Seks, narkotyki i czekolada, Paul Martin

Seks, narkotyki i czekolada (Sex, Drugs & Chocolate: The Science of Pleasure), Paul Martin, przełożyła Anna Dzierzgowska, MUZA 2010

 Seks, narkotyki i czekolada

Jak widać, już sam tytuł jest kuszący. Autor twierdzi, że owe niewinne grzeszki, które popełniamy dla własnej przyjemności są konieczne dla naszego dobrego samopoczucia. Czytając tą pozycję naprawdę można się rozgrzeszyć z czekoladowych słabości i złamać niejedną dietę.

Paul Martin, biolog, bierze na warsztat wszystko to co człowiekowi kojarzy się z przyjemnością i próbuje połączyć to wszystko w całość. Oprócz tytułowych rozkoszy autor opracowywuje jeszcze inne używki, hazard, masturbację, sny i dobroczynność drzemek. Wszystko mamy ładnie podzielone i omówione, po rozdziale dla każdej uciechy, do tego jeszcze mamy odpowiedź na takie pytania jak : do czego służy przyjemność, dlaczego lubimy czekoladę. W jednym z rozdziałów opisani są słynni hedoniści, porównując ich ekscesy z naszymi skromnymi, umiarkowanymi realizacjami pragnień można poczuć się świętoszkowato. Jest więc różnorodnie i czytelnik nie może narzekać na nudę.

Martin pisze ciekawie o poczuciu winy jakie często czujemy oddając się ulubionym przyjemnościom. Wiadomo zakazany owoc jeszcze bardziej kusi.  Sama pogoń za uciechami jest moralnie dwuznaczna. Trzeba modlić się, pościć i pokutować, być miłosiernym a do tego wszystkiego ubogim. Przynajmniej tak głoszą wszystkie siły religijne i polityczne. Rosnące wpływy na rzecz ewangelizmu i wstrzemięźliwości w XIX wieku spowodowały, że ludzi którzy chcieli zerwać z nałogami pijaństwa czy uzależnieniem od narkotyków, a nie mieli wystarczających sił, postrzegano nie jako chorych, lecz słabych nieudaczników nie mogących dać sobie rady ze swym „problemem”. Biolog jednak nie zajmuje rozważaniem nad etyką jeno po prostu pisze, że zbalansowane i równomierne  dawki czystej przyjemności są jak najbardziej dla ludzi wskazane. Pogoń za szczęściem jest nie do zapobiegnięcia, jest wpisana w nasze umysły i geny. Ale trzeba uważać bo to „śliska bestia” i można się uzależnić, zwłaszcza od tej trójcy wymienionej w tytule.

Biolog pisze szczerze i bez fałszywej pruderii.

„Podczas pokazów zdarza się, że samce delfinów wprawiają publiczność w zakłopotanie, kiedy zamiast zjeść miotającego się węgorza, którego otrzymują w nagrodę, używają go jako seksualnej zabawki. Samce delfinów potrafią także masturbować się wspólnie, wsuwając sobie nawzajem penisy w otwory w genitaliach. Słodkowodne delfiny, żyjące w wodach Amazonki, są bardziej bezczelne: zdarza się im wsuwać penis w nozdrza innego delfina. Chciałbym, żebyście mieli te obrazy w pamięci, kiedy znów będziecie oglądać film „Flipper”.”

To cytat z serii zwierzęta też potrafią.

Konkludując Paul Martin do niczego nowego nie doszedł, czasem też zbacza z obranych przez siebie tematów i tekst wydaje się nie spójny. To na pewno bardzo przystępnie napisana książka, która może nam urozmaicić czas, zwłaszcza jeśli dla kogoś przyjemnością jest czytanie. Osoby mocno zainteresowane tematem pewnie niczego nowego tu nie znajdą, to raczej takie swoiste podsumowanie i zebranie luźno krążących w obiegu informacji z kilkoma wnioskami odautorskimi i listą dobrych rad dla hedonistów. Publikację mogę polecić wszystkim poszukującym spełnienia.

seria: Spectrum

Portret Doriana Graya, Oscar Wilde

The Picture of Dorian Gray (Portret Doriana Graya), Oscar Wild, Penguin Books

 The Picture of Dorian Gray

Ta historia totalnej deprawacji pięknego młodzieńca to w istocie opowieść bardzo wieloznaczna, pełna błyskotliwych dialogów i paradoksalnych maksym. Spora ilość ukrytych motywów, symboli, znaczeń – nic tylko przebierać. Powieść jest też skarbnicą cytatów oraz cynicznych komentarzy do życia, które wcale nie straciły na czasie.

Dorian jest młodzieńcem ślicznym, próżnym i płytkim, dlatego hedonistyczne teorie jego nowego życiowego przewodnika, lorda Henrego Wottona, padają na podatny grunt. Chłopak wysłuchuje wątpliwych teorii starego wyjadacza socjety z podziwem i uwagą nowego wyznawcy wiary. Indoktrynacja przebiega pomyślnie, dusza czernieje a twarzyczka bohatera nie ulega złowrogim wpływom czasu. Można powiedzieć, że młody zrobił dobry interes wymieniając duszę na wieczną młodość. Bez opamiętania pławi się w przyjemnościach, gdy się opamięta będzie już oczywiście za późno.

Ileż pytań możemy sobie zadać po tej lekturze! Jednym z najciekawszych jest cel sztuki, według Wilda sztuka istnieje dla samej sztuki, nie powinna niczemu służyć. Szamoczemy się tutaj pomiędzy etyką a estetyką. Autor próbując uwolnić sztukę od jej wiktoriańskich konotacji i moralności, obarczył ją innymi znaczeniami. Gdy Dorian widzi swój ukończony portret wykrzykuje: „Gdybym ja wiecznie pozostał młody, a obraz się starzał! Wszystko bym za to oddał, wszystko!” No i ma. Obraz, który jest dziełem sztuki odbija prawdę, ukazuje dosłownie, prawdziwe oblicze bohatera. Młodzieniec przedkłada swoją urodę nad zasady moralne, czyli zamiast etyki – estetykę. I tak stopniowo dzieło sztuki staje się jakimś makabrycznym przedmiotem bez wartości, pilnie ukrywanym, budzącym wręcz strach.

Mamy wspaniały i drastyczny obraz społeczeństwa, w którym rządzi młodość i uroda. Piękno jest tu żywą gotówką, za którą można wszystko nabyć i zrealizować każde pragnienie. Czyż to nie czyni tej powieści ponadczasową? Pozory i maniery są ważniejsze  niż moralność. W końcu nawet wtedy gdy wychodzą na jaw grzeszki eksperymentującego z hedonizmem młodzieńca, jest on ciągle mile widziany w towarzystwie.

„Society, civilized society at least, is never very ready to believe anything to the detriment of those who are both rich and fascinating. It feels instinctively that manners are of more importance than morals, and, in its opinion, the highest respectability is of much less value than the possession of a good chef. And, after all, it is a very poor consolation to be told that the man who has given one a bad dinner, or poor wine, is irreproachable in his private life. Even the cardinal virtues cannot atone for half-cold entrées, as Lord Henry remarked once, in a discussion on the subject; and there is possibly a good deal to be said for his view. For the canons of good society are, or should be, the same as the canons of art. Form is absolutely essential to it. It should have the dignity of a ceremony, as well as its unreality, and should combine the insincere character of a romantic play with the wit and beauty that make such plays delightful to us. Is insincerity such a terrible thing? I think not. It is merely a method by which we can multiply our personalities.”

Powieść jest też pochwałą indywidualności, niezależności jednostki. Basil ślepo podziwia Doriana, idolizuje go i w końcu ginie. Natomiast sam Gray oddaje się przewodnictwu lorda Henryego i wpływowi żółtej książeczki. I on też kończy marnie. Zakochana Sybil Vane nie może skupić się na grze aktorskiej, jej myśli krążą tylko wokół uroczego księcia, który wyznał jej miłość. Zamiast skupić się na sztuce i zrobić użytek ze swego talentu buja w obłokach. W ten sposób staje się przyczyną ogromnego zawodu dla ukochanego, który cenił ją dla jej sztuki. Nie trzeba się więc wyrzekać swych pasji, talentu za żadne skarby, pozostać sobą do końca.

Na koniec jako ciekawostkę podam, iż istnieje coś takiego jak syndrom Doriana Graya, w skrócie DGS (więcej na Science Daily)Ach, gdyby Wild wiedział, że dorobił się syndromu Doriana Graya!

Excalibur, Bernard Cornwell

Excalibur, Bernard Cornwell, St. Martin’s Press

 Excalibur

“Oh, dear me, no! Joy is renewed! The dawn comes! The tree buds! The clouds part! The ice melts! You can do better than that sort of sentimental rubbish. Fate is inexorable, and everything ends in tears.”

Ta wypowiedź cornwellowskiego Merlina dobrze oddaje charakter ostatniej części „Trylogii Arturiańskiej”. W tym tomie walczą ludzie i bogowie, Brytyjczycy z Saksonami, pogaństwo z nową wiarą.

Ważny jest tutaj motyw słynnego Excalibura, w powieści jest to jeden z artefaktów pozostawionych przez bogów mieszkańcom Brytanii. By ponownie odzyskać potęgę jaką bóstwa mogą zaoferować druidom, Merlin i Nimue chcą odprawić rytuał z użyciem trzynastu odnalezionych reliktów. Jednak jak się okaże same relikty to za mało, by zostali „usłyszani” i potrzebna jest odrobina krwi. Nie będę zdradzała wszystkiego, napiszę tylko, że Artur wzbudzi powszechną niechęć, zarówno wśród chrześcijan jak i pogan. Podoba mi się ten motyw, król uwielbiany w legendach, sławiony w pieśniach, nie znajduje zrozumienia u współczesnych mu poddanych. Artur jako strażnik porządku nie może tego zrozumieć, walczy w obronie rodaków, którzy go nienawidzą. Ba, sam książę jest zdziwiony brakiem sympatii ze strony swego ludu.  W tej książce znajdziemy to co w poprzednich częściach, dobrze nakreśloną intrygę polityczną, realistyczne opisy bitew, ścieranie się religii. Wszystko to na tle uroczego życia w średniowieczu, wszechobecnych wszy, tłustego jadła, krwi i brudu. Oczywiście cały czas trzeba pamiętać, że pisarz ten pisze tzw. historyczne książki rozrywkowe. Wszystko jest podporządkowane wartkiej akcji, nie doszukamy się tu  żadnej wielkiej głębi psychologicznej postaci, jedyne nakreślone sylwetki i określone popędy oraz uczucia nimi kierujące. Ot, życiowa lektura bez zbytniego zagłębiania się w warstwę głębi osobowościowej.

Dodatkowo jest to też historia związków jakie już nie istnieją, porozumienia jakie rozwija się pomiędzy władcą i jego wojownikiem. To ładny motyw, męska przyjaźń, surowa troska, oddanie w boju. Ginewra też nie jawi się tak antypatycznie i małżeństwo może zostać przywrócone. Nie myślcie sobie, że powieść wypada ckliwo, o co to, to nie, zabójstwa, walki, pułapki i śmiertelne pojedynki. Akcja toczy się w przewidywalnym kierunku, tu już prawie nie ma zaskoczeń. Powieść po prostu zamyka prawie wszystkie wątki i żegna nas z legendarnym Arturem. Parę spraw pozostaje nie wyjaśnionych (chociaż dowiaduje my się wreszcie w jakich okolicznościach nasz kronikarz stracił dłoń) ale może w ten sposób autor chciał podkreślić, że jest to opowieść o legendarnym władcy a nie jego poddanych.

tego autora zrecenzowane na bogu:

„Zimowy monarcha”

„Nieprzyjaciel Boga”

„Łupy. Zdobycie KOpenhagi 1807”

Dziecko piątku

Friday’s Child (Dziecko piątku), Georgette Heyer, Arrow Books

 Friday's Child

Całkiem miły romansowy przerywnik, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Gdy Niezrównana Izabela Milborne odrzuca małżeńską propozycję od wicehrabiego Sheringhama, ten pognębiony i wkurzony zamiast romantycznie oddać się cierpieniu postanawia oświadczyć się pierwszej napotkanej kobiecie. Traf chciał, że ową napotkaną okazuje się być Hero Wantage, podlotek bez wyrafinowania i obeznania ze światem socjety. Sherry jak powiedział tak zrobił, jednak nie spodziewał się, że dni jego dotychczasowego błogiego życia hulaki są już policzone. Dzieje się tak bynajmniej nie przez to, że nowa, młoda lady Sheringham omota lorda, tylko dlatego, że bez przerwy wpada w tarapaty. Powodem , dla którego wicehrabia tak się pospieszył z zawarciem świętego węzła małżeńskiego był spadek, z którego zasobów można było skorzystać dopiero po wyrzeknięciu się swej wolności przed dwudziestym piątym rokiem życia. Tak więc o ironio, by zaciągać długi i cieszyć się iście kawalerskim życiem musi wpierw tego stanu oficjalnie się wyrzec.

 Hero jako młode dziewczę bez bliskiej rodziny, wychowywała się na wsi i nigdy wcześniej nie została wprowadzona do towarzystwa. Szybko odnajduje się u boku męża chętnie uczestnicząc we wszelkich jego eskapadach i gorliwie go naśladując. Dopiero po niewczasie Sherry orientuje się, że jego beztroski sposób postępowania z żoną i samolubne pragnienie spełniania własnych przyjemności są nienajlepszym przykładem dla jego młodziutkiej żony. I tak mimowolnie młody utracjusz musi wziąć się w karby.

Dobrą zabawę zapewnia plejada postaci drugoplanowych i niewymuszony dowcip Georgette Heyer. Ta pisarka ma dar do kreowania zabawnych, pełnych życia bohaterów pobocznych, którzy z niezwykłym urokiem nadają ton fabule i urozmaicają ją. Sam pomysł na główny wątek przypomina trochę ten z „The Convenient Marriage”, ale tam mieliśmy do czynienia z totalnym komizmem, wyśmianiem romansowego schematu. Ogólnie jest uroczo, ale powieść mogłaby być krótsza gdyż czuć zbytnie „wyciąganie”. Naiwna Hero popełnia zbyt wiele nieświadomych  błędów towarzyskich, zbyt często mąż irytuje się i leci ratować. To nie musi być śmieszne za każdym razem, zwłaszcza, że z czasem czytelnik stwierdza, że ta młoda żonka jest po prostu gamoniem.

Jeszcze tylko wytłumaczę znaczenie tytułu, pomysł wziął się ze starej rymowanki dla dzieci Monday’s Child. Tytułowe dziecko piątku kocha i daje z siebie („Friday’s child is loving and giving”), opis charakteru adekwatny do głównej bohaterki.

Trochę dowcipu, odrobinę komizmu sytuacyjnego, parę wypowiedzi pobudzających do śmiechu, zakręcona fabuła. Z jednej strony przyjemna powieść na jesienną szarugę, z drugiej Heyer pisywała już lepsze.

„Look at it which way you like, it don’t make sense.  For one thing, a hero ain’t a female, and for another it ain’t a name.  At least,’ he added cautiously, ‚it ain’t one I’ve ever heard of.  Ten to one you’ve made one of your muffs, Sherry!’

‚Oh no, I truly am called Hero!’ the lady assured him.  ‚It’s out of Shakespeare.’

‚Oh, out of Shakespeare, is it?’ said Ferdy. ‚That accounts for my not having heard it before!’

‚You’re out of Shakespeare too,’ said Hero, helping herself liberally from a dish of green peas.

‚I am?’ Ferdy exclaimed, much struck.

‚Yes, in the Tempest, I think.’

‚Well, if that don’t beat all!’ Ferdy said, looking around at his friends.  ‚She says I’m out of Shakespeare!  Must tell my father that.  Shouldn’t think he knows.’

‚Yes, and now I come to think of it, Sherry’s out of Shakespeare too,’ said Hero, smiling warmly upon her spouse.

‚No, I’m not,’ replied the Viscount, refusing to be dragged into these deep waters.  ‚Named after my grandfather.”

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„The Convenient Marriage”

„Venetia”

Nieprzyjaciel Boga, Bernard Cornwell

zNieprzyjaciel Boga (The Enemy of God), Bernard Cornwell, Penguin Books

 Enemy of God

W tej powieści na szczęście nie tylko tytuł jest intrygujący, Bernard Cornwell spisał się jeszcze lepiej niż przy „Zimowym monarsze”. Naszym narratorem, tak jak w poprzedniej części, jest Derfel Cadarn, starzejący się mnich, który spisuje dzieje Artura w ich „prawdziwej” wersji.

 W tym tomie główne postacie zyskują na charakterystykach, wiemy już co kieruje każdym z nich, jacy na prawdę są. Najmniej ciekawie wypada Artur, ale to zapewne dlatego, iż jest to człowiek niezwykle prawy i honorowy. Książę niczego nie ukrywa, nie knuje, jego największą ambicją jest zapewnienie pokoju Brytanii, ale, tu uwaga, nie pod swoim berłem. Wierny przysięgom walczy o szczęśliwe królestwo dla młodego, nie nadającego się na władcę, Mordreda. Zyskuje 9 lat pokoju i mnóstwo kłopotów. Czyż to nie ironia, że człowiek zabiegający z takim zaparciem o pokój w kraju, jest mimowolnie przyczyną takiego chaosu? Artur z fanatycznym pietyzmem przestrzega kodeksu honorowego, to wręcz maniak porządku. Gdy on dwoi się i troi, odwiedzając warownie, godząc zwaśnionych, inni nie próżnują. Chrześcijańska religia zatacza coraz szersze kręgi szaleństwa, dosłownie. Zapaleni religijnym żarem  wyznawcy oczekują na powrót Chrystusa i żądają dla Brytanii chrześcijańskiego króla. Lancelot też ma swoje ambicje, nie ustępujące pragnieniom Ginewry. Czytelnik osiąga tu apogeum niechęci do tych dwojga. Jednym słowem robi się naprawdę ciekawie.

Autor w sprawny sposób poprowadził główne wątki, w tle średniowieczna Brytania i ścierające się religie. Przedstawieni przez Cornwella pierwsi chrześcijanie nie wypadają najlepiej. W oczach naszych pogańskich bohaterów to obłąkani ludzie, których religijna ekstaza doprowadza do czynów niekontrolowanych. Ten autorski zabieg świetnie przedstawia nam ludzką głupotę i podatność oraz pokazuje początki chrześcijaństwa w dość niekonwencjonalny sposób. Zjednoczone królestwo Artura okazuje się mirażem, to kraj zbliżający się do własnej zguby. Moralne zepsucie, konflikty interesów, walka o władzę, ukryte motywy postaci doprowadzają do zguby ojczyznę honorowego księcia.

Dodam jeszcze, że pisarz wprowadza też do powieści legendę o Tristanie i Izoldzie, jednak redukuje tę tragiczną historie miłosną do pary bezbronnych nastolatków, których życia zakończą się nim jeszcze naprawdę zdążą coś przeżyć. Tak więc cała powieść przesycona jest cynizmem i ironią, ale nie wolna od zgryźliwego humoru.

polskie wydanie:

 Nieprzyjaciel BogaWydawnictwo: Erica
Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Data wydania: 22 Wrzesień 2010
Wydanie: II
ISBN: 978-83-62329-00-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 520
Cena: 39,90 zł

cykl: Trylogia Arturiańska

tego autora zrecenzowane na blogu:

 „Zimowy monarcha”

„Łupy. Zdobycie KOpenhagi 1807”

Największe kłamstwa w historii, William Weir

Największe kłamstwa w historii (History’s Greatest Lies), William Weir, przekład Jolanta Sawicka, MUZA, Warszawa 2010

Największe kłamswta w historii

Po „Największe kłamstwa historii” sięgnęłam z wielką ciekawością, w końcu temat jest niezwykle intrygujący. Jej podtytuł brzmi – „Zadziwiające fakty z dziejów świata przeinaczone przez książki historyczne”. Jak się okazało, nie przez książki, lecz przez samych ludzi.

 Na początku obawiałam się, że tematy mogą być potraktowane zbyt pobieżne (tekstu jest tu na ok. 240 stron przy sporej czcionce, marginesach i innych eleganckich zabiegach), tzw. po łebkach, na szczęście zostałam miło zaskoczona. W dość krótkich rozdziałach przebija wiedza autora i jego oczytanie, bibliografia nie pozostawia wątpliwości, że Weir odrobił pracę domową. Może nie zgodziłabym się ze wszystkimi wydarzeniami wybranymi przez historyka, jako tymi, które były i są reprezentatywne, ale niech tam.

Zaskoczył mnie styl pisarza, taki hmmm, malowniczy. Historyk stara się pisać naprawdę prosto i zwięźle, ale jednocześnie próbuje dodać tu trochę życia, unikać nudnego tonu na rzecz przystępnie i ciekawie opowiedzianej historii. Zawsze ma do dodania coś ciekawego na temat życia samych opisywanych przez siebie postaci, ich słabościach, dokonaniach, pochodzeniu. Za każdym razem doprowadza opowieść do samego końca informując czytelnika co wydarzyło się już niejako „po” opisanych przezeń wydarzeniach.

Publikacja mogłaby być bogatsza w te mity, gdyż samej treści nie ma tu znowu aż tak dużo, ale faktem jest , że książka jest ładnie wydana. Dla kogoś bardzo zainteresowanego historią i z przyjemnością buszującego po regałach prawdy historycznej, niektóre (albo i więcej) z faktów przedstawionych przez Weira mogą być znane. Tu przykładem może być prawda stojąca za powstaniem Protokołów Mędrców Syjonu czy wybuchem pożaru w Rzymie. Powiedziałabym raczej, że jest to pozycja dla maksymalnie średnio zaawansowanych, chyba, że ktoś kupi ją by po prostu cieszyć oko. Pełno tu reprodukcji, zdjęć i innych elementów uatrakcyjniających wydanie. Ta publikacja będzie na pewno świetnym prezentem.

Książka przede wszystkim skłoniła mnie do zastanowienia się nad prawdziwością relacji historycznych i samym tworzeniem się historii, której koleje są tak niezwykle wyboiste. Nie wiem też czy ja nazwałabym to kłamstwami, tak jak Weir, mamy tu raczej często do czynienia z tzw. „resztą historii” (the rest of the history), niedopowiedzeniem, plotką, która przerodziła się w królującą famę czy po prostu obrośnięcie wydarzenia w mit, który się koloryzuje. To chyba bardzo ludzka potrzeba wiary w bohaterów, dodawania w relacjach zawsze czegoś „od siebie”, nadawania wydarzeniom nowych znaczeń. Oczywiście często jest to igranie z historią ze strony rządu i władców, ingerencja i przeinaczanie faktów na korzyść własną, co historyk nazywa „nikczemnymi kłamstwami”, zwłaszcza w przypadku poszukiwań kozłów ofiarnych, usprawiedliwienia dla własnej indolencji i niepowodzeń. Kierują nami tak różnorodne motywy, nie tylko interes własny, Weir próbuje uchwycić te zmienne, ukazać je w obiektywnym świetle.

Zimowy monarcha, Bernnard Cornwell

The Winter King (Zimowy monarcha), Bernard Cornwell, Penguin

The Winter King 

Po książkę Cornwella sięgnęłam z pewną dozą zaufania, spodziewałam się sprawnie i ciekawie napisanej powieści. Pisarz jest autorem niezwykle popularnej w Stanach serii o Richardzie Sharpie, zapewniającej zresztą całkiem niezłą rozrywkę okraszoną historią. Tak więc, jeśli chodzi o „The Winter King” to dałam się całkowicie porwać historii autora, jego wizja „prawdziwej” historii Artura jest ciekawa i wprowadza ożywczy powiew do zatęchłej i bardzo już „wykorzystanej” legendy. Właściwie to nigdy nie byłam jakąś fanką opowieści o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Pewne pojęcia i nazwy kojarzy większość Excalibur, Camelot czy Lancelot, jednak to Cornwell nadaje im nowe znaczenie.

Wielka Brytania, przełom V i VI wieku, chrześcijaństwo powoli szerzy się wśród miejscowej ludności, jednak dawni bogowie ciągle żyją w pamięci mieszkańców tego kraju. Wieczne najazdy Saksonów oraz waśnie pomiędzy brytyjskimi plemionami osłabiają ojczyznę Excalibura. Pewnego mroźnego dnia stary król Uther doczekał się wreszcie potomka, przyszłego władcy, nad którym piecze obejmie książę Artur. Naszym kronikarzem jest Derfl Cadarn, jeden z jego wojowników i przyjaciół, który postanowił spisać prawdziwe dzieje sławnego księcia a przy okazji i swoje. Ten wychowanek Merlina wiedzie nas krok po kroku przez meandry historii bitew i wojen.

Autor ze swadą przedstawia nam średniowiecze w swoim wydaniu, wiek, w którym panują zabobony i okrucieństwo ludzi. Wojna nie jest przedstawiona jako romantyczne starcia walecznych rycerzy, to walka jednocześnie podszyta tchórzostwem i męstwem. Strach, który opanowywuje wojowników przed kolejnymi potyczkami walczy z wiernością dla władców, troską o rodzinę oraz pragnieniem łupów. Postacie nie są skomplikowane psychologicznie, zwykle dominują w ich postawie określone cechy. Merlin to inteligentny, zgryźliwy człowiek o ciętym języku, Artur choć honorowy bez przerwy toczyłby walki w imię czegoś, targany namiętnościami idealista, Ginewra wiecznie knuje. Muszę powiedzieć, że kreacji Lancelota sama nie wymyśliłabym lepiej, dla mnie ten rycerz zawsze był podejrzany.

Ta powieść to dobra lektura „do poduszki”, na czas relaksu. Żadnych magicznych mieczy, tylko natura ludzka i  odrobinę zmitologizowana historia bez gloryfikacji jej bohaterów opowiedziana w sprawny sposób.

polskie wydanie:

Zimowy monarcha 

Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 19 maja 2010
Liczba stron: 600

cykl: Trylogia Arturiańska (The Warlord Chronicles)

tego autora zrecenzowane na blogu:

„Łupy. Zdobycie Kopenhagi 1807”

Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa, Slavoj Żiżek

 Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa (Violence. Six Sideways Reflections), Slavoj Żiżek, przełożył Antoni Górny, warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2010

Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa

Nazwisko autora „Przemocy” jest mi znane (ponad 40 tytułów w dorobku!), w trakcie czytania jego książki postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu filozofowi. Ku mojemu osłupieniu i rozbawieniu znalazłam niesamowite wręcz przydomki jakimi okrzykują go przeróżni recenzenci i krytycy – „Elvis teorii kultury”, „An Academic Rock Star”. Wydawca na okładce napisał, iż Slavoj Żiżek „uprawia filozofię w stylu pop”, po przeczytaniu tej książki nie mogę się z tym nie zgodzić.

Spróbuję najpierw trochę przybliżyć sposób w jaki pisze ten słoweński badacz, preferowana przez niego forma zbiera tyle samo zachwytów co złośliwej krytyki. Rozumiem samą ideę Żiżka (przynajmniej tak mi się wydaje) uprawiania filozofii we własnym stylu, który w dodatku będzie zrozumiały i o wiele bardziej interesujący niż nudne wywody. Mam takie wrażenie, że chce on przybliżyć swoje teorie jak największej liczbie osób, na pewno nie można go za to winić. Dlatego właśnie zapoznanie się z tym wydaniem było łatwe i  całkiem przyjemne. Oczywiście teks jest niezwykle prowokacyjny, komentator kultury igra sobie z różnorodnymi jej przejawami, mieszając ją z największymi oznakami terroru ostatniej dekady. Przemoc według niego jest ukryta, by ją dostrzec trzeba uświadomić sobie pewne precedensy i przekłamania z jakimi mamy do czynienia na co dzień.

 Dostajemy taki kulturowy misz-masz, z jednej strony niezwykle obrazowe przykłady, z drugiej ryzykowne teorie. Swoje postulaty autor tłumaczy podając przykłady współczesnych filmów, ciekawych anegdotek a nawet kawałów. Czyli mamy Lacana, Freuda, Nietzschego wymieszanego z teoriami ateistycznymi, liberalnym komunizmem, tragedią z 11 września, Holocaustem i ulicznymi zamieszkami w Paryżu. Na szczęście, w tym przepychu olśniewających argumentów autora czytelnik jest się w stanie zorientować, co tak naprawdę pisarz ma do powiedzenia na temat przemocy i wyciągnąć parę konkretnych wniosków.

Podobało mi się przedstawienie zamieszek w Paryżu z 2005 r. jako „głosu ludu”, który nie ma żadnych konkretnych postulatów a jedynie chce zaznaczyć swoją obecność, ukazanie drugiego dna działalności dobroczynnej „baronów” przemysłu – równoważenie bezwzględnego mnożenia zysków dobroczynnością. Do tego według filozofa nauka zamieniła się miejscami z religią, dziś to ona ma nam dać poczucie bezpieczeństwa zamiast wiary w Boga. Podsumowywując – to krótka książka próbująca w bardzo ciekawy i oryginalny sposób udowodnić teorie jej autora. Nie musimy zgadzać się ze wszystkim co pisze, ale na pewno zmusza do uważniejszego i jednocześnie krytycznego przyjrzenia się współczesnym nam wydarzeniom. Dla mnie takie spojrzenie z ukosa okazało się całkiem ciekawym doświadczeniem.

„Znana anegdota głosi, że podczas drugiej wojny światowej pewien niemiecki oficer odwiedził Picassa w jego paryskiej pracowni. Zobaczył tam Guernicę i wstrząśnięty, spytał mistrza: „To wy to zrobiliście?”. Picasso spokojnie odparł: „Nie, to wy to zrobiliście!”

„Wróg to ktoś, kto nigdy nie przedstawił wam swojej wersji wydarzeń.”

„Arthur Koestler, wielki nawrócony komunista, rzucił kiedyś bardzo głęboką myśl: „Jeśli władza korumpuje, to jej odwrotność robi to także: prześladowanie korumpuje ofiary, choć w sposób mniej jawny i bardziej tragiczny.”

seria: SPECTRUM na blogu

Krzyżowcy, Zofia Kossak – Szczucka

Krzyżowcy, Zofia Kossak-Szczucka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006

 Krzyżowcy Krzyżowcy tom 2

„Krzyżowcy” to zbiorowy portret rycerstwa europejskiego w dobie wypraw do Ziemi Świętej. Obraz odarty z chwały i dumy, przedstawiający okrutną rzeczywistość i ludzi, którzy pozostają tylko ludźmi.

Prawdę mówiąc nie wierzyłam w tą książkę i pewnie bym po nią nie sięgnęła gdyby nie belizarek, pisarka jednak zaskoczyła mnie, nie muszę chyba już dodawać, że pozytywnie. To niezwykle złożona, przebogata opowieść poruszająca tak wiele tematów, że nie sposób wszystkich omówić za jednym podejściem. Oczywiście to wpływa na styl i sposób prowadzenia narracji. Nie mamy tu jak zwykle przedstawionych losów kolejnych bohaterów, autorka skupia się bardziej na historii samej krucjaty a dopiero poprzez ten motyw,  na jej uczestnikach. We Francji, Clairmont, w 1095 lud został wezwany i ślubował obronę Grobu Świętego przed niewiernymi. Uroczysta chwila, tłumy przybyłych, religijne uniesienie rozogniło zebranych i dało początek pierwszej krucjacie. Przysięgę złożyli wszyscy obecni rycerze, najemnicy, biedacy, panny na wydaniu, księżniczki itd i cały ten różnobarwny korowód zmierzający do Jerozolimy postanowiła wziąć na warsztat autorka. Wśród Normandów, Franków i innych narodowości znaleźli się także Polacy, którzy pierzchli z ojczyzny przed zemstą Sieciecha. I tu „nasi” będą najlepszym przykładem jak ta międzynarodowa przygoda wpłynęła na umysły prostych ludzi.

Ciekawym zabiegiem było zestawienie Europejczyków z ludźmi Wschodu, ich kultur, zwyczajów, sposobu myślenia. Już Grecy, którzy mogli czerpać pełnymi garściami  z zaawansowanej techniki i nauki swych sąsiadów odczuwali pogardę dla przybyłych chrześcijan, ich nikłego wykształcenia, prymitywnego sposobu życia. I tu przy oblężeniu Antiochii zaczynają wychodzić na wierzch ludzkie rządze – pragnienie władzy, bogactw, prywata są dla niektórych ważniejsze niż cele świętej wojny. Wyprawa jest dziesiątkowana przez kolejne choroby, epidemie, braki w zapasach, kolejne walki i oblężenia, trudy podróży czy ludzką głupotę. Dziwię się, że w ogóle komuś udało się dojść do Jerozolimy, nie mówiąc o jej zdobyciu.

Natchnione hasło wyprawy „Bóg tak chce” staje się okrzykiem usprawiedliwiającym każde przestępstwo wobec bliźniego, występek i zbrodnie. Ludzie przypisują sobie świadomość boskich zamierzeń oraz sądów by samolubnie ferować wyrokami ostatecznymi i szerzyć wiarę chrześcijańską z siłą taranu.

Jacy są ci rycerze Kossak? Bardzo ludzcy przede wszystkim, mało inteligentni, zadufani w sobie, dzielni i waleczni a przy tym małostkowi i przesądni. Pisarka nie operuje za bardzo realizmem, nie posuwa się też do naturalistycznych opisów wynaturzeń czy zbrodni. Jej styl tkwi gdzieś tak po środku, nie ma złudzeń co do swoich bohaterów i ich pobudek, ale też nie odkrywa przed czytelnikiem wszystkiego. W moim odczuciu wyszło z tego coś w rodzaju historycznej opowieści z elementami prawdy, swoista kronika. Jak sama pisarka wspomina w posłowiu, nie chciała przedstawiać całego ludzkiego okrucieństwa. Dlatego powstały obraz jest wyważony, ale nie myślcie, że to „babskie” pisanie. Kossak dobrze operuje słowem, ma ogromną wiedzę historyczną i pisze własnym, oryginalnym stylem. Co prawda, malowniczość opisów wraz ze wszystkimi szczegółami czy natchnione wywody mogą czasami nużyć czytelnika. Owe górnolotne opisy przedstawiają średniowieczne myśli, postulaty, dążenia i wierzenia bohaterów, ich sposób postrzegania świata. Tło kulturowe jest w tej powieści niezwykle wyczerpująco przedstawione. Widzimy nie tylko obrzędy, zwyczaje i zabobony ówczesnych ludzi, ale mamy możliwość zerknięcia w ich dusze, bynajmniej nie takie nieskazitelne.

Dla czytelnika tej książki krucjata nabiera nowego wymiaru, jest jak mówi papież Urban „splątanym kłębem cnoty i zbrodni, taranem krwawiącym, bluzgającym ropą grzechu – była straszliwym skrótem ogólnych dziejów ludzkości. Jednakże cel osiągnęła. Skutki jej okazały się dla Europy błogosławione i trwałe. Długoletni kontakt ze Wschodem, dotychczas prawie nie znanym, pchnął Europę w przód o trzysta lat co najmniej.”

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„Król trędowaty”

„Bez oręża”

Biała gwardia, Michaił Bułhakow

Biała gwardia (Белая гвардия), Michaił Bułhakow, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998

 Biała gwardia

Cóż, „Biała gwardia” to zupełnie inny rodzaj powieści niż sławny „Mistrz i Małgorzata” czy choćby „Fatalne jaja”, wielbicielom tych poprzednich zabraknie tu tego „bułhakowskiego” niesamowitego humoru i absurdalności świata przedstawionego. Nie jest to łatwa książka, nie jest tak fascynująca ani ciekawa jak inne tego pisarza, które przeczytałam.

Powieść ma kilka świetnych momentów, jednak szczerze przyznam, że wydała mi się nudnawą. Zostajemy wrzuceni w sam środek rodzinnych wydarzeń u Turbinów w Kijowie, mamy rok 1918 i powojenna zawierucha oraz chaos wymiany sił, nie ułatwiają sprawy. Z miasta wycofują się powoli (czytaj przeprowadzają dyskretny manewr ucieczki) stacjonujące wojska niemieckie a zbliżają się oddziały Petlury. Bolszewicy kontra „biała armia” generała Denikina nad Donem. Niedawny pogrzeb matki, Anny Władimirownej, pogłębia smutek trojga rodzeństwa, Heleny, Nikołki i Aleksieja.W dodatku mąż Heleny, Siergiej Talberg, oficer hetmański udaje się do białych. Obaj bracia chcą bronić miasta przed Petlurą i zaciągają się do wojska hetmańskiego, nie zdają sobie sprawy, że sam hetman ucieknie z Niemcami. Po nierównej walce wojsk obaj bracia lądują w domu, przy czym starszy został śmiertelnie raniony i walczy o życie. I tak większość akcji ma miejsce w tym domu gdzie schroniła się rodzina i ich przyjaciele.

Opisy autora są niezwykle sugestywne, można zmarznąć od samego czytania o tej srogiej, rosyjskiej zimie. Grudniowe mrozy nikogo nie rozpieszczały, do tego totalny chaos panujący w wojsku, przy czym i mnie samej całość wydawała się urywać, plątać, i nie raz czułam się trochę zagubiona w  toku wydarzeń. Ale jak już napisałam wcześniej nie spodobała mi się ta pozycja. XX-wieczna historia Rosji nie jest mi bliska, ścierający się w tle nacjonaliści i bolszewicy, ostatnie dni inteligencji. Całość przepojona jest takim ukrytym sentymentem i swego rodzaju rozrzewnieniem. Wraz z nadejściem „czerwonych” Rosja zmieniła swoje oblicze, swojska codzienność uległa zniekształceniu. Do tego jest to opowieść po trosze biograficzna, jeden z głównych bohaterów też jest lekarzem jak sam pisarz a mieszkanie Turbinów to rodzinne mieszkanie Bułhakowa. Kaflowy piec, który bez przerwy przewija się w opisach to symbol oswojonej, domowej rzeczywistości. W mieście, które przywołuje do życia autor, zniszczony jest naturalny porządek. Ta książka to nie saga rodzinna tylko oskarżenie wniesione przeciwko wojnie, jej bezsensowności, dezorganizacji i przemocy jakie ze sobą niesie. W 1926 r. Bułhakow napisał na jej podstawie jeszcze sztukę teatralną „Dni Turbinów”, podobno stała się ulubioną sztuką Stalina.