Filary ziemi, Ken Follett

Filary ziemi (The Pillars of the Earth), Ken Follett, NAL Trade

 The Pillars of the Earth

Właśnie na taką powieść miałam ochotę. Tym razem dałam nura w średniowiecze na dłuższy czas, bo książka Folletta obejmuje spory kawał czasu i ma ponad 900 stron. Rzecz zaczyna się w XII wieku, na wyspach brytyjskich panuje bezprawie i grabież, o tron walczy królowa Matylda (Maud), a właściwie cesarzowa, i Henryk z Blois – czyli wojna domowa w rozkwicie.

Historia Folletta jest tak długa, że mamy czas na poznanie całego żywota poszczególnych bohaterów i polubienia ich. Do wyboru mamy więc pozbawionego majątku oraz okrytego niesławą hrabiego, niezwykle energiczną i obrotną Alienę i jej brata Richarda( na ich przykładzie poznajemy twarde zasady rządzące światem i niemiłe wydarzenia jakie mogły przydarzyć się ówczesnej kobiecie – szkoła przetrwania dla dzieci i młodzieży w średniowieczu). Do tego Tom the builder ( Bob Budowniczy? takie luźne skojarzenie), którego życiowym marzeniem jest wybudowanie katedry, a jak na razie przymiera głodem wraz z rodziną. W tym towarzystwie nie mogło zabraknąć oczywiście mnichów i klasztoru dla pełnego obrazu średniowiecza.

Myślę, że autor umiejętnie wykorzystuje swoją wiedzę o tych czasach, urozmaicając fabułę, dbając o właściwy kontekst historyczny. Widzimy jak postacie mieszkają, jak wygląda ich codzienna egzystencja. Pisarz funduje swoim postaciom odpowiednią ilość poniewierki i innych upokorzeń, przeszkód w codziennym życiu, co by za łatwo nie było, ale hapy endu możemy oczekiwać spokojnie.

Choć jeśli chodzi o rys psychologiczny bohaterów to Follett zawodzi, wiemy jakie pasje nimi kierują, ale tak na prawdę nie widzimy ich prawdziwego wnętrza. Można powiedzieć, że mamy wyraźny podział na tych dobrych i złych. Wredni to ci, którzy przeszkadzają drużynie Toma budowniczego i przeorowi klasztoru w Kingsbridge, w zbudowaniu wspaniałej katedry. William, przyszły hrabia graniczącego z Kingsbridge Shiring, jest po prostu na wskroś zły, roszcząc sobie przy tym wszelkie pretensje do zbawienia duszy, tzn. po każdym grzechu (gwałt, morderstwo, podpalenie, itd. bo można by jeszcze długo wymieniać) leci do swego klechy, co by go wyspowiadał, gnany strachem mąk piekielnych. Jest to dla mnie zbyt proste rozwiązanie i mało wiarygodne, rozumiem łatwowierność grzesznika i jego głupotę, ale motyw jest naciągnięty do granic prawdopodobieństwa. Choć z drugiej strony autor tłumaczy go jak może i w trakcie powieści nie zwracamy na to wielkiej uwagi, stwierdzając po prostu, że mamy do czynienia ze zdegenerowanym młodzieńcem.

 Powieść nie jest na tym samym poziomie co książki naszej rodaczki, Zofii Kossak, ale myślę że może aspirować do stania o półkę niżej. To po prostu świetny serial w powieści i dobra rozrywka, mnogość wątków, ciekawe zakrętasy fabuły, mili nam bohaterzy, kilka powszechnych prawd średniowiecznych i odrobina braku wiarygodności czyni z tego tomiszcza dzieło zapewniające czytelnikowi sporo uciechy, zwłaszcza takiemu, który zainteresowany jest wiekami średnimi. Tak jak w serialach mamy tą pewność, że nasi ulubieni bohaterowie w końcu wyjdą na prostą i  co ich nie zabije to wzmocni, zrobią karierę, znaczy osiągną status poważanego członka społeczności sprzedającego z zyskiem wełnę albo wymodlą miłosierdzie. Dla fascynatów pozycja godna uwagi, jeśli natomiast chodzi o czytelników już tak nie zainteresowanych średniowieczem, to mogą być momentami znużeni szczegółowością i pietyzmem z jakim autor podchodzi do oddania realiów epoki.

polskie wydanie:

Filary ziemiAutor: Ken Follett  Wydawnictwo:Albatros , Listopad 2010

ISBN: 978-83-7659-300-5 Liczba stron: 832 Tłumaczenie: Grzegorz Sitek

Tajna historia podstępu w czasie II wojny światowej

Tajna historia podstępu  w czasie drugiej wojny światowej (Histoire secrète des stratagèmes de la Seconde Guerre mondiale), Jean Deuve, MUZA, Warszawa 2010

 Tajna historia podstępu w czasie II wojny światowej

Sprytnie skonstruowany tytuł książki ściąga potencjalnych czytelników, którzy nie koniecznie włączają działania taktyczne krajów do swych zainteresowań. Autor, Jean Deuve, był nie tylko historykiem oraz autorem wielu publikacji traktujących o II wojnie światowej ale i oficerem, który brał w niej udział.

Zaraz po krótkim, ale interesującym, wprowadzeniu Erica Denece, dyrektora Francuskiego Centrum Badań Nad Wywiadem (CF2R) przechodzimy do opisów alianckiego wywiadu i służb niemieckich. Następnie Deuve opisuje kolejno przeróżne sposoby wprowadzania w błąd przeciwnika, i tak krążymy w obszarach dezinformacji w Niemczech, Tunezji, w lasach birmańskich, rejonie Morza Śródziemnego, na Bliskim Wschodzie, Pustyni Libijskiej, itd. Autor streszcza nam poszczególne operacje, przedstawiając w skrócie podjęte działania,  dowodzących i ich efekty. Wszystko pisane językiem prostym, niezwykle zwięźle, momentami nawet zbyt lapidarnie.

Ta publikacja uświadomiła mi moją totalną indolencję w materii strategii wojennych. Kto by pomyślał, że setki ludzi wożono po kilka razy w to samo miejsce albo rozkładano gumowe armaty?

„Zaczęto już tworzyć armię fantomów, która miała zagrażać wojskom Grazianiego na skrzydłach, ponadto wykorzystano klasyczne techniki dezinformacji – pogłoski, fałszywe informacje tajnych agentów, a także kamuflaż na szeroką skalę. Dzięki podwójnym agentom można było przekazywać wrogom odpowiednie spreparowane informacje.

Przygotowano setki gumowych czołgów, które po wypuszczeniu powietrza mieściły się w niewielkich torbach, oraz dziesiątki takich samych dział i ciężarówek. Na południe od pozycji włoskich oddziały specjalne malowały drogi, a na nich upozorowane ślady gąsienic czołgów. Za pomocą koni i wielbłądów, które ciągnęły rodzaj kolczatki, podrywano tumany kurzu i piasku, co – widziane z samolotu – tworzyło wrażenie, że drogami jadą kolumny czołgów i samochodów. Niemal cała brytyjska obrona przeniosła się do obozu armii fantomów.”

 Dla żądnych sensacji dodam, że znajdziemy też kilka rozdzialików (dumne miano rozdziałów byłoby tu trochę na wyrost) o podwójnych  agentach, ich roli w siatce szpiegowskiej, wkładzie i wpływie jaki mieli na rozkazy wojenne osób zajmujących wyższe stołki.

Sama książka zawiera mnóstwo interesujących informacji, lecz szczerze mówiąc sposób ich przedstawienia nie jest zbyt ciekawy, to przede wszystkim rzeczowo i zwięźle przedstawione fakty. Ta suchość „formy” sprawia, że czytelnik nie zainteresowany podjętym przez autora tematem może się znudzić, dlatego uczciwie pisząc nie zgadzam się ze stwierdzeniem z okładki iż „czyta się ją jak powieść sensacyjną”. Żeby tak odebrać omawianą tu przez mnie publikację trzeba uruchomić swoją wyobraźnie i przetworzyć serwowane przez historyka oszczędne dane. Choć przy całym teatrze jaki wystawiały jednostki specjalne (patrz cytat) nie jest to takie trudne. Uważam, że autor nie wykorzystał do końca potencjału jaki tu się kryje. Sposób w jaki pisze ma plusy i minusy. Jego skrótowość, rzeczowe dane na pewno ułatwiają odnalezienie interesujących nas informacji, ale jeśli ktoś się chce po prostu zagłębić w lekturze i oczekuje wciągających wywodów to może się zawieść. Po prostu jasno i czytelnie przedstawione przez historyka fakty. Jeśli chcecie mieć swoisty wykaz tajnych akcji wraz z ich dowódcami, działalnością jednostek i do tego dowiedzieć się dlaczego Niemcy atakowali makietę zamiast prawdziwego portu, to ta książka jest jak najbardziej dla was.

Lady Susan, Jane Austen

Lady Susan, Jane Austen, Penguin Classics

Lady Susan

„Lady Susan” to krótka powieść epistolarna autorstwa znanej i lubianej Jane Austen. Tytułowa bohaterka to wzbudzająca antypatię samolubna istota, próżna wdówka, która nie zwlekając, już po śmierci męża, pragnie na nowo ułożyć sobie życie. Fakt, że figlarka nie znajduje się w najlepszej sytuacji finansowej, więc jej plany przedstawiają się następująco – wydać jak najszybciej swą nastoletnią córkę za mąż, za pierwszego kandydata, który się nawinie, a który może przedstawić nie zadłużone księgi rachunkowe. Lepszą partię, kokieteryjna mamusia postanawia załatwić sobie.

Mimo solidnej trzydziestki na karku i braku możliwości szybkiego liftingu, lady Susan Vernon potrafi wykorzystać już przemijającą urodę na tyle, by rozbudzać uczucia w dużo młodszych od siebie  mężczyznach. Stąd też jej pragnienie jak najszybszego pozbycia się córki, która może przypominać o zaawansowanym wieku mamy. Co ciekawsze, wyrachowanej kobiecie uchodzi wszystko „na sucho”, wychodzi za mąż za głupca, którego już planuje zdradzać. Szykuje się jej więc całkiem miła perspektywa przyszłości. Jej biedne dziecię natomiast prawdopodobnie poślubi byłego adoratora mamy, pisze prawdopodobnie, bo autorka  pozostawiła tę sprawę otwartą, pozostawiając czytelnikowi jedynie aluzję.

Powieść bezwzględnie przedstawia ludzką dwulicowość, samolubność i zakłamanie. Czytelnik mając możliwość przeczytania listów tytułowej lady Susan i innych postaci ma piękny obraz jej charakterku. Główna bohaterka od razu skojarzyła mi się z Becky Sharp Thackeraya, z „Targowiska próżności”. Natomiast Frederica, córka lady, jest postacią dość typową dla twórczości Austen. Wrażliwa, skromna, czuła i nieśmiała dziewczyna jest całkowicie zahukana przez matkę, stawia jej nikły opór. Jej męczeństwo przypuszczalnie zostanie jej wynagrodzone (patrz akapit o jej prawdopodobnym ślubie).

„Lady Susan” nie jest jakąś obowiązkową pozycją, jedynie poszerzeniem horyzontów znajomości twórczości, wciąż niezwykle popularnej Jane Austen. Fani mogą być trochę zdziwieni, w końcu całość odbiega trochę stylem i formą od zwyczajowo przyjętej przez pisarkę formy. Jednak sama postać Frederiki – dziewczyny cnotliwej, głupota niektórych postaci, delikatne zawirowania ludzkich dusz, drobnych tragedii życia codziennego, są domeną pisarstwa Austen właśnie. Myślę, że autorka całkiem zgrabnie połączyła poszczególne listy w całość. Czytając pierwszy z nich myślimy, że lady Susan to pogrążona w żałobie i zmartwiona przyszłością swej córki matrona, gdzy tymczasem szelmowska kokietka już dawno pocieszyła się romansem z pewnym zamężnym mężczyzną. Kobietka bynajmniej nie oddaje się bratu pod opiekę przybywając szybciutko z powodu jego zaproszenia tylko dyskretnie umyka. Satyryczny ten obraz trochę bawi czytelnika i przypomina mu o ludzkiej obłudności.

polskie wydanie:

Lady SusanWydawnictwo:Prószyński i S-ka

Seria:Klasyka filmowa ISBN: 978-83-89325-03-7

Liczba stron: 160

Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska

These Old Shades, Georgette Heyer

These Old Shades, Georgette Heyer, Sourcebooks Casablanca

 These Old Shades

„These Old Shades” to powieść poprzedzająca „The Devil’s Cube”, która jest jedną z moich ulubionych Georgette Heyer. Powieść wydana w 1926 r. ugruntowała pozycję pisarki.  Jednak styl autorki chyba mi się znudził albo to jedna z jej tzw. gorszych książek. Cała opowieść jest aluzją do jej pierwszej niepoważnej próby literackiej – „The Black Moth”, którą napisała by rozweselić chorego brata. Pisarka chciała „skorzystać” z postaci Tracyego Belmanoir, księcia Adnover, tutaj jest to Justin Alastair, książę Avonu. Fakt, postać jest nośna.

Akcja osadzona w XVIII wieku rozwija się głównie w Paryżu, tam nasz reanimowany bohater wpada na uroczego chłopca, który usiłuje zbiec przed brutalnym bratem. Naszym bohaterem wcale nie kierowały jakieś wyższe, honorowe pobudki, o nie, on postanowił jeno zaspokoić swój kaprys i wykupił młodzieńca z rąk nieodpowiedzialnego krewniaka.  Leon, bo tak zwie się młodzieniec szybko okazuje się być Leonie, rudowłosą, uroczą dziewczyną.

Jak w każdej historii Georgette Heyer mamy galerię żwawych, zabawnych postaci. Jednak w tym tomie „nie zaiskrzyło” i główne postacie nie zdobyły mojej sympatii.  Avon wydał mi się pompatyczny i sztuczny w swoim zachowaniu. Jest dandysem do szpiku kości, dumnym z przezwiska Satanas. Jest człowiekiem, który umie manipulować innymi i nigdy nie zdradza swoich planów. Wątpię czy przez cały czas trwania powieści pozwolił sobie choć na chwilę stracić panowanie nad sobą, zrównoważony i zepsuty do szpiku kości równocześnie. Nie dziwię się, że autorka próbowała bardziej wyeksploatować tą postać, jednak tu chyba przeszarżowała. W kolejnym tomie Satanasa jest dużo mniej, gdy tam główne skrzypce gra jego syn i on wnosi solidny podmuch świeżości do tej serii.

Historia Leonie jest swoistą historią Kopciuszka. Jednak bohaterka bynajmniej nie zachowuje się jak bezradna, zahukana dziewczynka, przeciwnie, ma niezależny charakterek i swoje zdanie. Nie jest wolna od wad, często zachowuje się po prostu okropnie a czasami wykazuje się głupotą.

Cała książka jest takim swobodnym połączeniem romansowego żartu i powieści historycznej, do którego należy podejść na luzie. Jednak bohaterowie momentami wydali mi się sztuczni i wymuszeni, było kilka śmiesznych epizodów, ale faktem jest, że książka nie spełniła nadziei jakie w niej pokładałam.

„‘I don’t trust him.’

‘Why, I think I do for once.’ Hugh laughed a little. ‘When last I saw Léonie – Léon she was then – it was “Yes, Monseigneur” and “No, Monseigneur.” Now it is “Monseigneur, you must do this,” and “Monseigneur, I want that!” She twists him round her little finger, and, by Gad, he likes it!’

‘Oh, but there’s naught of the lover in his manner, Hugh! You have heard him with her, scolding, correcting.’

‘Ay, and I have heard the note in his voice of – faith, of tenderness! This wooing will be no ordinary one, methinks, but there is a bridal in the air.’

‘She is twenty years behind him!’

‘Do you think it signifies? I would not give Justin a bride his own age. I’d give him a babe who must be cherished and guarded. And I’ll swear he’d guard her well!’

‘It must be. I do not know. She looks up to him, Davenant! She worships him!’

‘Therein I see his salvation,’ Hugh said.

cykl: Alastair Trylogy

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„The Convenient Marriage”

„Venetia”

„Friday’s Child”

Śmiech w ciemności, Vladimir Nabokov

Śmiech w ciemności, Vladimir Nabokov, przełożył Michał Kłobukowski, MUZA, Warszawa 2010

 Śmiech w ciemności

„Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą.”

To pierwsze słowa powieści Vladimira Nabokova. Ten prosty i jednocześnie śmiały zabieg wywołuje w czytelniku niedosyt, mimo iż wiemy jaki będzie koniec tej historii, czytamy dalej pragnąc zobaczyć jaka opowieść kryje się za tym akapitem. I to jest właśnie potęga powieściopisarzy i szelmowski styl Nabokova. Tekst staje się ważniejszy niż fabuła. 

„Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane.”

Książka po raz pierwszy wydana była po rosyjsku w 1932 r. pod tytułem „Kamera Obskura”, a potem przetłumaczona przez samego autora i „zaktualizowana”, gdyż tłumacząc Nabokov zmienił pewne elementy fabuły.

Główny bohater jest najpierw zaślepiony, a potem ślepy dosłownie, gdyż traci wzrok w wypadku. Albinus porzuca swe ustabilizowane życie dla zrealizowania pragnień swego ciała, jednak jego młoda kochanka Margot nie daje mu nic ponad to. Dziewczyna wykorzystuje go jak może, najpierw sama, a później wspólnie ze swym poprzednim kochankiem. Oboje nie mają litości dla łatwowiernego głupca, na którego sypią się kolejne nieszczęścia. Margot jest zdeprawowana, okrutna i piękna, jest mieszanką wybuchową, której nasz bohater nie umie się oprzeć. Całkowicie zdaje się na jej łaskę, wierząc w to co chce wierzyć i popadając powoli w obsesję. To historia bardzo prosta, schemat wykorzystany już wiele razy, wszyscy to znamy. Autor nie rozpisuje się, jego uwagi są krótkie a celne, ironiczne i bardzo prawdziwe, cały urok tkwi właśnie w nich.

Zabawa pisarza językiem nie odstrasza, można dać się porwać czytaniu, językowe igraszki Nabokova to nie karkołomne wywrotki. Szczerze pisząc rozbawiła mnie ta powieść i mimo dość okrutnej treści wprawiła w dobry humor, ale to chyba talent autora i ta jego ironia (mam słabość do pisarzy dobrze operujących właśnie ironią i humorem, ale to temat na oddzielny wpis). Książka nie ma bogactwa i subtelności późniejszej „Lolity”, ale jej styl jest bardziej zwięzły i mniej chaotyczny. Stanowczo, jakoś nigdy wcześniej nie składało mi się, aby zgłębić resztę twórczości tego autora, ale teraz na pewno stopniowo nadrobię zaległości. Książkę polecam innym, jednak z tym założeniem, że czytając starajcie cieszyć się tekstem.

„Minęło kilka dni. Margot wciąż nie mogła zgubić kaszlu, a ponieważ ogromnie przejmowała się własnym zdrowiem, siedziała w domu i z braku zajęcia – bo czytanie nie było jej mocną stroną – zabawiała się w sposób, który doradził Rex: leżąc wygodnie w kolorowym chaosie poduszek, wertowała książkę telefoniczną i dzwoniła do różnych nieznajmoych osób, sklepów i firm. Zamawiała wóżki dziecinne, lilie i radia, każąc je wysyłać pod wybrane na chybił trafił adresy; robiła durni z szacownych obywateli i radziła ich żonom, żeby były mniej łatwowierne; po dziesięc razy z rzędu wykręcała ten sam numer, doprowadzając do rozpaczy spółkę Traum, Baum i Kesebier. W zamian wysłuchiwała cudownych wyznań miłosnych i jeszcze cudowniejszych klątw. Albinus wszedł i przystanął, patrząc na nią z tkliwym uśmiechem, gdy zamawiała trumnę dla niejakiej Frau Kirchhof. Kimono miała rozchylone i ze złośliwą uciechą wierzgała stopkami, zasłuchana, wodząc po pokoju spojrzeniem podłużnych oczu. Albinus stał nieco z boku, namiętnie rozczulony, i bał się podejść, żeby nie zepsuć jej przyjemności.”

Bez oręża, Zofia Kossak

Bez oręża, Zofia Kossak, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2003

Bez oręża

„Bez oręża” to już ostatnia powieść Zofii Kossak traktująca o wyprawach krzyżowych, bo to i ostatnia wyprawa. Jerozolima ciągle w rękach niewiernych, papież Innocenty próbuje jak może zebrać rycerstwo i zapalić w nich ducha do odbicia świętego miasta. Jednak nikt się jakoś nie kwapi, wszyscy mają inne sprawy na głowie, pewnego dnia dorośli zostają zaskoczeni pochodem dzieci, które twierdzą, że idą zamiast rodziców grób Pana wyzwolić (rok 1212). Setki dziatek podąża ku Wenecji, zrozpaczeni i zdumieni rodziciele jakoś nie mogą się zebrać do żadnego konkretnego działania, trwają w szoku, a potomstwo ściąga zewsząd, aż dociera do portu gdzie już oczekują statki jednego z armatorów. Autorka pisze co dokładnie kryło się za owym cudem, zbrodnia nie do przebaczenia, tak samo zresztą jak głupota i chciwość ludzka.

Gustave_dore_crusades_the_childrens_crusade

Tymczasem zebrała się wreszcie gromada rosłych, dorosłych rycerzy, którzy wyruszają do Egiptu. Nowy władca rządzący ostatkiem państwa Jerozolimskiego w Akrze,  Jan de Brienne, daje się tymczasem porwać bez pamięci porywom serca z pewną panią. Dość powiedzieć, że każde z nich ma już ślubną drugą połowę, a król powinien objąć dowodzenie rycerstwem a nie wykradać się o zmroku. Jak można się domyślić ich gorący romans będzie miał poważne konsekwencje. Poprzez „nieuwagę” Jana dowództwo nad wyprawą obejmuje dumny i nieustępliwy kardynał Pelagiusz, a jego wady przeważą szalę na niekorzyść Franków. Ostatecznie ich przegraną przypieczętuje całkowity brak znajomości kraju, w którym walczą – rycerze po raz kolejny wykażą się indolencją podkreślaną już przez autorkę w „Krzyżowcach”. Do tego wszystkiego po całej fabule pęta się nam  Franciszek z Asyżu, naiwne i proste dziecię Boga. Kossak przedstawiła świętego jako człowieka niezwykle skromnego, bogobojnego, cierpliwego, współczującego, miłosiernego, szczerego – no jak świętego po prostu.

Jednak to co nadaje tej powieści sens głębszy, to pytania jakie poprzez fabułę zadaje autorka. Czy człowiek ma prawo poświęcić wszystko dla własnego szczęścia, stawiać dobro innych przeciwko własnym pragnieniom? Czy rzeczywiście prawdziwa miłość jest takim wzniosłym uczuciem, które powinno torować sobie drogę kosztem innych ludzi? Pisarka pokazuje jak skrępowani jesteśmy skomplikowanymi zależnościami międzyludzkimi, nie tylko społecznymi i politycznymi obowiązkami. Porusza też kwestię odpowiedzialności dorosłych za te małe istoty zwane dziećmi, podkreślając ich całkowitą łatwowierność i oddanie opiekunom. Fakt, że ostatni postulat wypadł trochę łzawo przez patetyczny styl Kossak.

Dodam jeszcze, że okładka nowego, już szesnastego wydania tej powieści, niezmiernie mnie mierzi. Jak na powieść wznawianą tyle razy, wydawnictwo powinno się moim zdaniem lepiej postarać.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„Krzyżowcy” tom 1, 2

„Król trędowaty”

Król trędowaty, Zofia Kossak

Król trędowaty, Zofia Kossak,. P.A.X.,1971

Król trędowaty

To moja druga książka jaką czytam Zofii Kossak i ugruntowywuje ona moją opinię o jej pisarstwie. Na pewno przeczytam jej kolejne książki, wierzę iż jest to autorka warta kontynuowania tej znajomości. Oczywiście nie wszystko mi się podoba, ale nie są to jakieś poważne zarzuty.

Jerozolima znajduje się w niewesołej sytuacji, młody król nie dość, że naprawdę młody (14 lat) to jeszcze i trędowaty. Rada wiecznie skłócona, templariusze zakonów zwalczają się na wzajem, a dziewki na dworze uprzykrzają życie panom. Smutny to obraz nieszczęśliwego młodzieńca, gnębionego straszliwą chorobą, gnijącego za życia, nim tak na prawdę zdołał tego życia użyć. Jednak mimo wszystko młodzieniaszek okazuje się mieć głowę na karku, by w sytuacji pozornie beznadziejnej, odnaleźć w sobie siły i odwagę, stanąć do walki i zwyciężyć. Biorąc pod uwagę, że był w kiepskim stanie, a większość rycerstwa opuściła miasto, jego zwycięstwo budzi tym większy podziw. Saladyn wyprawił się na Askalon z zamiarem zajęcia miasta, lecz spotkała go niespodzianka w postaci pięciuset rycerzy i ich dowodzącego trędowatego króla. Według kronikarzy i Kossak na morale rycerzy tak skutecznie podziałała postawa władcy i jego modlitwy przed bitwą do relikwii Krzyża Świętego. Po przegranej sułtana został zawarty pokój, przynajmniej na jakiś czas, bo krewcy Frankowie i tak później pokpili sprawę, ale tego Baldwin IV już nie dożył.

Lariviere Th Battle of Montgisard

„Krzyżowcy” zrobili na mnie o wiele większe wrażenie, ale może to dlatego, że autorka nie miała tu aż takiego długiego pola do popisu. Mamy kilka ciekawych motywów i parę postaci, jednak wszystko jest ledwie nakreślone, zwłaszcza wobec epickiego rozmachu poprzedniego tomu. Ciekawie jeszcze wypada Saladyn, władca mądry i przenikliwy wraz ze swoimi wątpliwościami natury religijnej, można powiedzieć, że ma mały kryzys wiary i patrzy, który z proroków wygra tę wojnę. Sama wojna natomiast okazuje się igraszką ludzi, poddaną ich podstępom i zabiegom. Jeśli chodzi o religijność samych chrześcijan to mogę napisać, że zeszła ona na tylni plan, co innego im w głowie. Bohaterowie mimo codziennych pozdrowień i ustnych zapewnień o czci Grobu Świętego nie myślą o nim na prawdę, wszystko stało się dla nich formułą, codziennym schematem obrządku religijnego, do którego nie przywiązuje się wagi.

Po trosze drażniąca i smutna to powieść, a to przez samych bohaterów, nieudacznicy, knujący zdrajcy, swarliwe samolubne białogłowy – trudno tu o kogoś wzbudzającego sympatię, oprócz Baldwina IV. Chrześcijanie wykazują się indolencją, wkurzając czytelnika, że takie z nich niemoty, nie umiejące obronić świętego miasta, na którym im niby tak zależy.

Może owa maniera z jaką pisze pisarka jest też kwestią narzuconego stylu i wymogów jakie sobie postawiła pisząc na średniowieczną modłę.  Momentami męczące „natchnione” momenty zdarzające się często przy opisach, na pewno pochodzą z dobrych chęci bycia wiernym średniowiecznym klimatom językowym i kulturowym. Cóż, braku stylu nie można jej zarzucić, ale czytaniu kilkustronicowego opisu krzaczka, z któren był wykonany Krzyż Święty może zabić ciekawość dalszego ciągu. Lecz wobec mojej pasji do średniowiecznych powieści i całkiem zręcznego podejmowania przez autorkę wątków historycznych można na to przymknąć oko.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„Krzyżowcy”

Źródło: Wikigallery

Trylogia Arturiańska

Bernard Cornwell jest autorem naprawdę wielu, wielu książek, w tym właśnie „Trylogii Arturiańskiej”.

Once upon a time, in a land that was called Britain, these things happened . . . .” well, maybe. The Warlord Trilogy is my attempt to tell the story of Arthur, ‚Rex Quondam Rexque Futurus’, the Once and Future King, although I doubt he ever was a king. I suspect he was a great warlord of the sixth century. Nennius, who was one of the earliest historians to mention Arthur, calls him the ‚dux bellorum’ – leader of battles or warlord. I have to confess that of all the books I have written these three are my favourites

Cykl ten zachęca czytelnika do spojrzenia na znaną legendę o królu Arturze w zupełnie nowy sposób. Autor bawi się historią i jej przekazami, uwidacznia nam jak bardzo można zmitologizować wydarzenia przeszłości. I tak rycerze Okrągłego Stołu nie jawią się nam już jako rycerscy herosi, ale jako średniowieczni wojownicy, którzy przy owym stole upijają się na umór, ucztują, a potem pod owym słynnym meblem „pozbywają się” nadmiaru wrażeń. Sama historia jest mieszanką legend, historii i odrobiny fantastyki. Pisarz opisuje swoich bohaterów i ich zachowania w dość przyziemny sposób, bez koloryzacji i upiększeń, to średniowiecze przesycone mroczną, momentami makabryczną atmosferą, wiecznymi wojnami i niebezpieczeństwem.

Na samego Artura patrzymy oczyma jego oddanego przyjaciela Derfla Cadarn, jak się okazuje postać ta żyła naprawdę, a sam braciszek został nawet kanonizowany. W wersji Cornwella Derfel jest Saksończykiem, który  w dzieciństwie szczęśliwie przeżył jeden z najazdów i stał się wychowankiem Merlina, który „zbierał” takie zagubione dusze wierząc, że tylko ten co otarł się o śmierć lub stoi na granicy szaleństwa, może dostąpić łaski bogów.

 Zimowy monarchaNieprzyjaciel Boga

Pierwszy tom cyklu wydano w 1995 r., kolejne w rocznych odstępach, pisarz tworzył jak w zegarku. W Polsce wydawnictwo Erica zaopiekowało się Cornwellem i jego cyklem, w sprzedaży jest już drugie wydanie pierwszego tomu. Na Artura możemy się natknąć w większości saloników prasowych i wystawach księgarskich, zmasowany atak wydawcy na pewno odniósł skutek. Samo wydanie nie wyróżnia się niczym specjalnym, ot broszurowa oprawa ze skrzydełkami, jeszcze jakoś da się upchać w torebce mimo 600 stron. O jakości tłumaczenia nie mogę nic powiedzieć ponieważ polskiej wersji nie czytałam.

The Winter King Enemy of God Excalibur

Autor zakończył serię definitywnie (Bernard Cornwell):

„Because the story is finished and won’t be stretched any further. Arthur is sleeping in Avalon and should be left in peace.”

Jeszcze tylko napiszę, że cykl Cornwella bardzo różni się od „Mgieł Avalonu” Marion Zimmer Bradley. Przede wszystkim świat stworzony przez pisarkę jest przesycony magią, przez co wpływa ona na fabułę. Wydarzenia jakie mają miejsce w „Trylogii Arturiańskiej” da się wytłumaczyć racjonalnie, ba, zostajemy zapoznani z całym arsenałem sztuczek jakim posługiwali się Merlin i Nimue. Więc tu wygrywa rozum, lecz z rzadka (np. powody, dla których Derfel utracił rękę) niewytłumaczalne zdarzenia też mają miejsce. Do tego pisarka dużo bardziej dba o tzw. rys psychologiczny swych bohaterów, gdy Cornwell bardziej skupia się na samej akcji, co by czytelnikowi dobrej zabawy nie zbrakło.

Na blogu zrecenzowane znajdziecie: 

„Zimowy monarcha”  tom 1

„Nieprzyjaciel Boga” tom 2

„Excalibur” tom 3

Lato przed zmierzchem, Doris Lessing

Lato przed zmierzchem (The Summer Before the Dark), Doris Lessing, tłumaczyła Rewkiewicz-Sadowska Barbara, WAB

 Lato przed zmierzchem

Niemiła powieść lecz na pewno konieczna, trochę jak środek na przeczyszczenie.

Kate Brown to kobieta osadzona wygodnie w swojej bezpiecznej rzeczywistości przyzwyczajeń i rutyny. Tkwi w swoistym marazmie, który wypracowała sama przez dwadzieścia kilka lat. Nagle dostaje ofertę pracy na stanowisku tłumacza konferencyjnego, spotkania na międzynarodowym szczeblu, możliwość wypróbowania kilku obcych języków, dobra płaca – takie duperele współczesnej szansy na sukces. Nasza bohaterka wcale nie jest z początku zachwycona, ma obawy, iż bez niej jej dorosłe dzieci i mąż nie dadzą sobie rady z prowadzeniem domu. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie drwię (prawie), bohaterka ma przed owym Nowym autentyczne obawy. Ale czy mimo tego biurowego blichtru jej życie zmienia się w jakiś sposób? Kate przeszła już przez większość życiowych etapów, była matką, wychowała czwórkę dzieci, które stoją teraz na progu dorosłości, wraz z mężem prowadzi długoletni związek, oparty na szczerych rozmowach przez duże R. Jednak dzieci już jej nie potrzebują, każde z nich prowadzi własne życie, a dom rodzinny traktują jak hotel. Mąż od dawna ją zdradza, a ona o tym doskonale wie i pogardza nim za to jednocześnie nadal pracując z nim o utrzymanie małżeństwa. Ich współżycie to farsa, opiera się na fundamentach przyzwyczajenia i konwenansów. Oboje trzymają się pewnych społecznie ustalonych norm. Kate nie studiowała, tylko od początku oddała się rodzinie, teraz ma sznansę wykorzystać swoją wiedzę. Kilka letnich miesięcy uświadamia jej jakie jest jej miejsce w tych społecznych układach i co może zmienić. Bohaterka analizuje swoje ja, wnika w głąb siebie, otwiera się i odnajduje swoją fokę. Tak, właśnie fokę, prześladującą ją w snach jak wyrzut sumienia, którą taszczy później w kierunku morza przez kilka miesięcy – wewnętrzna przemiana nastąpi wraz z objawieniem i foczka zapluszcze w oceanie. Zmiany zachodzą powoli, to rewolucja kontrolowana, nasza bohaterka uczy się samej siebie na nowo. Klatka, w której ona sama siebie zamknęła jest ciasna. Musi pogodzić się z tym, że nie jest nie zastąpiona, wszyscy członkowie rodziny doskonale poradzą sobie bez niej.

„Nie wiem nawet, co ma dla ciebie wartość. Nie przejeżdżałam po złotym trakcie do Katmandu ani nie napisałam dysertacji naukowej. Po prostu wychowałam rodzinę…”.

Normalnie matka Polka. Złudne pragnienie zapewnienia swojej rodzinie tzw. „ciepłego domu” spowodowało, że Kate stała się ich cieniem i zatraciła samą siebie.

„Czuła się czasem jak ranny ptak zadziobywany na śmierć przez zdrowe ptaki”.

Podobał mi się w tej powieści motyw stroju i fryzury jako munduru, nasuwa to na myśl, że tak wiele przez ostatnie wieki się nie zmieniło. Pewne rzeczy wypada nosić, a inne nie, niektóre fryzury nie przystoją i mimo, że nie krępują już nas fiszbiny gorsetów to ograniczeni jesteśmy konwenansami. Główna bohaterka tak bardzo jest nimi skrępowana, że nie założy ekscentrycznych ubiorów bo liczy się z opinią własnych dzieci, które nie pochwalają takich „ekscesów”. Co by to było gdyby pokazała się nie uczesana na trawniku przed domem!

To powieść dla kobiet nie bojących się zmierzyć ze sobą, zajrzeć do klatki. Rewizja kondycji kobiety w nowoczesnym społeczeństwie, obraz jaki się wyłania z powieści Doris Lessing na pewno nie jest optymistyczny.

Literacka Nagroda Nobla 2007 

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

„Piąte dziecko”

seria wydawnicza : Don Kichot i Sancho Pansa