciła do tej serii, może początkującej detektyw poszło za prosto, może to nie mój typ, może było też za bardzo melodramatycznie. Na plus tej powieści muszę policzyć powtórzenie angielskich idiomów, nie pamiętam żebym w ciągu paru lat spotkała się z takim ich nagromadzeniem w jednej książce.

Dla kogo ta książka? Dla miłośników angielskich idiomów na pewno się nada.

Death at Wentwater Court, Carola Dunn

Książkę wydano nawet po polsku, jednak polska okładka jakoś do mnie nie przemawia.

Śmierć w posiadłości Wentwaterów, Carola Dunn

Surfeit of Suspects, George Bellairs

Kryminał „Surfeit of Suspects” został wydany w serii – British Library Crime Classics, kolekcji ponad 100 pozycji godnych reprintu. Powieść opublikowana po raz pierwszy w 1964 roku, ukazuje nam szybko rozrastające się miasteczko Evingden, które traci swój lokalny koloryt na rzecz masowej rozbudowy. Anglia po wojnie prężnie się rozwija, nie bez konsekwencji dla wyżej wspomnianej miejscowości. Kryminał od razu przenosi nas w sam środek akcji eksplozją biura w firmie Excelsior. W wypadku ginie trzech, z pięciu dyrektorów firmy, śledztwo zaczyna komisarz Littlejohn i jest to czterdziesty pierwszy kryminał z udziałem tej postaci!

Choć powieść rozpoczyna się sensacyjnie to szybko „zwalnia”, pisana jest w metodyczny, stonowany sposób. Bellairs przedstawia świadków i podejrzanych bardzo obrazowo. Autor starał się aby postacie charakteryzowało coś oprócz samego wyglądu, często podaje ich zainteresowania, hobby, słabości. Każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter i cechy osobowościowe. Stopniowo pisarz przybliża nam coraz bardziej relacje łączące postacie. Jednak rozwiązanie zagadki nie przynosi zaskoczenia.

Generalnie była to dość przyjemna lektura, kryminalna dla odmiany.

Surfeit of Suspects, George Bellairs

Digging to America, Anne Tyler

„Digging to America” to siedemnasta (!!) książka w dorobku Anne Tyler. Po trzeciej, przeczytanej przeze mnie książce autorki, widzę, że jej specjalnością są w dużej mierze związki rodzinne. W większości jej historii mamy okazję stopniowo poznać historię pary, jak się poznali, jak rozkwitło ich uczucie, następnie gdzie zamieszkali  i jaką rodzinę stworzyli, i ta końcówka jest najważniejsza. To jest to, co pisarkę interesuje najbardziej, związki między kolejnymi członkami familii, wzajemne powiązania i relacje, oraz to, co przy okazji można jeszcze zawrzeć w historii. W „Digging to America” są to motywy emigracji i adopcji.

Historia osadzona jest w Baltimore, w Ameryce,  przedstawia dwie zupełnie różne rodziny, które zaadoptowały dziewczynki z Korei. Sami i Ziba Yazdan, Irańsko-amerykańska rodzina oraz Betsy i Brad Dickinson-Donaldson. Wszyscy spotykają się razem po raz pierwszy na lotnisku, gdzie przybywają ich adoptowane córeczki. Obie rodziny dzieli wszystko – kultura, wyznawane wartości, wiek, sposób wychowywania dzieci, jednak z czasem zaprzyjaźniają się po mimo tych różnic.

Gdzieś w połowie książki zachowanie niektórych bohaterów zaczęło mnie naprawdę drażnić, zauważyłam, że to już kolejna książka tej autorki z postacią, która naprawdę działa mi na nerwy. Betsy to nie tylko osoba, która  mówi bez ogródek co myśli, uważa, że absolutnie zawsze ma rację i bezlitośnie forsuje swoje poglądy. A wszyscy jej bliscy akceptują to jako dobra monetę, jako sposób na angażowanie się we wszystko co robi. Pisarka, dla osłabienia negatywnego efektu jakie wywołuje Betsy, postanowiła ją chyba pognębić życiowo i by wywołać współczucie czytelnika „rozchorowała” ją na raka piersi. Wszystko po to, by wydawała się godna współczucia i by pokazać, że wśród członków rodziny zawsze znajdzie się ten, na którego mamy uczulenie, ale właśnie ta grupa najbliższych nam osób często frustrujących, działających nam na nerwy, tych powściągliwych i tych trzymających się na uboczu to nasza rodzina. I to oni wszyscy razem wzięci pozwalają nam odczuć tą bliskość. Pewnie właśnie dlatego autorka wymyśli zawsze jakąś denerwującą postać, która gdzieś później, w trakcie fabuły ukaże swój potencjał, swoje słabości, swoje prawdziwe ja (na przykład w innej powieści Tyler, „Na szpulce niebieskiej nici”, taką postacią jest Denny).

W tej książce podobał mi się wątek emigracyjny przedstawiony z wyczuciem i delikatnością. Ponieważ bohaterami są i Amerykanie z dziada pradziada i Irańczycy, a także ich dzieci urodzone już w Ameryce. Delikatnie rozsiane aluzje, pozwalają poznać uczucia Mariam, seniorki rodu Yazdan, która jednocześnie cieszyła się z przyznanego obywatelstwa amerykańskiego i smuciła z powodu porzucenia ojczyzny.

Autorka sprytnie wprowadza kolejne motywy, akurat to przyszło mi to do głowy ponieważ w ostatnio czytanej książce („The Long Way to a Small Angry Planet” Backy Chambers) nie było to zrobione tak dobrze. Okazją do poznania uczuć bohaterów, targających nimi dramatów, może być stary T-shirt. To się odbywa tak gdzieś przy okazji, nikt tu nie wyłuszcza nikomu przez najbliższe trzy strony co czuje. Czy bohater jest samotny we własnym domu (David) i nie może dać sobie rady bez drugiej połówki, czy może rozkoszuje się świętym spokojem (Mariam). Czytelnik sam może domyślić się jaki dramat rozgrywa się za rekwizytami, umiejętnie wplecionymi w fabułę. Pisarka stara się przedstawić związki międzyludzkie, wzajemny stosunek do ludzi, który objawia się często w rzeczach, drobnych szczegółach, przygotowanych posiłkach. Oczywiście przez to powieść jest momentami pełna szczegółowych opisów, niekoniecznie zawsze tak potrzebnych. Zwłaszcza, jeżeli autorka zbyt często opisuje dokładnie co robiła każda postać. Wiem, że w ten sposób często uwydatnia sytuację bohatera, jego nastroje. Tak więc jest to subtelna powieść, ale momentami jest tego za dużo.

Women’s Prize for Fiction (2007)