Tajemnica świętych relikwii

Morbid Taste for Bones – The First Chronicle of Brother Cadfael (Tajemnica świętych relikwii), Ellis Peters, Mysterious Press

 A Morbid Taste for Bones

Kiedyś czytałam jeden z tomów przygód braciszka Cadfaela, lecz teraz nie pamiętam nawet, który to był, sięgnęłam więc po pierwszy, „A Morbid Taste for Bones”  (polski tytuł „Tajemnica świętych relikwii”). Opactwo w Shrewsbury (1137 r.) ma duży problem gdyż nie dzierży w swym posiadaniu żadnych świętych szczątek, a to w czasach średniowiecznych było siłą napędową ówczesnego biznesu turystycznego. Żadnych kości, żadnych pielgrzymek, a co za tym idzie, niepowetowane straty w datkach pątników i martwy sezon dla klasztoru. Opat i jeden z zakonników w końcu wytropili „bezdomnego” świętego, a właściwie świętą, spoczywającą spokojnie w zapomnianej walijskiej mieścinie. Jak można się domyślić ambitny klecha postanowił przywrócić świętą Winifredę należnej jej glorii i chwale, w ich opactwie oczywiście. Jak wielka była potrzeba przywiezienia szczątków nieszczęsnej orientujemy się gdy ginie jej obrońca, człowiek przeciwny przeprowadzce zarządzonej przez opata.

Główny bohater to taki detektyw w sutannie, jest postacią dwuznaczną i złożoną, stary rycerz, który niejedno w życiu widział, miał niejedną kochankę i stępił miecz w wyprawach krzyżowych. Teraz spędza dni na uprawie swego ogródka w zakonie oraz amatorsko rozwiązując zagadki kryminalne. Jego niezwykłe doświadczenie pozwala mu na stosowanie nauk kościoła w iście salomonowy sposób, przy czym zachowuje pragmatyzm i współczucie dla innych zabłąkanych owieczek.

Nie powiem, było całkiem zabawnie, jak na taką krótką książeczkę działo się niezwykle dużo i czytelnik poznał kilku bohaterów. Czyta się w miarę szybko a w samym tekście znajdzie się kilka głębszych myśli i mądrości. Jednak jakoś nie do końca spodobał mi się styl autorki, momentami niezwykle górnolotny, wręcz pompatyczny, pełen kwiecistych opisów typu –  z jej koka bez przerwy wymykały się długie pasma włosów w kolorze kasztanu, przybyła z rozwianym włosem itd. Nie wiem czy sięgnę po kolejne tomy, pewnie wobec nawału ciekawszych lektur porzucę tą serię.

polskie wydanie:

Tajemnica świętych relikwiiTajemnica świętych relikwii, Ellis Peters, tłumaczyła Irena Doleżal-Nowicka, Wydawnictwo Zysk i S-ka

I była dzielnica żydowska w Warszawie

I była dzilenica żydowska w Warszawie, Władysław Bartoszewki, Marek Edelman,PWN, Warszawa 2010

 I była dzielnica żydowska w Warszawie

„I była dzielnica żydowska w Warszawie” nawiązuje tytułem do książki  Marka Edelmana „I była miłość w getcie”, choć niewiele ma z nią wspólnego, może poza ideą, która je łączy. Getto istniało, i choć trudno uwierzyć w dzisiejszych czasach w całe bestialstwo jakie miało miejsce, dzielnica stała i była świadkiem niewypowiedzianego. Mamy więc tu dwóch autorów, wymienionego już przeze mnie Marka Edelmana i Władysława Bartoszewskiego, dwóch ludzi stojących po różnych stronach muru jaki wyznaczał granicę aryjczykom.

Publikację rozpoczyna rozdział „Mój Edelman” będący swego rodzaju wspomnieniem Bartoszewskiego o człowieku „którego znał od zawsze”. Następne relacje obu świadków są niezwykle skrupulatne, krótkie i rzeczowe w tonie, z dołączonymi do nich aneksami oryginalnych dokumentów zarządzeń gubernatora dystrykty warszawskiego ( L.Fisher), obwieszczeń, komunikatów Kierownictwa Walki Cywilnej, i wielu innych, stanowiących świetne tło dla opisywanych wydarzeń. Zacytuję teraz Zofię Nałkowską, która najlepiej określiła pisarstwo Edelmana:

„Daje w słowie poważnym, celnym, powściągliwym, wolny od frazesu protokół zbiorowego męczeństwa, utrwala mechanizm jego przebiegu. Jest także autentycznym dokumentem zbiorowej mocy ducha, ocalonej z największej klęski, jaką znają dzieje narodów.”

Wszystkie rozdziały są jak najbardziej rzeczowe, pisane z dokładności, z przyświecającym celem przekazania historii taką jaką była choć na pewno nie wolną od zaangażowania autorów. Po prostu prawda heroizmu i grozy nie potrzebuje tu zbędnych przymiotników, mieszkańcy getta „zdecydowali się drogo sprzedać swoje życie”.

Myślę, że dla fascynatów tematu jest to lektura obowiązkowa do biblioteczki, w dodatku pięknie się prezentuje. Jak dla mnie książka jest profesjonalnie wydaną publikacją historyczną na dobrej jakości papierze, z dużą ilością wstrząsających zdjęć, kalendarium i aneksem, do tego po wewnętrznych stronach okładki mamy mapki getta warszawskiego i współczesnej Warszawy dla porównania. Pozycja, która zostaje na długo w pamięci.

seria: Literatura faktu PWN

Najlepsze książki roku 2010

Mam małe opóźnienie z podsumowaniem roku 2010, więc do rzeczy:

najlepsza powieść historyczna:

Zofia Kossak „Krzyżowcy” – naprawdę nie sposób nie docenić kunsztu tej pisarki, dla mniej wytrwałych  – przestrzegam przed dłużyznazmi i natchnionym tonem, ale warto wytrwać

najlepsza książka historyczna:

Regine Pernoud „kobieta w czasach katedr” – miło się to czyta, zwłaszcza kobietom

najlepsza powieść fantasy/science fiction:

Connie Willis „Księga Sądu Ostatecznego” – jedno z największych zaskoczeń zeszłego roku, bo napiszę szczerze, że nie spodziewałam się takiej psychologicznej głębi postaci, w powieści z motywem przenoszenia się w czasie. Jak dla mnie też, powieść najlepiej ukazująca mentalność ludzi średniowiecza, bijąca na głowę bohaterów Kena Folletta.

najmilsza memu sercu polska powieść, a właściwie dwie:

Marek Bieńczyk „Tworki”

Jacek Dehnel „Lala”

najlepsza powieść zagraniczna przeczytana w zeszłym roku to:

Truman Capote „Harfa traw” – i, że to facet napisał…

najlepszy reportaż:

Juliette Morillot, Dorian Malovic „Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje świadków”

Wojciech Jagielski „Wieże z kamienia”

najbardziej wciągające czytadła:

Kathryn stockett „Służące” – dobry debiut

Bernard Cornwell „Zimowy monarcha” – pisarz z całkiem niezłym skutkiem wskrzesza króla Artura i jego dwór

Ken Follett „Filary ziemi” – ach, to średniowiecze

Daphne Du Maurier „Moja kuzynka Rachela”

non-ficion, kategoria uświadamiających lektur socjologicznych(tu wybór był trudny, bo jakoś w zeszłym roku miałam wyjątkowy pęd do wiedzy):

Raj Patel „Wartość niczego”

Richard Sennett „Etyka dobrej roboty”

Zygmunt Bauman „Globalizacja”

podróżnicze:

Olgierd Budrewicz „Równoleżnik zero”

najśmieszniejsze książki:

Stefania Grodzieńska „Kawałki żeńskie, męskie i nijakie”

Mark Twain „Przygody Tomka Sawyera”

Opactwo Northanger, Jane Austen

Northanger Abbey (Opactwo Northanger), Jane Austen, Oxford’s World Classics

Northanger Abbey

Zawsze lubiłam książki Jane Austen, a ostatnio naleciało mnie na powtórki więc sięgnęłam po „Northanger Abbey”. Ta powieść jest często traktowana przez czytelników po macoszemu jako ta najgorsza, nie zgadzam sięz tym, po pierwsze dlatego, że była to pierwsza książka tej autorki jaką przeczytałam (a z takim faktem nieodłącznie łączą się sentymenty) po drugie dlatego, że publikacja doskonale sama się broni.

Młoda, niedoświadczona Cathryn  Morland pochodząca z wielodzietnej rodziny jest dziewczęciem o słodkim usposobieniu, wychowana na wsi nie zdaje sobie sprawy z ludzkich, wielkoświatowych przywar. Można wręcz napisać, że panna Morland jest nierozgarnięta, nie widzi prawdziwej natury swej przyjaciółki, Izabeli, nie zauważa jaki romans kroi się między nią a jej bratem, przez przypadek pozwala wierzyć Johnowi Thopr, że jest w nim zakochana i wreszcie robi z siebie idiotkę przed wybrańcem swego serca, Henrym Tilneyem, wierząc, że jego ojciec to morderca. Także, mimo iż pannica zaczytuje się w powieściach, to między wierszami czytać nie umie. Jak na bohaterkę romansu gorzej być nie mogło, Austen nie ma litości dla swej głównej postaci ośmieszając ją w ten sposób. Obdarza ją jednak dużą dozą współczucia, szczerości oraz troski w stosunku do innych ludzi, jej uczciwe serduszko w końcu złapie kogo trzeba, a i sama młódka szybko uczy się na swych błędach. Owe błędy często popełniała pod wpływem rozbuchanej wyobraźni nakręconej przez lekturę gotyckich powieści, zwłaszcza swej ulubionej „Tajemnic zamku Udolpho” Anny Radcliffe. Stąd też wielu krytyków odnosi się do „Northanger Abbey” jako satyry powieści gotyckich.

Możemy też rozpatrywać „Northanger Abbey” jako powieść o dorastaniu, w końcu naiwna panna po pierwszych faux pas zaczyna powoli orientować się w świecie i rozpoznawać dwulicowość innych. No i ten wpływ nieodpowiednich, przepełnionych grozą lektur na niewinne dziewczę. Austen pokazuje tylko to, co mam miejsce w każdym pokoleniu, kiedy to młodzież z zapałem i entuzjazmem oddaje się porywającej rozrywce, która rodzi później mniej lub więcej histeryczne zachowania (patrz np. „Zmierzch” i rzesze fanek pragnących wampirzego chłopaka) lub z naddatkiem pobudzających wyobraźnie. Katarzyna debiutuje w dodatku w Bath, czyli „pojawia się na salonach”, chociaż może lepiej powiedzieć, że ona po nich przemyka gdyż jej osoba nie emanuje ani splendorem niezwykłej urody, ani nie imponuje majątkiem. Ot, młoda panna bez wygórowanych ambicji chce się po prostu dobrze bawić. I jak już pisałam wcześniej autorka wcale swej bohaterce nie pomaga:

Rodzina składająca się z dziesięciorga dzieci zawsze będzie określana mianem pięknej rodziny, wystarczy sama liczba głów, rąk i nóg, Morlandowie zaś nie mieli innych praw do tego słowa, nie byli bowiem, ogólnie biorąc, urodziwi, a Katarzyna przez długie lata swego życia była po prostu brzydka. Chuda, niezdarna, płeć miała ziemistą, bez kolorów, ciemne, proste włosy i ostre rysy – tyle jeśli idzie o wygląd zewnętrzny, pod względem umysłowym zaś również nie nadawała się na heroinę.”

„Nie zdarzało się, by opanowała coś bądź zrozumiała, nim jej to wytłumaczono, a czasem nawet to nie pomagało, bo często była nieuważna, a chwilami wręcz tępa.”

Tak, ten cytat wyraźnie pokazuje nam ile dystansu i przewrotnego poczucia humoru posiadała Austen. Pisarka opiera fabułę na drobiazgach, wszelkie nieporozumienia bohaterów, czy zwroty (może lepiej napisać – delikatne zakręty) fabuły opierają się na błahostkach życia codziennego, sprawach przyziemnych, które okazują się mieć właśnie największy wpływ na szczęście ludzi. I czy właśnie tak, nie wygląda nasze życie?

Wartość niczego, Raj Patel

Wartość niczego.Jak przekształcić społeczeństwo rynkowe i na nowo zdefiniować demokrację (The Value of Nothing. How to Reshape Market Society and Redefine Democracy), Raj Patel, przełożyła Hanna Jankowska, MUZA, Warszawa 2010

 Wartość niczego

Książkę rozpoczyna cytat z powieści Oscara Wilde’a:

„Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego.”

Ten swoisty postulat rozwija Raj Patel, czyniąc z niego główne założenie swojej publikacji. Jak niezwykle celne jest to zdanie, widzimy już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów.

„W „Matrixie” wyzwoleni ludzie (oraz programy, które na nich polują) mogą zobaczyć świat w surowej formie, jako cyfrowy deszcz symboli i znaków. To jest fantastyka naukowa, która rządzi faktem ekonomicznym. Panowie świata z globalnych giełd wpatrują się w dane rojące się na monitorach, co chwila przenosząc wzrok z ekranu na ekran, żeby przejrzeć świat i wyciągnąć zeń zyski. W „Matrixie” znaki były symulacją prawdziwego świata, więcej ukrywały, niż ujawniały. Sęk w tym, że ta zawodna cyfrowa taśma perforowana stała się dzisiaj głównym rekwizytem w dramacie współczesnej wymiany handlowej.”

Czytając „Wartość niczego” siedziałam i dosłownie kiwałam głową nad naszym gatunkiem ludzkim i naszą obopólną głupotą. Dlaczego na giełdzie nie ma odpowiednich regulacji; jak wśród tylu rządów mogła przyjąć się koncepcja „efektywnego rynku”, skoro tyle ekonomistów dowiodło, że to nierealistyczna hipoteza (tzw. „wygodna nieprawda”); w którym momencie prawo do zanieczyszczania atmosfery stało się towarem na sprzedaż? Motorem współczesnego rynku nie są potrzeby konsumenta a zysk i tylko on się liczy.

„Ważne jest więc, żeby nie ganić wyłącznie konsumentów i zastanowić się przede wszystkim nad ty, jak stajemy się konsumentami. By może uwiódł nas zalew tanich towarów, których prawdziwe koszty są albo odroczone na później, albo ponoszone przez innych, ale to nie wyjaśnia, pragniemy tych dóbr. Działa tu bowiem subtelny proces, mamy do czynienia z konstrukcją społeczną, w ramach której uczymy się konsumować, oceniać nasz czas, nasze szczęście i siebie na wzajem. Korporacje mogą być wytworem współczesnego  społeczeństwa rynkowego, ale żeby mogły zarabiać, muszą zwerbować rynkowi konsumentów. Ceny stanowią część procesu werbunkowego.”

I jak dla mnie wyjątkowo przekonujące poruszenie sprawy towarów gratisowych z bulwersującym przykładem telefonów komórkowych.

„Do produkcji telefonów komórkowych oraz innego sprzętu elektronicznego używa się minerałów wydobywanych w Kongu, gdzie trwa krwawy konflikt. Kongo posiada 70 procent światowych zasobów koltanu, z którego otrzymuje się niob i tantal, niezbędne przy produkcji kondensatorów stosowanych w większości przenośnych gadżetów elektronicznych. Oddziały wojskowe, które nadzorują dostęp do tych zasobów, znane są ze swej brutalności – gwałcą, torturują, uprowadzają w niewolę, zabijają. Kongijskie kobiety, które wbrew wszelkim przeciwnościom starają się wychować dzieci, żyją przeciętnie 47 lat, padają ofiarą najgorszej w świecie epidemii gwałtów i zarabiają połowę tego co mężczyźni – 191 dolarów rocznie.(…) Takie są krwawe koszty zewnętrzne nowoczesnej elektroniki. Wygląda to jeszcze bardziej ponuro, kiedy dajemy sobie wmówić, że dostajemy telefon komórkowy za darmo.”

Mimo tak niezwykle poważnych tematów podjętych przez wykładowcę, wszystko opisane jest niezwykle przystępnym językiem, pełnym porównań, oryginalnych metafor – Patelowi naprawdę zależy żeby jego czytelnicy go zrozumieli. Pisarz opisuje nie tylko to, co idzie nam tak źle w naszym świecie, ale i to co rokuje dobrze, i choć możemy nie zgadzać się z jego wizją to jego argumenty brzmią przekonująco. Podaje przykłady organizacji, które starają się wcielać w życie starożytne zasady demokracji (przedstawiciele Juntas de Buen Gobierno – Rada Dobrego Rządu czyli Junt w skrócie) i idzie im to całkiem nieźle.

Raj Patel uświadomił mi kilka rzeczy, lubię takich aktywistów, którzy naprawdę mają coś ciekawego i konstruktywnego do powiedzenia. Jako były pracownik Banku Światowego myślę, że trzeba go postrzegać jako specjalistę na polu, na którym zdecydował się teraz trochę namieszać. Bruździ tam, gdzie poznał rzecz od podszewki.

Domyślam się, że przydługi i natchniony podtytuł może zniechęcać, przynajmniej tak było w moim przypadku, ale chciałam dać książce szansę bo została wydana w niezwykle ciekawej dla mnie serii Spectrum. Nie są to więc przydługie biadolenia starego hipisa. Ta krótka publikacja zapewniła mi temat do rozważań nad ludzką naturą, demokracją i korporacjami na długi czas. Fascynują mnie takie książki jak „Wartość niczego” i polecam je wszystkim ludziom, którzy chcą być świadomymi obywatelami dzisiejszego świata (zabrzmiało dość górnolotnie, ale nie obawiajcie się) i wiedzieć, że prawdziwa wartość hamburgera w McDonaldzie to 200$. Nie będzie lekko, bo wnioski autora potrafią dobić, ale z prawdą trzeba się zmierzyć.

seria: Spectrum

Pomysł na prezent

Biorąc pod uwagę monotematyczność mego bloga wszyscy się domyślają jaki to prezent zaproponuję, liczę, że w obliczu uciekającego czasu zdesperowani konsumenci może zajrzą do księgarń. Aby ułatwić wam odpowiedzialne zadanie jakim jest mikołajowanie oraz nie narażać was na szaleńczy i stresujący  maraton między półkami, przygotowałam kilka książkowych propozycji, które mogą się sprawdzić pod choinką.

 Seks, narkotyki i czekoladaThe HelpTajna historia podstępu w czasie II wojny światowej

„Lala” Jacek Dehnel – dla babci, w końcu cała książka to niebywale czule przedstawiona historia rodziny, w roli moderatora babcia

„Niezłomna” Daphne Du Maurier – dla drugiej babci

„Córka Krwawych” Anne Bishop – dla wojujących feministek pragnących krwi i męskich ofiar

„Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery – dla wiecznych marzycielek o romantycznej naturze

„Kawałki żeńskie, męskie i nijakie” Stefania Grodzieńska – dla rodziców wsominających z rozrzewnieniem czasy PRL-owskich absurdów

„Portret Doriana Graya” Oscar Wild – dla metroseksualnych

Trylogia Arturiańska Bernard Cornwell – dla stróży prawa i porządku w naszym kraju z wzorowym Arturem za wzór

„Dama z jednorożcem” Tracy Chevalier – dla miłośników robótek

„Bez mojej zgody” Jodi Picoult – dla młodszych sióstr

„House Rules” Jodi Picoult – dla mam z zasadami

„Etyka dobrej roboty” Rochard Sennet- dla pracoholika

„Śmiech w ciemności” Vladimir Nabokov – dla kochanka

„Bez oręża” Zofia Kossak – dla pacyfistów

„Służące” Kathryn Stockett – dla służących, pokojówek, sprzątaczek i konserwatorów powierzchni płaskich

„Lato przed zmierzchem” Doris Lessing – dla oddanych kur domowych

„Seks, narkotyki i czekolada” Paul Martin – dla hedonistów

„Największe kłamstwa w historii” William Weir – dla oszukańców wszelkiej maści i polityków (to chyba to samo?)

„Filary ziemi” Ken Follett – dla architektów

„Tajna historia podstępu w czasie II wojny światowej” Jean Deuve – dla tajniaków

„Ostatni rejs Fevre Dream” George R. R. Martin – dla fanów „True Blood”

„Życie Pi” Yann Martel – dla miłośników survivalu

„Imperium Czerni i Złota” Adrian Tchaikovsky – dla entomologów

„Człowiek z wysokiego zamku” Philip K. Dick – dla znajomych nazistów i faszystów

„Tworki” Marek Bieńczyk- dla tych, którzy zaraz zwariują w całym tym przedświątecznym szaleństwie

Życie PiNiezłomna

Psychopatyczne korporacje

„Każda cywilizacja miała swoich przedsiębiorców i swoje rynki, ale współczesne społeczeństwo rynkowe zrodziło korporację, całkiem nowy wytwór człowieka, kierujący się chęcią zysku. w ciągu swej krótkiej historii korporacja zdążyła zdominować naszą planetę. W większości krajów korporacje określa się jako „osoby prawne” – mające te same prawa i obowiązki, co zwykli ludzie, choć nie są istotami z krwi i kości. Mark Achbar, Jennifer Abbot i Joel Bakan w świetnym filmie dokumentalnym „Korporacja” biorą tę prawniczą definicję dosłownie i zadają pytanie: „Jakiego więc rodzaju osobą jest korporacja?” Posługując się klasyfikacją zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DMS-IV) analizującą objawy, jakie towarzyszą różnym zaburzeniom, dochodzą do wniosku, że korporacje wykazują wiele cech typowych dla psychopatów. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zalicza psychopatów i socjopatów do wspólnej kategorii „antyspołeczne zaburzenie osobowości”. Przyjmuje się, że pacjent spełniający trzy z siedmiu wymienionych poniżej kryteriów cierpi na to zaburzenie:

1. Niezdolność do podporządkowania się normom społecznym opisującym zachowania zgodne z prawem, objawiająca się wielokrotnie dokonywanymi czynami stanowiącymi podstawę aresztowania.

2. Wielokrotne dopuszczanie się kłamstw, używanie pseudonimów przestępczych lub oszukiwanie innych dla zysku lub przyjemności.

3. Impulsywność, niezdolność planowania.

4. Skłonność do rozdrażnienia i agresja wyrażająca się w notorycznych bójkach i napaściach.

5. Brak troski o bezpieczeństwo własne lub innych.

6. Brak odpowiedzialności, wyrażający się niezdolnością do spełnienia wymogów zachowania w pracy zawodowej lub w dotrzymywaniu zobowiązań finansowych.

7. Brak poczucia winy wyrażający się obojętnością lub racjonalizacją wyrządzania krzywdy, szkodzenia i okradania innych.

Twórcy filmu ustalili, że korporacje naprawdę się tak zachowują.”

Raj Patel, Wartość niczego. Jak przekształcić społeczeństwo rynkowe i na nowo zdefiniować demokrację, Muza, Warszawa 2010

Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy, Olgierd Budrewicz

Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy, Olgierd Budrewicz, Świat Książki, Warszawa 2008

 Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy

Niniejsza książka została wspomniana przeze mnie w poprzednim wpisie dotyczącym „Równoleżnika zero”, będąc jeszcze pod jej urokiem tamtej zaczęłam czytać kolejną pozycję z dorobku Olgierda Budrewicza, czyli „Cudotwórców, kapłanów, hochsztaplerów”. Publikacja jest zbiorkiem (160 stron plus kolorowe zdjęcia) reportaży dziennikarza zgromadzonych przez większy kawałek życia tegoż.

Autor serwuje nam przyspieszoną wycieczkę po religiach, obrzędowych obyczajach, miejscach kultu, fetyszach, tabu itd. Zaczynamy w Brazylii, przecinamy Indie, zahaczamy o Afrykę, Teksas, Finlandię, Szwajcarię. Pisarz przedstawia nam też zarysy sylwetek niezwykłych osobowości takich jak Jan Kazimierz Korwin-Krasiński czy Stanisław Szukalski. Jednak wszystko to pisane jest w ogromnym skrócie, ledwo pobieżnie omówione, naszkicowane. Dziennikarz był w tylu miejscach, poznał ogrom ludzi, zobaczył kawał świata – a jakoś tego wszystkiego w tej książce się nie czuje. Czyta się z pewną dozą ciekawości, lecz ledwie wciągniemy się w jakiś temat, zaczynamy zastanawiać się, już szczodry varsavianista obdarza nas inną przygodą. Do tego jest spory rozstrzał w czasie powstawania kolejnych notatek z podróży, niektóre z lat sześćdziesiątych XX wieku, inne już z XXI.

To nie artykuły, tylko mini-artykuły, zapiski, spisane ciekawostki. Myślę, że autor nie poświęcił tekstowi wystarczająco dużo uwagi, spodziewałam się stylu, który zaserwował w „Równoleżniku zero”, tego języka i poczucia humoru. Spostrzegawczości odmówić mu nie można, ale w porównaniu z poprzednio przeczytaną przeze mnie publikacją ta wypada naprawdę blado, wręcz kiepsko. Dalej, pomimo wydawałoby się ściśle narzuconego, tytułowego tematu, panuje tu chaos. Myślę, że przed każdym kolejnym artykułem powinna być data jego powstania, co by można spojrzeć i mieć jasną sytuację, a tak wgłębiamy się w tekst, nie wiedząc czego się spodziewać.

Jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju, książka jest wydana z pozorną starannością, a stwierdzam to po obejrzeniu zdjęć w niej zamieszczonych, jestem amatorem w tej materii, ale uważam że wydawnictwo mogło się lepiej postarać i zatrudnić kogoś do przeprowadzenia obróbki kolorowych fotografii gdyż ich jakość jest fatalna (do czarno-białych nic nie mam). Jak już coś robić to profesjonalnie. Fotki mogłyby jeszcze lepiej współgrać z treścią gdyby wykorzystano ich potencjał, w końcu nie jest to wydanie kieszonkowe.

Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz

Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz, Wydawnictwo NAukowe PWN, Warszawa 2010

 Równoleżnik zero

Dawno, dawno temu kupiłam książkę „Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy” Olgierda Budrewicza, która do zeszłego tygodnia kurzyła się na jednej z moich półek. Po prostu, po przeczytaniu „Równoleżnika zero” zapragnęłam natychmiast zapoznać się z kolejną książką tego autora.

Opisywany przeze mnie reportaż został wydany po raz pierwszy w 1965 r. i traktuje o pierwszej wyprawie dziennikarza na Czarny kontynent, szlakiem Josepha Conrada, pokonując łajbą dopływ Konga. Pisarz przebywał w obu Kongach (Leopoldville i Brazzaville) oraz Burundii i Rwandzie. Można zadać sobie pytanie czy warto ponownie wydawać po tylu latach reportaż, który na pewno trochę się zdezaktualizował, mamy w końcu XXI wiek, komórki, internet i takie tam. Z drugiej jednak strony zaobserwowałam ostatnio właśnie taki trend aby wypuszczać na rynek starannie wydane reportaże z przed lat, takie z klimatem, niektóre wręcz z zamierzchłych czasów reportażu (XIX wiek!). Tak, czasy się zmieniły, ale czy ludzie też?

Dosłownie wsiąkłam w tą książkę, styl, język autora, podane informacje, przywołane anegdotki – podobało mi się wszystko. Myślę, że pisarz wychodzi daleko poza zwykłą relację z podróży, uświadamia czytelnikowi, że w trakcie podróżowania trzeba „przestroić nawyki myślenia”.

„Europejczyk, oczywiście, od pierwszej chwili pobytu w Afryce przykłada do oglądanych rzeczy swoją prywatną, europejską, ciasną miarkę. Zresztą – bądźmy sprawiedliwi – trudno, bardzo trudno, przestroić nawyki myślenia, znaleźć właściwy klucz do zrozumienia odmiennej rzeczywistości.”

 Razem z pisarzem wkraczamy w „wywatowaną monotonię” „wyprażonego, ociężałego, spleśniałego, mokrego dnia” na Czarnym Lądzie. Jeśli jeszcze nie poczuliście klimatu:

„Duszący, gęsty, lepki wieczór w Brazzaville. Nie drży ani jeden listek. Nie oddycha nic, co żywe. Ściemniło się już dawno, a wszystko czego tknąć, parzy.

Ludzie siedzą jak figury woskowe, bez gestu, bez słowa. Miasto zapadło w stan kataleptyczny, trwa z oczami w słup, z rozcapierzonymi palcami.

Ściany mojego pokoju piszczą. Są nasycone owadami i robactwem, które oczekuje stosownej chwili do ataku.”

Tekst nie pozbawiony jest swoistej zgryźliwości, delikatnego ostrza ironii, krytycznych uwag odautorskich. To pisze osoba świadoma ludzkich ułomności, niesprawiedliwości, dzikości rodzaju ludzkiego i samej natury. Spostrzegawczość znanego varsavianisty pozwala mu na wyciąganie ciekawych wniosków, potrafi wniknąć głębiej w polityczne zależności i machinacje  ukazując nam okrutną rzeczywistość. Autor bezlitośnie rozprawia się z typową dla Europejczyków bufonadą, zadzieraniem nosa, wyśmiewa „paraliż” cywilizacji.

„Europa dała Afryce ramę do swego obrazu. Narobiono więc w ostatnich latach ministrów, generałów i burmistrzów, którzy jeżdżą samochodami, noszą krawaty, odwiedzają Paryż i Nowy Jork. Ale większość z nich po cichu wcina maniok, siedzi na ziemi i ma po kilka żon. Europejska rama – afrykańska treść.”

No i wreszcie, opisuje samych mieszkańców kontynentu, plemiona z jakimi się zetknął, ich zwyczaje. Równie interesująco przedstawia przedzieranie się przez dżunglę w towarzystwie Pigmejów, polowania na krokodyle ze Stanisławem Hemplem, wojny targające poszczególnymi państewkami,  wszystko to w czarowny sposób i w dodatku z domieszką dowcipu.

„Kiedy brałem w dłonie parokilogramową koniczynę wielkiego kłapoucha, przyglądający się temu czarni i biali osobnicy musieli doznać dziwnego uczucia; choć ubrano mnie w starte traperskiełachy, nie zdołano pozbawić reakcji spacerowicza z Alei Ujazdowskich – wyglądałem chyba groteskowo.

 – No, co się tak patrzysz, przecież nie gryzie. Chcesz to zabrać do Warszawy?

Nie byłem nigdy właścicielem słoniowej nogi. Poczułem się od razu bogaty. Oczyma wyobraźni zobaczyłem nogę na honorowym miejscu w swoim pokoju. Na wszelki wypadek wezbrałem dumą – prawdziwa noga przwdziwego slonia! Tego na Koszykach nie sprzedają!”

 Co do samego wydania to muszę powiedzieć, że PWN trzyma fason, minimalistyczna, twarda okładka, porządnie zszyte strony, czarno-białe zdjęcia w środku, cóż na wyprawę do Afryki książki nie weźmiemy, ale na półce będzie prezentowała się naprawdę ładnie.

seria: Odkrywanie świata

Kobiety w średniowieczu – część 1

Wiem, to temat rzeka, ale mam ochotę na małe podsumowanie z kobietą w roli głównej, a że ostatnimi czasy czytam sporo powieści z akcją w średniowieczu, to się trochę rozpiszę. Pod uwagę biorę głównie pisane współcześnie powieści, pamiętając jednak o średniowiecznych dziełach.

Mężczyźni wojowali, dzierżyli władzę w zamkach, a białki przy dziatkach siedziały, strawę szykując – czy na pewno? Po przeanalizowaniu poszczególnych powieści stwierdzam, że ich autorzy z upodobaniem obdarzają owe białogłowy cechami agentów wywiadu, feministycznych bojowniczek, niezależnych i prujących do przodu niczym torpedy. Nie wiem czy to dlatego, że nie dość wczuwają się w atmosferę wieków średnich czy specjalnie burzą nasze wyobrażenia. Mało tu potulnych i cichych myszek, aż roi się od uroczych kusicielek, niezależnych kobiet roszczących sobie prawo do samowolnego decydowania o własnym losie.

JohnWilliam_Waterhouse_tristan_and_isolde

„Tristan i Izolda” – on, a zaraz za nim ona, oczywiście piękna i jasnowłosa, do tego ryzykantka – kusiła los spotykając się z Tristanem. Niby przedstawiona dość standardowo bo „…Kobieta zmienia sie z każdą godzina, w tej samej chwili śmieje sie, płacze, kocha, nienawidzi.”, ale zdolności odnalezienia się w każdej sytuacji pozazdrościł by jej niejeden agent wywiadu. Nomen omen ciekawą wersję tego mitu przedstawia Cornwell w drugiej części Trylogii Arturiańskiej „Nieprzyjaciel Boga”. Tristan ucieka z królestwa swego ojca z młodą macochą i połową skarbca, któż by go winił. Izolda jest  bardzo młoda i śliczna, a trochę złota się przyda, a jak tu się dziwić dziewczynie, że wolała młodszego? Koniec historii nie jest już taki przyjemny, młódka ginie na stosie, a książę w pojedynku, tu tragedia tkwi w przedwczesnej śmierci młodych, przy ich jednoczesnej ogromnej wierze w życie.

Krzyżowcy tom 2 Król trędowaty Bez oręża

„Krzyżowcy” – powieść, z której tematy i motywy po prostu się wysypują, napisana przez kobietę i może przez to nie pozbawiona swoistej ironii obejmującej bohaterki.   W Clairmont, w rozbudzonym religijnym zapale kobiety ślubują wraz z mężczyznami udać się do Ziemi Świętej. Po co białogłowy rycerzom w długiej drodze?  Białogłowy gotują, pilnują służby, znoszą trudy uciążliwej wędrówki itd. Jednym słowem przeżywają gorzkie rozczarowania, nie tak miało być. Trudy podróży, waśnie, tłumione namiętności i wieczna pogoń rycerzy  za niewiernymi hartują europejskie damy, które dostąpiły zaszczytu bycia nazywanymi Krzyżowcami. Gdy w obozie krzyżowców robi się gorąco a jedna z kobiet zostaje oskarżona, jej los całkowicie spoczywa w rękach oskarżyciela. Ale czy rzeczywiście niewinna białogłowa nie miała wyboru? Dumna dziewoja popełnia samobójstwo a rycerz zostaje okryty niesławą.

Śluby złożone w Clairmont sprawiają, że zakuci mężczyźni po raz pierwszy spojrzeli na swe towarzyszki z pewną świadomością. Oczywiście woje są zbulwersowani pierwszymi nieśmiałymi próbami swych rodaczek w tworzeniu zalążka niezależności, jednak to nie zmienia faktu, że coś tam do nich dotarło, przynajmniej do niektórych.

„Król trędowaty” – ach, jaka tu różnica w postawie kobiet, jednakże ich obraz tutaj wypada na niekorzyść nich samych. W królestwie Jerozolimskim białogłowy już zdołały wyrobić sobie wygodną pozycję, wtrącają się gdzie mogą, kręcąc noskami i nie patrząc poza ich pięknymi czubkami. Trzeba im oddać trochę sprawiedliwości, jerozolimskie księżniczki są pewne siebie, żądne przygód i romansu, ale z drugiej strony krótkowzroczne, płoche i płytkie. Nieźle mącą i utrudniają, a do tego wszystkiego chcą decydować o samych sobie i mieć prawo wyboru męża. To już bezczelność. Zwłaszcza, że ich zamorskie, europejskie sąsiadki ledwo śmią oczy znad robótki wznieść na mężczyznę, co dopiero mówiąc o wtrącaniu się do polityki państwowej.

„Bez oręża” – tu mamy jedną bohaterkę, która wybija się nad inne postacie kobiece – Blanka, kobieta zamężna (mąż naiwniak, pozwala by żona go zdradzała i pałętała się po świecie), mająca za sobą lata pierwszej młodości (45 lat), niezwykle dumna i stanowcza. Bohaterka wdaje się w romans z Janem z Brienne, który zostaje królem Jerozolimy. Brutalnie rozdzieleni nie pozwalają wygasnąć uczuciu, Blanka gna do samej Jerozolimy z Europy, pod pozorem wypełnienia ślubów pielgrzymki i opieki nad synem, który miałby brać udział w krucjacie. Moc tego romansu jest tak ogromna, że oboje bez pamięci oddają się uciechom, przez co Jan traci możliwość dowodzenia wyprawą krzyżową i nić porozumienia z żoną, Marią Jerozolimską.  Wątek miłości był tu pretekstem autorki dla ukazania konfliktu jaki może się wytworzyć pomiędzy poczuciem obowiązku, tego co słuszne, a oddawaniem się własnym pragnieniom. Jak zresztą w poprzednim tomie Kossak, gdzie zbuntowana księżniczka wzięła sobie za męża przystojną ofiarę losu, która całkowicie nie nadawała się na tak odpowiedzialne stanowisko, tłumacząc, że on tak ślicznie w koronie będzie wyglądać.

Trylogia Arturiańska – tak, tu legendarna Ginewra budzi niechęć, ale porzućmy uprzedzenia by przyjrzeć się jej z bliska. Przede wszystkim jest ruda i wredna, ale wzbudza podziw mężczyzn. Feministki mogłyby chodzić do niej na wykłady z rzucania władczych spojrzeń, jeśli chodzi o spiskowanie to nie najlepiej na tym wychodzi, można powiedzieć, że nawarzyła sobie kaszy, ale jak już się posmuci to znowu oplącze Artura. Co pociąga tego praworządnego króla w tej kobiecie? Ginewra rozumie swojego męża i umie to wykorzystać, jest kobietą inteligentną i ambitną, i gdyby nie zbytnia wiara w możliwości bogini Izis kto wie gdzie by zaszła. Świetnie odnajduje się na placu boju, ma dobre pomysły i nie grzeszy tchórzostwem.

Queen Guinevere's maying John Collier

Kolejną ciekawą postacią jest tu Nimue, wychowanka Merlina, jego uczennica i kochanka a więc druidka pełną gębą. Twarda sztuka, silna i bezlitosna, krocząca na granicy szaleństwa, opętana myślą przywrócenia dawnym bogom Brytanii. Żadna wyprawa w imię wyższego celu jej nie straszna, chwyci się każdego fortelu, manipuluje bliskimi z zimną krwią. Jak powiedział Merlin „Jeśli kobieta czegoś chce to to, dostaje” – ta na pewno. 

Nie mogę nie wspomnieć to o ukochanej kronikarza, Derfla Cadan. Tu właściwie bez sensacji, co prawda to księżniczka i do tego piękna, ale posłuszna swemu towarzyszowi życia. Tylko raz w ciągu swego całego życia postanowiła się zbuntować więc w noc uroczystości zaręczynowych nie poszła za Lancelota tylko wybrała owego skromnego Derfla. Fakt, że to były jej czwarte (albo trzecie, głowy nie dam) zaręczyny, więc pewnie się biedaczce powtarzanie tego widowiska znudziło, wolała żyć na kocią łapę z wiernym jej wojownikiem, niż lalusiem o podejrzanej reputacji i naciąganej sławie.

Małgorzata Burgundzka„Król z żelaza” – dwie księżniczki, Małgorzata  i Blanka Burgundzka nieźle napsuły krwi swoim koronowanym mężom. Dziewczyny znudzone dworskim życiem zabawiały się z kochankami zapewniając przy tym zajęcie szpiegom i kapusiom. Za rozkosze zapłaciły odsiadką w wieży Nesle z ogolonymi głowami. Niewierne żony narobiły wstydu wiernym mężom, dla przyszłej królowej Francji, Małgorzaty wyrok stał się oczywisty gdy król zapragnął nowej, wierniejszej małżonki. Co do samej Blanki, to ta mogła wreszcie po kilku latach opuścić więzienie żywa. W powieści Druona dochodzi nawet do ponownego spotkania Blanki i Karola Francuskiego.

Źródła zdjęć: Wikimedia Commons