Przysnęłam

Jakoś ostatnio przysnęłam a  tyle się dzieje.

Nowe, ciekawe wyzwania literackie:

Rosja w literaturze

Klasyka literatury popularnej

Mój blog skończył już 2 lata! Mam nadzieję, że nie dopadnie go kryzys wieku średniego.

Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, to zawiadamiam, że w sieci możemy poczytać niezależny magazyn bukinistyczny – Archipelag. To już drugi numer tego kwartalnika. Polecam.

grendella zaprosiła mnie do łańcuszkowej zabawy pt.”Co lubię”

– biorąc pod uwagę monotematyczność bloga odpowiedź wydaje się oczywista

– robić zdjęcia

– cappuccino, najlepiej waniliowe

– podróżować, zwiedzać, łazikować, spacerować

– rozmowy/wycieczki z najbliższymi

– wstawać wcześnie rano i biegać

– jesień, a zaraz po niej wiosnę

Aby łańcuszek się nie zerwał do kontynuowania zapraszam eruanę i dabarai

Lala, Jacek Dehel

Lala, Jacek Dehel, WAB

 Lala

Tak, i ja dołączyłam zwolenników twórczości Jacka Dehnela i twierdzę, że „Lala” jest dobrą książką. Dziś tak pokrótce.

Pisarz balansuje na granicy gatunków i utartych schematów, ale pisze w sposób wyważony, zna magię słowa i umie się nią posługiwać. „Lala” to saga rodzinna, biografia, swoisty pamiętnik, bildungsroman i co tam jeszcze. Całość ma w sobie niezwykły urok starego zdjęcia w sepii, odnalezionego gdzieś na strychu.

„Lala” to babcia autora, urodzona w Kielcach w 1919 r., natomiast on sam jest tu narratorem przekazującym nam rodzinne opowieści seniorki rodu. Pełno tu anegdotek, zabawnych historii, dygresji, przeszłość miesza się z teraźniejszością, poznajemy lwią część Dehnelowskiej familii, ich krewnych i przyjaciół.

Podoba mi się to, że autor otwarcie opowiada o sobie, swojej rodzinie, z wielką czułością. Cóż, spisane wspomnienia tłumaczą sławną manierę Dehnela i jego swoisty styl. Piszę to, bo nasłuchałam się i naczytałam o nim samym więcej niż o jego twórczości, co jest zresztą dość zastanawiające. Wracając do właściwego tematu tej notki, Dehnel to pisarz-erudyta, umiejętnie żonglujący słowami, wrażliwy na piękno języka. Nie podejmuje tematów nowych, nie on jeden spisał dzieje rodzinnego klanu. Ale jego książkę przede wszystkim  bardzo przyjemnie się czyta.

seria: Archipelagi

Kawałki żeńskie, męskie i nijakie, Stefania Grodzieńska

Kawałki żeńskie, męskie i nijakie, Stefania Grodzieńska, Akapit Press, Łódź 2001

 Kawałki żeńskie, męskie i nijakie

Muszę się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z felietonami Stefanii Grodzieńkiej, wiele słyszałam o jej twórczości, ale zawsze było jakoś tak nie po drodze. A okazało się, że te „kawałki” są naprawdę niezłe i dobrze się bawiłam czytając tą książkę.

„Kawałki żeńskie, męskie i nijakie” to wybór felietonów z całego dorobku autorki, poczynając od lat czterdziestych. Choć może tak do końca owych „kawałków” felietonami nazwać nie można, mi tu najbardziej pasowałyby humoreski, ale tej nazwy już chyba nikt dziś nie używa. Wszystkie zebrane kawałki spina i łączy w całość rozmowa pisarki z redaktor Beatą Kęczkowską. Te żeńskie napisała oczywiście Grodzieńska, nijakie to według niej te nieudane, a męskie są autorstwa Władysława Kopalińskiego, Wojciecha Manna i Wojciecha Młynarskiego.

Wiadomo, iż jedne teksty będą bardziej udane, inne mniej, w dodatku to jest też kwestia poczucia humoru i gustu. Jednak niewymuszony styl Stefanii Grodzieńskiej bardzo mi się spodobał. Przez te teksty przebija osobowość ich autorki, niebanalna, z ogromnym poczuciem humoru. Pani Stefania na pewno była osobą spostrzegawczą, czułą na wszelkie zmiany w kraju, bystrym okiem wypatrując wszelkich społecznych skrzywień. Myślę, że miłośnicy PRL-owskiej rzeczywistości obowiązkowo muszą zapoznać się z jej twórczością.

Nie wszystkie koncepty są oryginalne czy do końca śmieszą, ale mistrzowskie są dialogi z „Tragedii małżeńskich” przedstawiające to „najtrudniejsze przedsięwzięcie na świecie”. Pisarka wyolbrzymia, przesadza, drwi i rozbawia, ale gdzieś tam tkwi to ziarno prawdy. Polecam na poprawę humoru.

Dom sióstr, Charlotte Link

Dom sióstr (Der Haus der Schwestern), Charlotte Link, tłumaczył Ryszard Wojnakowski, Świat Książki

 Dom sióstr

Jakoś ostatnio nie mogłam przysiąść do napisania jakiejkolwiek recenzji, ta powieść też ponosi za to odpowiedzialność. Najprościej byłoby mi napisać, że była beznadziejna i tyle, ale próbuję zrozumieć dlaczego mi się nie podobała. Jest to książka zbierająca bardzo pozytywne opinie na blogach, i uchodząca za fantastyczne babskie czytadło. Pozycja ta jednak zamiast koić me nerwy skutecznie mnie denerwowała. Po namyśle stwierdzam, że to wszystko z winy bohaterów tej powieści – wszystkich razem wziętych.

Barbara pragnie ratować po niewczasie swoje małżeństwo z Ralphem więc w tym celu udają się na Gwiazdkę do Yorkshire by w samotności popracować nad związkiem. Odcięci od świata przez burzę śnieżną, nie zaopatrzeni w zapasy, miastowe szczury starają się miło spędzić czas na wsi. Długie samotne wieczory bohatera umila sobie podczytując spisaną przez poprzednią właścicielkę domu, Frances Gray, swoistą autobiografię. Także gdy mąż rąbie drewno, Barbara wsadza nos w nie swoje sprawy, a my razem z nią poznajemy nudne losy pani Gray. Jak można się domyślić Frances miała siostrę, której jednocześnie nienawidziła i zazdrościła, i tak przez całe swoje długie życie. Oczywiście czynnikiem, który jeszcze pogorszył ich relacje był mężczyzna.

Autorka wplątuje główną bohaterkę konsekwentnie we wszystkie melodramatyczne rozwiązania i zawieruchy historii. Frances jest więc miłością dobrze wychowanego panicza, skrzywdzonego wrażliwego mężczyzny, wojującą sufrażystką i pielęgniarką na froncie. Obie wojny światowe są tu tłem i powodem poszczególnych tragedii bohaterów. Do tego nieznośne są wtręty historyczne autorki pozostają jedynie wtrętami, tzn. w pewnym momencie ucina fabułę i serwuje czytelnikowi mini wykład z aktualnej historii Europy.  Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam, że w domu sióstr wcześniej czy później pojawi się jakiś niedobity żołnierz, którego będą musiały kurować, naprawdę tylko jego brakowało by schematowi stało się zadość.

Sama zadawałam sobie pytanie dlaczego w ogóle czytałam to dalej, po pierwsze dlatego, że ostatnio zarzuciłam w trakcie dwie inne powieści i chociaż tą chciałam skończyć „uczciwie”, po drugie dlatego, że wszystko wskazywało iż w owej książce ma nastąpić jakieś niezwykłe i tragiczne wydarzenie, i tak czekałam i czytałam dalej. Nastąpiło. Jednak ze względu na wybitnie denerwujące mnie charaktery bohaterek stwierdzam, że nie było warto. Frances Gray mimo podejmowanych przez siebie prób zmieniania życia jest osobą niezdecydowaną do końca, jej wywody i wieczne pretensje do siostry po prostu mnie nużyły, jej siostra Wiktoria była po prostu głupia i płytka, a sama Barbara lepiej by zrobiła jakby pomogła rąbać to drewno mężowi.

Literacka Nagroda Nobla 2010

Literacka Nagroda Nobla 2010 powędrowała do Mario Vargas Llosy!

„for his cartography of structures of power and his trenchant images of the individual’s resistance, revolt, and defeat.”

Llosa nie należy do moich ulubionych pisarzy, ale z pewnością należy do pisarzy, których twórczość cenię. Z dotychczasowo przeczytanych przez mnie powieści tego autora polecam „Miasto i psy”. Na blogu zrecenzowałam jeszcze „Pochwałę macochy”, jednak jej frywolność (to chyba nawet za słabe słowo) i treść sprawiają, iż jest to bardziej literacka zabawka niż poważna lektura, utwierdza tylko w przekonaniu, że Llosa pisze niesztampowe powieści.

 Nobelprize

Etyka dobrej roboty, Richard Sennet

Etyka dobrej roboty (The Craftsman), Richard Sennet, przełożył Jan Dzierzgowski,Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2010

Etyka dobrej roboty

„Etyka dobrej roboty” to najlepsza z książek Richarda Senneta jakie dotychczas czytałam. Praca niezwykle złożona, naszpikowana wręcz niesamowitymi przykładami i bogactwem wiedzy jaką posiada sam autor. Widzę w tej pozycji rozwinięty zamysł z „Korozji charakteru” gdzie socjolog pisał między innymi o problemie fachowości, zdystansowania się pracowników do powierzonej pracy i roli narzędzi ułatwiających zadania.

Pisarz zaczyna od mitu Pandory i rozróżnienia Hannah Arendt między animal laborens i homo faber, istot ludzkich podobnych w działaniu do zwierząt i ludzi wykonujących pracę, która kształtuje wspólne życie („człowiek jako twórca”). Sennet wychodzi dalej i skłania nas do spojrzenia na ten problem w sposób bardziej otwarty, bez szufladkowania. Pytania, które zadaje są niezwykle istotne, mają większą wagę niż może się nam na początku zdawać. Czy ludzie panują nad techniką, którą sami rozwijają? Do czego jeszcze popchnie nas ciekawość? Wystarczy przytoczyć wypowiedź   Oppenheimera, który tak tłumaczył się ze zbudowania bomby.

„Gdy masz możliwość zrobienia czegoś tak perfekcyjnego (z technologicznego punktu widzenia), nie wahasz się: realizujesz swój projekt i dopiero później, kiedy już osiągniesz sukces, zastanawiasz się, co zrobić z tworem swej pracy. Tak właśnie było w przypadku bomby atomowej.”

Według Senneta geniusz to fenomen nowoczesności, w społeczeństwie tradycyjnym nie koncentrowano się na zdolnościach indywidualnych, rozwijanie talentu przez jednostkę zależało od podporządkowania się regułom wypracowanym w dawnych epokach, a więc by nabyć jakieś umiejętności trzeba było być posłusznym innym. Antropolog przypatruje się fachowcom przez kilka wieków, od średniowiecznych złotników do dwudziestowiecznych konstruktorów bomby atomowej. Nie pomija ruchów ideologicznych, ciekawie pisze o Mojżeszu klasy robotniczej, Marksie, nie zostawia suchej nitki na brytyjskich reformach służby zdrowia. Bardzo optymistycznie podchodzi do umiejętności, stwierdza, że każdy jest w stanie opanować pewne zdolności, tylko niektórym zajmuje to więcej czasu. Nie trzeba pracować agresywnie, ingerować w przestrzeń zbyt mocno, trzeba jej doświadczyć (np. w przypadku architektów). Wytwarzanie jest myśleniem, jednak w dzisiejszych czasach łatwo jest pomijać etykę, w końcu jesteśmy uzależnieni od maszyn. Oprócz tego wszystkiego pisarz zastanawia się jeszcze gdzie przebiega granica pomiędzy sztuką a wykonywaniem fachu, czy można je rozgraniczyć.

Przy całych tych pokładach ciekawych wniosków do jakich dochodzi Sennet i naszych przy tym rozmyślaniach, książkę czyta się niezwykle przyjemnie. Obrazowe przykłady wzięte prosto z życia są zaskakująco proste, po przemyśleniu odkrywają przed nami drugie dno, do tego styl socjologa wolny jest od pompatyczności. Polecam nie tylko zainteresowanym socjologią, ale wszystkim fachowcom, dumnym z wykonywanej przez siebie pracy oraz ze swych umiejętności.

„(…) tylko bogaci mogą być głupcami – dla wszystkich innych zdobycie jakiejś umiejętności jest koniecznością.”*

*Diderot

seria Spectrum

Człowiek z Wysokiego Zamku, Philp K. Dick

Człowiek z Wysokiego Zamku (The Man in the High Castle), Philp K. Dick, przekład Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy Rebis, Warszawa 2006

 Człowiek z Wysokiego Zamku

Już naprawdę od dawna nie czytałam nic autorstwa K. Dicka, gdy tylko zagłębiłam się w lekturę „Człowieka z Wysokiego Zamku” od razu przypomniałam sobie charakterystyczne wyznaczniki stylu tego pisarza.

To co lubię u Dicka to jego zdolność do tworzenia niezwykłych światów od samych postaw i ze wszystkimi szczegółami tworzącymi nową, niezwykłą, momentami nawet psychodeliczną rzeczywistość. Wyobraźcie sobie życie w społeczeństwie pełnym skostniałych zasad, gdzie wasza rasa wyznacza wam status i ukierunkowywuje waszą przyszłą drogę życiową, gdzie religią jest dyktatura rządu, bez wolnej gospodarki i konkurencji. Państwa Osi wygrały drugą wojnę światową i podzieliły się wpływami, Ameryka jest zależna od Japonii, której skośnoocy mieszkańcy opanowali kontynent kulturowo i gospodarczo. Jeden z bohaterów książki, Robert Childan, to dziecię już całkiem nowego świata. Jednocześnie podziwia i gardzi Japończykami, jest człowiekiem wierzącym w postulaty Rzeszy, krótkowzrocznym rasistą. Z jego pespektywy poznajemy japoński wymiar tej alternatywnej Ameryki, przesyconej teraz sztywnymi zasadami wychowania i pozorów spokoju. Childan, jako typowy, żywiołowy Amerykanin, nie umie odnaleźć się w społeczeństwie, które wymaga od niego stoicyzmu, spokoju i opanowania. Takie drobiazgi jak wpływ charakteru narodowego na zachowania ludzkie wzmocniły mój podziw dla Dicka, tu wszystko jest przemyślane, dopracowane, w swojej wizji zadbał o każdy aspekt alternatywnej rzeczywistości. Widzimy jak myślą ludzie, którym wpojono strach przed Żydami i sami Żydzi. Poznajemy działania i myśli człowieka, który chce uratować świat od kolejnej wojny, a jednocześnie, sam nie wierzy w sens swej misji.

Prężnie rozwijające się mocarstwa nie poprzestają na Ziemi, biorą we władanie każdy skrawek lądu i morza. Zachłanność Rzeszy nie ma tu końca, to jest wręcz jakiś szał szerzenia doktryny i wiecznego zdobywania, ciągłych zbrojeń. Przedsiębiorczy Niemcy osuszyli i zaorali morze Śródziemne, wykończyli ludność Afryki, gdyż eksterminacja Żydów nie wystarczyła i trzeba było poeksperymentować jeszcze na Czarnym Lądzie. Hitler zmarł na syfilis, a o władzę walczy Goebbels i Heydrich. W międzyczasie zdążyli mocno rozwinąć  przemysł transportowy tworząc nowe rakiety i pasażerskie rakiety Lufthansy. Autor serwuje nam takie smaczki jak operacje umożliwiające zmianę kształtu czaszki Żydom (tak, nie dali się, nieliczni ukrywają się w Ameryce – co jest oczywiście czystą kpiną z eksterminacyjnych zapędów nazistów) czy informacje o niesławnej fabryce IG Farben.

Dla bohaterów powieści istotną rolę odgrywają dwie książki, pierwsza to zbiór przepowiedni Yijing, którą posługują się bez przerwy prawie wszystkie postacie w momentach decyzyjnych. Druga to „Utyje szarańcza”, powieść człowieka ukrywającego się w Wysokim Zamku, będąca alternatywną wizją alternatywnego świata, gdzie Niemcy przegrywają wojnę. Większość bohaterów nie umie wyobrazić sobie świata, gdzie państwa Osi przegrywają i dopiero po przeczytaniu „Utyje szarańcza” niektórzy z nich zaczynają stawiać sobie pytania dotyczące ich rzeczywistości. Tu pojawia się problem realności świata, tego bohaterów książki Dicka i tego w którym żyjemy my sami. Jedna z postaci ma okazję przez chwilę być w naszym świecie, jednak pan Tagomi, nie wierzy w to co zobaczył, nie jest w stanie się z tym zmierzyć. To uświadamia, że każdy z nas jest tak „przyzwyczajony” do swojej rzeczywistości, oswojony z nią, że nawet jeśli świat paralelny dał by nam więcej możliwości, lepszą przyszłość, to nikt nie wyobrażałby sobie życia w nim, rozstania z tym co zna.

To dobra książka i z czystym sumieniem mogę ją polecić. Jest to jednak powieść wieloznaczna i wielowymiarowa, jestem pewna, że każdy może odebrać ją inaczej. Wnosi w życie niepewność, skłania do obejrzenia się za siebie. To wizja jednocześnie śmieszna, przerażająca, nierealna i zawiła. Pewne zachowania postaci nie wpisują się w standardowe zachowania bohaterów powieści. Ten pisarz potrafi nieźle namącić człowiekowi w głowie.

Ostatni rejs Fevre Dream, George R. R. Martin

Fevre Dream (Ostani rejs Fevre Dream), George R. R. Martin, Sphere Books Limited

 Fevre Dream

George R. R. Martin to pisarz o ustalonej reputacji, cieszący się sporym powodzeniem w Polsce. Nie czytałam jeszcze jego cyklu pt. „Pieśń Lodu i Ognia”, „Ostatni rejs Fevre Dream” był więc swojego rodzaju egzaminem – czy warto sięgnąć po resztę.

To co skusiło mnie do sięgnięcia po akurat tą powieść, to miejsce akcji, głównie na amerykańskich wodach Mississippi, i czas – połowa XIX wieku. Od razu pomyślałam o Marku Twainie, i nie myliłam się, Martin czerpie pełnymi garściami z dorobku tego pisarza, przetwarzając jednak wszystko w interesujący sposób i kreując własny styl. Z tego wszystkiego powstał całkiem zręczny horror z ciekawą fabułą.

Abner Marsh, doświadczony kapitan parowców, wchodzi w spółkę z tajemniczym Joshu’ą Jorkiem. Gdyby nie trudna sytuacja kapitana pewnie nie zgodziłby się na dziwne warunki swojego partnera. Razem tworzą niezwykły parowóz, „Fevre Dream”, który ma przebić wszystkie inne, pływające po Mississippi. Jednak wkrótce ekscentryczne zachowania drugiego kapitana oraz krążące plotki zaczynają niepokoić Abnera, który postanawia dociec prawdy. Poddaje Jorka między innymi próbom święconej wody i krzyża, ale nie otrzymawszy zadowalających wyników stwierdza, że trzeba postawić sprawę jasno i uczciwie. Na takich podstawach i wspólnych dążeniach, zaczyna rozwijać się przyjaźń Marsha i Jorka, który zdradza historię swego życia. Jak wszyscy się domyślają dystyngowany gentleman to oczywiście wampir, ba nawet można powiedzieć wampir-rewolucjonista. Domorosły ten chemik wynalazł napój, który gasi „czerwone pragnienie” wampirów i pragnie teraz ucywilizować swój naród. Idealista chce aby krwiopijcy zrezygnowali z odbierania życia ludziom i gasili pragnienie z pomocą butelki. Jak można się domyślać taka drastyczna zmiana w diecie dzieci nocy nie wszystkim przypada do gustu.

Pisarz przedstawił w swej książce wiele ciekawych wątków, szczerą przyjaźń i oddanie jakie połączyć mogą wspólników, kwestię niewolnictwa w dość niedwuznaczny sposób, czy rewolucji w zamkniętym społeczeństwie. Motyw niewolnictwa działa tu na zasadzie analogii, ukazane jest okrucieństwo białych w stosunku do ludzi czarnych, bezduszne i bezlitosne posługiwanie się ludźmi, którzy przecież ludźmi nie są, żyją by służyć. Tymczasem wampiry w tej powieści tak samo traktują ludzi, nie jako bydło robocze tylko jako bydło do spożycia (przy czym słowo „bydło” pada w książce kilka razy). Rasizm pełną parą.

Obok mocnych słów, makabrycznych opisów w fabule współistnieją eteryczne i wzniosłe marzenia Joshuy i Abnera, obaj kapitanowie wkładają serce w swe cele i są wierni do końca swoim zasadom moralnym. Kodeks honorowy, którym kierują się w życiu jest ważniejszy niż ich własne. Ci bohaterowie, ze swoim idealizmem przypominają o powoli zmieniającym się świecie, idei gentlemana, dla którego ustna umowa znaczyła więcej niż pisemna. Abner Marsh jest przy tym najciekawszą postacią, wzbudza sympatię i rozbawienie, do tego jest nietuzinkowy, w przeciwieństwie do postaci wampirów, dystyngowanych i pięknych. Stary kapitan jest bohaterem godnym kreacji Marka Twaina.

Martinowi w zręczny sposób udało się oddać klimat Ameryki XIX wieku z królującymi na Mississippi parowcami. Myślę, że sięgnę po kolejne książki tego autora.

polskie wydanie:

Ostatni rejs Fevre Dream Autor: George R.R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data: Lipiec 2010
ISBN: 978-83-7506-497-1
Liczba stron: 586

Skrzypce z Auschwitz, Maria Angels Anglada

Skrzypce z Auschwitz (El violi d’Auschwitz), Maria Angels Anglada, przełożyła z katalońskiego Anna Sawicka, Wydawnictwo MUZA SA

Skrzypce z Auschwitz

Powieść „Skrzypce z Auschwitz” zdążyła już odnieść spory sukces na międzynarodowej arenie wydawniczej. Swego rodzaju hołd złożony ofiarom Holocaustu, to budzi szacunek, jednak nie mogę pozostać też obojętna na niedociągnięcia Marii Anglady.

Już w trakcie czytania odniosłam wrażenie, że autorka poskładała fabułę z urywków wspomnień byłych więźniów obozów oraz ułamków własnej inwencji. Jej styl jest  bardzo chaotyczny, akcja wydaje się być poszatkowana. Pisarka najwyraźniej chciała wzmocnić wrażenie i posłużyła się retrospekcją, ale zrobiła to nieumiejętnie. Mamy narratora, który poznaje wspaniałą skrzypaczkę, a ta, już na drugi dzień powierza mu tajemnicę rodzinną wraz z osobistymi dokumentami. Dobra, pal licho prawdopodobieństwo, jedziemy dalej. Z dokumentów wynika, że twórcą skrzypiec, na których grała bohaterka, był jej wuj, który później okazuje się być jej tatą, ale Regina nie wspomina o tym, wszystko po to by zakończenie uczynić bardziej wzruszającym. Daniel tak jak wielu innych Żydów trafił do obozu w Auschwitz, by przeżyć podał się za stolarza, dopiero w trakcie przyjęcia u komendanta wydaje się, że na prawdę jest lutnikiem. Dwóch Niemców robi makabryczny zakład o życie Daniela i skrzynkę burgunda. Jeśli lutnik będzie w stanie wykonać skrzypce według wzoru Stradivariusa, w określonym czasie, nie zostanie królikiem doświadczalnym jednego z „ambitnych” nazistowskich lekarzy.

Przeglądając inne recenzje odniosłam wrażenie, że są wobec tej powieści sztucznie grzeczne. Podjęty przez pisarkę temat Zagłady, jej wiek budzący szacunek i dobry pomysł, nie są gwarantem napisania naprawdę dobrej książki. Powieść jest bestsellerem i niczym więcej. Uważam, że fabuła to gotowy scenariusz, a z tego co przeczytałam prawa już zostały sprzedane i wytwórnia filmowa (Sharon Von Wietersheim i Frank Meiling of Rich And Famous) planuje film w stylu „Pianisty” Polańskiego. Myślę, że to się sprawdzi. Anglada postarała się jeśli chodzi o przygotowanie techniczne i w połączeniu z muzyką film stworzy spójną, poruszającą całość.

Z jednej strony jest to historia o przetrwaniu ducha, człowieczeństwa w nieludzkich warunkach i nadziei jaką może dać pasja, która dla bohatera jest spełnianiem się we własnym zawodzie. Na tym poziomie pisarce się powiodło. Możemy dostrzec, że tylko możliwość wykonania owych skrzypiec przywróciła Danielowi wiarę w sens życia. Bohater na powrót staje się człowiekiem, może znowu skorzystać ze swych umiejętności i talentu. Godziny spędzone w prowizorycznej pracowni przenoszą go w inny wymiar, wolny od koszmaru codzienności, tam wspomnienia o przeszłości nie rodzą bólu a pomagają przetrwać. Jednak ja nie czułam napięcia, walki z czasem czy niepewności bohatera. Postaciom brak głębi psychologicznej, w przypadku takiego tematu trzeba dysponować dobrym warsztatem pisarskim by umieć ująć chociaż część rozpaczy i nieszczęścia bohaterów. Dlatego dla mnie wszystkie postacie były ledwo zarysowane, ich charaktery nie zgłębione. Momentami można odnieść wrażenie iż cała książka jest jedynie nie wykończonym szkicem, a niektóre z wypowiedzi bohaterów skopiowane. Język historii jest bardzo prosty, bez zbędnych upiększeń. Myślę, że prostota tej historii sprawi, że przemówi ona na pewno do szerokiego grona czytelników w bardzo różnym wieku.

Ponieważ to bestseller międzynarodowy przeczytałam recenzje z kilku innych krajów, Anglicy tonują swoje opinie, chociaż znaleźli się i tacy, co napisali, że powieść nie podobała im się, Niemcy nie kryją zachwytu a Francuzi piszą wręcz peany. Tu zaczęłam się zastanawiać jak wiele zależy od dobrego tłumaczenia, co widać zresztą po tych ocenach. Ja polskiego tłumaczenia ocenić nie jestem w stanie, nie znam katalońskiego. Jednak tak jak recenzent Le Figaro widzę dla tej książki przyszłość, tyle że po wejściu na ekrany filmu na jej podstawie, w ilości sprzedanych egzemplarzy.

Żydówka z Toledo, Lion Feuchtwanger

 Żydówka z Toledo (Die Jüdin von Toledo), Lion Feuchtwanger, Świat Książki

 Żydówka z Toledo

Historia tytułowej Żydówki i króla Kastylii, Alfonsa VIII (1155-1214), osadzona w realiach XII wieku to powieść inspirowana średniowiecznymi kronikami i biblijną „Księgą Estery”. Urodziwa Rachela rozkochała w sobie chrześcijańskiego władcę i sprawiła, że zaszył się z nią na kilka beztroskich, a błogich, lat w jej zamku swawoląc i dokazując. Z pozoru banalna historia miłosna pozwoliła pisarzowi na odmalowanie szerokiej panoramy społecznej, konfliktów religijnych i innych frapujących problemów ówczesnego świata.

Jak można się domyślić swawole króla nie pozostały bez echa wśród jego poddanych i dworu. Mojżeszowe wyznanie kochanki tylko dolewało oliwy do ognia, jeśli dodam, że jej ojciec, Jehuda Ibn Esra, był doradcą finansowym króla, sytuacja nabierze jeszcze smaku. Bo wziąć sobie na kochankę brankę-muzułmankę to grzech, kobietę z taboru wojskowego – grzech podwójny, ale za nałożnicę-Żydówkę idzie się prosto do piekła. Tak nie sądzą tylko obywatele Kastylii ale i sam król. Biedny będzie się bez przerwy zmagał z wyrzutami sumienia a grzechy spróbuje odkupić wywołaniem świętej wojny z niewiernymi. Mimo iż kocha prawdziwie, to co rusz wypomina sobie, że kochanka to wiedźma, która go omamiła swym czarem i powinien być twardszy. Samej tytułowej pannie pisarz poświęca o wiele mniej miejsca niż jej ojcu czy kochankowi, ale dziewczę kocha szczerze, jest gotowe do poświęceń, ale jednocześnie uparte i mające własne zdanie. Myślę, że Feuchtwanger nie wykorzystał potencjału jaki tkwi w tej postaci, nie poznajemy jej dylematów moralnych, czy uczuciowych burz jakie mogły nią targać. Jedynie pobieżna charakterystyka insynuuje jej prawdziwy charakter, a z dylematów pierwszą rozterkę, w którą wprawiła ją dwuznaczny podarek Alfonsa. Zamieszkanie przez nią w ofiarowanym przez króla zamku było równoznaczne ze zgodą na bycie jego kochanką, wątpliwości Racheli można skrócić do znanego „i chciałabym, i boję się”.

To co sprawiło na mnie największe wrażenie to tło historyczne, wręcz wycyzelowane detale życia codziennego i ciekawe podejście do moralności średniowiecznej oraz etosu rycerskiego. Alfonso jest człowiekiem dumnym, honorowym i religijnym, garnie się do wypraw krzyżowych i wyżynania w pień niewiernych. Za nic ma gospodarkę i dobrobyt własnego państwa, jako prawdziwy chrześcijanin wie, że dobra doczesne nie zapewnią mu zbawienia. Gdy on knuje w zimnych salach swego prostego zamku muzułmanie układają wiersze, podliczają złoto i usprawniają gospodarkę. Porywczość i dumę króla przeciwstawia autor spokojowi, cierpliwości i mądrości jego doradcy, Jehudy. Dla kastylijskiego władcy każdy rok pokoju to rok stracony więc Żyd-finansista musi się nieźle napocić by dogodzić swemu panu. Tu w podziw wprawiły mnie dialogi pomiędzy tymi dwoma bohaterami, pełne dwuznaczności, zawoalowanych wskazówek, utajonego sensu – na prawdę, nie wiem jak się dogadali.

Mimo najszczerszych chęci autora lektura ostatecznie nie przypadła mi do gustu, wyraźna stylizacja pisarska i specyficzna maniera sprawiły, że postacie wydały mi się sztuczne. Liczne powtórzenia o dumie, urodzie, odwadze, honorze kolejnych bohaterów sprawiły, że każda z postaci pozostała jedynie nieożywioną legendą, w tym wypadku przydługą. To książka dla miłośników rozsmakowanych w wytwornym słownictwie i eleganckim szyku.