Tristan 1946, Maria Kuncewiczowa

Tristan 1946, Maria Kuncewiczowa, Mozaika

 Tristan 1946, Maria Kuncewiczowa

Moją ulubioną książką Marii Kuncewiczowej jest „Cudzoziemka” i raczej tak pozostanie, może po prostu „Tristan 1946” nie do końca wpisał się w moje oczekiwania. Pisarka sięgnęła po znaną legendę o Tristanie i Izoldzie by przenieść ich losy w powojenną rzeczywistość prozy psychologicznej.

Michał Gaszyński, który przybywa ze zniszczonej okupacją Warszawy do Anglii, jest jak książe z innej bajki. Nie umie odnaleźć wspólnego języka z matką, która uciekła z Polski na początku wojny i próbuje teraz nawiązać jakąś nić porozumienia z synem. Ten młody człowiek doświadczony wojenną traumą jest pełen sprzeczności, ba, ociera się o chorobę psychiczną. Były powstaniec, mężczyzna swoich czasów, rycerz z gitarą. Mieszanka okaleczonej osobowości, młodości, głupoty i dobrych chęci. Poznaje Irlandkę Kathreen, Kasię, i „by ratować człowieka” (dziewczyna była bardzo niezadowolona ze swojej życiowej sytuacji) zawozi ją królowi profesorów w Kornwalii nie rozumiejąc, że Kasia jest zadurzoną w nim kobietą, a nie człowiekiem, który potrzebuje pomocy. W ten sposób młoda Izolda wychodzi bogatego profesora – króla Marka, cóż jednak z tego, gdy na wspólnym wieczorze u mamy bohatera budzi się miłość naszej pary i zdrada małżeńska zostaje popełniona. Taka z nich nowoczesna para kochanków, która zamiast do lasu moreńskiego ucieka do Londynu. Jednak po początkowym okresie błogiego szczęścia para zaczyna borykać się z szarą codziennością, odpowiedzialnością, rachunkami do zapłacenia. Wzajemne niezrozumienie narasta, plączą się ich wzajemne pretensje, oczekiwania, o których nawet sobie nie mówią i w końcu Izolda wraca do męża, a Tristan udaje się za wielką wodę do Ameryki. Każde z nich tęskni niemożebnie i wygląda listu od tego drugiego i tak dalej.

Dla mnie najlepiej poprowadzonym wątkiem był związek, a właściwie jego brak, syna z matką. Wydarzenia, które odbiły się na jego psychice nie ułatwiały tym dwojgu niczego. Wydaje mi się, że autorka dobrze opisała te niuanse matczyno-synowskie bez niepotrzebnego sentymentalizmu a z dużą dozą wyczucia. Kobieta, która po latach ma okazję wreszcie spotkać swego syna, nieśmiała, delikatna i trochę tchórzliwa, próbuje odbudować związek z dzieckiem już dorosłym, narwanym i zakochanym. Perypetie Tristana i Izoldy nie wydały mi się już takie interesujące, sam pomysł jest ciekawy, historia pozostaje  prawie niezmieniona mimo upływu wieków. On i ona już na zawsze będą związani, nigdy się od siebie nie uwolnią, mimo iż każde z nich odnajdzie swoją drogę ku przyszłości.

„Bajki są oczywiście wymysłem dekadentów, którzy przez strach i lenistwo uciekają od dojrzałości w sztuczne dzieciństwo, podczas kiedy prawdziwe dzieci uwielbiają bawić się serio, nudno w dorosłych.”

„Cudze nieszczęście wzrusza, kiedy samemu się jest nieszczęśliwym.”

Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Rafał Tomański

Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Rafał Tomański, MUZA, Warszawa 2011

Tatami kontra krzesła, Rafał Tomański 

 

 Przeczytałam całkiem sporo książek o Japonii wydanych na polskim rynku i wydaje mi się, że Rafał Tomański powielił w swojej, wiele obiegowych opinii oraz spraw szeroko już omawianych w innych publikacjach, ale myślę, że tłumaczy go swoista encyklopedyczna forma publikacji. Autor starał się na pewno poruszyć większość tematów mogących zainteresować potencjalnego czytelnika. Nie boi się też żadnych tematów i śmiało opowiada o nawykach Japończyków, które standardowego Europejczyka mogą bulwersować lub mocno dziwić. Stara się wytłumaczyć stosunek tego narodu do seksualności, odpowiedzieć na pytanie dlaczego młode Japonki tak rzadko zmieniają majtki i potwierdza istnienie automatów z używaną bielizną.

Co mnie ujęło to szczerość autora i jego autentyczne próby zrozumienia japońskiej duszy. To nie jest książka pisana na zasadzie veni, vidi, vici – przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. To lata fascynacji językiem, kulturą i ludźmi, które przełożyły się na niezwykłe doświadczenie. Tomański posłużył się japońskimi zwyczajami, językiem, kulturalnymi ciekawostkami, różnymi narodowymi śmiesznostkami by przybliżyć czytelnikowi skomplikowany i pokrętny charakter narodowy Japończyka. 

Próbując dotrzeć do istoty japońskości, korzystałem przede wszystkim z metodologii Alfa, czyli przyjeżdżam, patrzę, słucham i segreguję w głowie informacje, żeby jak najlepiej zrozumieć nowe miejsce. Następnie konfrontuje je z tym, co kiedyś przeczytałem, obejrzałem, albo dowiedziałem się od moich japońskich profesorów.

Ta książka to coś w rodzaju mini rozmówek przydatnych w podróży. Nie aspiruje do kategorii aspirująca monografia, nie ma na celu naukowego dowodzenia poruszanych teorii. jest to książka dla tych, których Japonia fascynuje.” 

Gdy dodam do tego jeszcze, że „Tatami kontra krzesła” czyta się przyjemnie, pisarz nie szczędzi żartów i ciekawostek, nie wdaje się w zawiłe wyjaśnienia, to mogę ją z czystym sumieniem polecić dosłownie każdemu zainteresowanemu Krajem Kwitnącej Wiśni.

„Bardzo dokładnie widać ci majtki”

O japońskich gestach:

*”Kiedy Japończyk chce pokazać, że coś lub ktoś bardzo mu się podoba, przykłada palce do nosa i po chwili szybko je odsuwa, pokazując, że z nosa leci mu krew. Chodzi o tak wielką ekscytację, że nie można pohamować swoich emocji. (…)

Niektóre gesty są dla obcokrajowców dość mylące. Kciuk uniesiony w górę oznacza w Japonii „to mój chłopak!” („to moja dziewczyna” to mały palec skierowany do góry.). Palec wskazujący zagięty w haczyk, którym normalnie kogoś się przywołuje do siebie, w Japonii oznacza drobnego złodziejaszka ze sklepu. Doskonale znane w Polsce uderzenie kantem dłoni w szyję oznacza w Japonii „zwolinili mnie”, ponieważ po japońsku „zostać zwolnionym” brzmi dosłownie jak „stracić szyję (kubi ni naru).

bardzo zabawny zestaw gestów składa się z czterech ruchów: klaśnięcia, znaku V, kółka z palców (jak nasze OK) i przyłożenia dłoni nad oczami, co wymawia się odpowiednio: pan (klap-klap), tsu (czyli zniekształcone po japońsku two), maru (całkowicie, bardzo), mie (widać) znaczy zaś: „Bardzo dokładnie widać ci majtki”.

 **O ruchu lewostronnym:

„A czemu lewą? Odpowiedź jest bardzo prosta: samurajowie nosili miecze przy lewym boku i poruszając się po zwyczajnej dla nas prawej stronie drogi, ryzykowaliby przypadkowe zaczepianie się mieczami. A to oznaczałoby kłopoty i konieczność walki. Żeby sobie tego oszczędzić, wprowadzono ruch lewostronny i tak zostało do dziś.”

*,** „Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii” Rafał Tomański, MUZA, Warszawa 2011 

Tatami kontra krzesła, Rafał Tomański

Warszawa kryminalna, Helena Kowalik

Warszawa kryminalna, Helena Kowalik, Muza, Warszawa 2010

 Warszawa kryminalna, Helena Kowalik

„Warszawa kryminalna” to zbiór reportaży sądowych z najbardziej znanych procesów ostatniego dziesięciolecia. Wszystko to ma tworzyć swoistą panoramę charakterystycznych stołecznych przestępstw, piszę to na wypadek gdyby ktoś nie zauważył morderczych zamiarów Syrenki na okładce i ociekających krwią aktów sądowych.

Właściwie, to z zaskoczeniem odkryłam, że książkę czytało mi się całkiem szybko i niektóre z opisanych spraw mnie wciągnęły. Publikacja podzielona jest według typów popełnionych przestępstw, mamy więc oskarżonych w białych kołnierzykach, zabójstwa i zbrodnie popełnione dla pieniędzy czy z polityką w tle. Do tego kilka spraw dotyczących polskiej mafii ze skruszonymi gangsterami, zdrajcami i mafijnymi bossami. Sfałszowane testamenty, lekarze oskarżeni w wyniku intrygi politycznej, kochające prostytutki – tylko przebierać. Jak pisze sama Helena Kowalik jej perspektywą w trakcie kilkuletniego gromadzenia materiałów do publikacji był widok z ławy dla publiczności w sali rozpraw, na korytarzu sądowym, przy stoliku z aktami w sekretariacie wydziału karnego oraz w pokoju widzeń aresztu. Wybrany przez autorkę materiał jest rzeczywiście różnorodny, pisarka podaje nie tylko przykłady tych najgłośniejszych spraw dotyczących najwyższych stołków i ogromnych pieniędzy ale i przedstawia nam nieszczęścia prostych ludzi. Osobiście dla mnie najciekawsze okazały się nie opisane przez Kowalik sprawy, ale realia polskiego sądownictwa. Każda ze zbrodni przedstawiona jest na tyle dokładnie, że czytelnik ma szanse poznać jej okoliczności, motywy przestępców i wreszcie wymierzoną karę oraz dalsze losy pokrzywdzonych. Takie poprowadzenie historii sprawiło, że miałam możliwość zastanowienia się nad polskim wymiarem sprawiedliwości, zainteresowało mnie w jaki sposób sędziowie usprawiedliwiają swoje wyroki. Rozumiem, że trudno jest mówić o karze adekwatnej do popełnionego przewinienia, a temat sprawiedliwości jest niezwykle ważki, ale właśnie ta możliwość oglądu niektórych ze spraw pozwoliła mi na wysnucie jakichkolwiek wniosków.

Z wymienionych procesów sądowych, jako mola książkowego zainteresował mnie ten, który wyjaśnił mi dlaczego wznowień książek Jasienicy nie było przez tak długi czas, mimo ogromnego popytu. Córka pisarza procesowała się z Markiem Obretennym, synem Zofii Obretenny-Beynar, która według powódki była niegodną dziedziczenia po mężu. Odkąd poznała Pawła Jasienicę, aż do jego śmierci, szpiegowała go jako TW (tajny współpracownik) Ewa-Max, pisała na niego raporty do UB. „Konsekwencją takiego stanowiska córki pisarza jest  odmowa podpisywania z Markiem Oberetennym umów wydawniczych na wznowienie książek Pawła Jasienicy. Oto powód tego, że twórczości historyka od lat nie można było spotkać w księgarniach.”

Książkę Heleny Kowalik kończy zapis rozmowy profesora Gierowskiego, naukowca i biegłego sądowego, z sędzią Barbarą Piwnik, których autorka poprosiła o wizerunek Warszawy kryminalnej na szerszym tle.

 Publikacja na pewno zainteresuje miłośników W11 czy może fanów kryminałów, w końcu życie pisze często o wiele bardziej niewiarygodne scenariusze niż sami pisarze.

Kiedy bogowie umierają, C. S. Harris

Kiedy bogowie umierają (When Gods Die), C. S. Harris, przełożyła Marta Kleinrok, Red Horse, 2009

 Kiedy bogowie umierają, C. S. Harris

Główny bohater książki C. S. Harris to Sebastian St. Cyr, wicehrabia Dewlinu, oddany sprawiedliwości „self-made” konstabl. Jest mężczyzną dość młodym i przystojnym, „o dzikim spojrzeniu zwierzęcia” (rety!), widzącym w ciemnościach szlachcicem, którego coraz bardziej wciągają niebezpieczne zagadki kryminalne. Akcja powieści rozpoczyna się w roku 1811, w okresie regencji księcia Jerzego, w dodatku w jednej z jego komnat w Brighton, gdzie głowa państwa zostaje przyłapana w niedwuznacznej sytuacji z piękną, a do tego martwą kobietą. Aby oddalić podejrzenia od koronowanej głowy poplecznik Jerzego do akcji włącza Sebastiana, który tym skwapliwiej przystępuje do działania, że na szyi zamordowanej rozpoznaje naszyjnik swej nieżyjącej matki. Sprawa coraz bardziej się komplikuje a ilość podejrzanych rośnie. Razem z naszym detektywem-amatorem odwiedzamy trudnodostępne salony klas wyższych oraz śmierdzące zaułki Londynu pełne biedoty i podejrzanych typów i nie takie niedostępne dla młodego szukającego guza zapaleńca. Przy czym nieostrożna działalność bohatera zaczyna wzbudzać podejrzenia różnych środowisk i on sama pada ofiarą licznych ataków na swoje życie. Zdolny młodzieniec wykazuje niezwykłą gorliwość i wytrzymałość, a żyć ma tyle co kot (około 7), nic nie jest w stanie go wykończyć, przy czym on sam wcale nie oszczędza innych.

W swej książce autorka przeciwstawia świat brudnej arystokracji i czystych duszyczek sfery uboższej opierając się na prostych, silnych kontrastach. Bo najokrutniej wypadają tu sfery wyższe, tam grzebane są brudne sekrety, choć tak by nie ubrudzić wymanikiurowanych dłoni, w sercach czai się nienawiść, pragnienie śmierci i nieposkromione żądze. Bohaterowie z plebsu stanowczo lepiej tu wypadają, szczerze kochająca aktorka Kat, zawsze gotowa wspierać ukochanego Sebastiana, wierny foryś Tom, który zrobi wszystko dla swego pana, oddana pokojówka martwej już lady itd.

Pisarka sprawnie wykorzystuje schematy literatury popularnej, stara się wciągnąć czytelnika w akcję prowadzonej przez siebie historii kończąc każdy z krótkich rozdziałów mocnym, zaskakującym akcentem, co by czytelnik nie mógł tak lekko odłożyć powieści. Myślę, że do tła obyczajowego i historycznego Harris podeszła ze skrupulatnością, mamy wiele dziewiętnastowiecznych smaczków. Do tego autorka dodaje odrobinę magii wprowadzając historię tajemniczego naszyjnika, który sam odnajduje swoich nowych właścicieli. „Kiedy bogowie umierają” to drugi tom już siedmioczęściowego cyklu cieszącego się sporą popularnością, taka lekka lektura na wolny wieczór.

English Passengers, Matthew Kneale

English Passengers, Matthew Kneale, Penguin Books

 English Passengers, Matthew Kneale

Już nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam tak dowcipną, intelignetną i prowokującą do myślenia powieść historyczną. Brutalny brytyjski imperializm stał się przyczynkiem do tak świetnej książki.

 W 1857 r. kapitan statku Illiam Quillian Kewley zostaje przyłapany na szmuglu kontrabandy i w wyniku finansowych problemów zostaje zmuszony do dorobienia sobie na pasażerach, których normalnie nie zabiera ze względu na swą podejrzaną działalność. Na swoje nieszczęście trafia się mu angielska wyprawa odkrywcza z ekscentrycznym wielebnym Geoffreyem Wilsonem na czele. Ten przyrodnik z zamiłowania, wierzy, że w Tasmanii odnajdzie co najmniej Eden. Do tego wśród pasażerów znajduje się doktor Thomas Potter, który pracuje nad swoją teorią ras ludzkich i ma nadzieje na owocne badania i ciekawe „okazy”  na dalekich lądach. I tak w oprócz  naszych naukowców poznajemy jeszcze wspomnienia Peevaya, tasmańskiego aborygeńczyka, którego oczami poznajemy szczegóły brytyjskiej inwazji. Jak pisze Matthew Kneale ta postać miała mieć podwójne znaczenie –  „My intention was to portray someone intelligent and interested in words, who is from a culture wholly remote from that of white men but has been educated by them.”

Wypowiedzi tego bohatera naprawdę dają do myślenia.

„Truly it was a mystery to confuse how they could ever kill all my ones and steal the world, or even why they wanted it, as it was no place they could endure. Why, they couldn’t live here just alone but had to carry some Hobart Town with them hither and thither. „

Zażarte kłótnie doktora i wielebnego ożywiają konflikt pomiędzy ewolucjonistami a kreacjonistami, który tak wrzał w połowe XIX wieku. Teoria Willsona o „boskim zamrożeniu” („Theory of Divine Refrigeration”) i jego wiara, że Eden może być tak po prostu odnaleziony w Tasmanii, jest parodią dziewiętnastowiecznych prób aby wykorzystać geologię do udowodnienia prawd zamieszczonych w „Biblii”. Ale z drugiej strony, czy dochodzenie Pottera w sprawie różnorodności i natury ludzkich ras jest bardziej poważną, naukową teorią? Obaj ci bohaterzy są przykładem igrania ze stereotypami przez pisarza, diabelskiego naukowca zdolnego do niemoralnych czynów w imię nauki i totalnie irracjonalnego fanatyka religijnego. Idąc dalej pomysły na cywilizowanie dzikiego szczepu aborygenów przez Brytyjczyków są niebotycznie niemądre, tak samo zresztą jak założenie obozu karnego dla byłych skazańców.

Kapitan Illiam Quillian Kewley jest tu moim absolutnym faworytem. Stary irlandzki wyjadacz i szmugler wnosi do tej historii sporą dawkę dobrego humoru. Jego próby pozbycia się felernego ładunku to temat na oddzielną recenzję, w dodatku biedny kapitan ma bez przerwy pecha, postać ta wzbudza natychmiastową sympatię u czytelnika.

Jestem pełna podziwu dla autora, który tak dobrze umiał zbalansować wszystkie elementy swej historii, np. sama wyprawa naszych „naukowców” w głąb dżungli jest po trosze farsą, a po trosze przerażającą i dramatyczną opowieścią.

Mamy tu całą galerię niezwykłych, barwnych i oryginalnych postaci, których oczami poznajemy koleje losu kolonizacji Tasmanii, statku Sincerity oraz jego załogi i pasażerów. Mimo tak wielu bohaterów historia ani przez chwilę nie jest nudna, a kolejne postaci nawet się nie plączą (ponad 20), autor całkowicie wykorzystał możliwości jakie dała mu tak różnorodna paleta mieszkańców globu i do końca utrzymuje wysoki poziom. Każda z postaci posługuje się swoistym językiem, jest wiarygodna i niebanalna. „Angielscy pasażerowie” to świetnie wystylizowana historia na powieść przygodową w starym stylu, z morską wyprawą w tle. Pisarz doskonale posługuje się tradycyjnymi schematami, nadając nowe znaczenie wypróbowanym wątkom i kpiąc w żywe oczy.

Mądra powieść gwarantująca doskonałą intelektualną rozrywkę z przymrużeniem oka. Nie sposób tu wymienić wszystkich wątków i podjętych tematów, zresztą to zostawiam innym czytelnikom.

Z pamiętnika niemłodej już mężatki, Magdalena Samozwaniec

Z pamiętnika niemłodej już mężatki, Magdalena Samozwaniec, WAB, Warszawa 2009

 Z pamiętnika niemłodej jujż mężatki, Magdalena Samozwaniec

Kiedyś czytałam „Marię i Magdalenę” Samozwaniec i pozostało mi po tej lekturze uczucie lekkiego niedosytu, wsparte niezwykle przyjemnym w odbiorze stylem tej pisarki. „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” to publikacja, która przypomniała mi o tej niezwykłej autorce i naładowała pozytywną energią. Książka została niedawno opublikowana po raz pierwszy, Rafał Podraza odnalazł dość luźne zapiski pisarki. Trudno więc tu mówić o spójności, to naprawdę bardzo różnorodne teksty, ale wszystkie łączy urokliwy sentyment i dowcip autorki.

Podjęte tutaj tematy są naprawdę różnorodne, niektóre błahe, inne bliskie sercu Magdaleny Samozwaniec. Mamy ty pełne miłości i ciepła szkice o członkach jej rodziny, ukochanej siostrze, która nie zawsze była taka kochana, o tacie – Rotmistrzu, który nie chciał być nazywany mistrzem, gdyż była to według niego nazwa zarezerwowana w Polsce dla kata. Te niezwykle czułe wspomnienia o bliskich przesycone są humorem i ogromną tęsknotą. Co lepsze, pisarka nie pomija milczeniem wad swoich bliskich, przywołuje ciekawe anegdotki, nawet te kompromitujące i śmieszne. Dalej mamy opisy niezwykłych person odwiedzających Kossakówkę, przyjaciół, narzeczonych, Boy-Żeleński, Jacek Malczewski i jego aptekarska żona, Fałat, Styka.

Nie zbrakło też miejsca dla samego Krakowa, choć nie wyłania się z tych opisów pochlebny obraz miasta, to na pewno fascynujący dla dzisiejszego czytelnika. „Ciemnogród”, który zdaniem autorki ożywiał się w trakcie pogrzebów. Pisze o bezwzględności śmietanki towarzyskiej, wprowadzaniu panien na salony, krakowskich skandalistach.

Czytając książkę możemy sobie porównać dwie epoki, wspomnienia Samozwaniec dotyczą zarówno czasów przedwojennych jak i po. Ona sama dokonuje kilku małych syntez, zestawia obyczaje, sposoby wychowania dzieci, przedstawia małe rewolucje. Podobało mi się to, że na czasy swojej młodości nie parzy „przez różowe okulary”, dostrzegając minusy i nie szczędząc ostrych słów krytyki. Trochę miejsca poświęciła „magicznej latarni”, pierwszym filmom puszczanym w polskich kinach i wrażeniu jakie wywoływały na młodych panienkach. Znajdziemy w publikacji nawet kilka rad o tym jak dobrze traktować mężów i utrzymać związek w jako takiej równowadze. Poznajemy poglądy pisarki i jej fascynacje, literackie upodobania i pragnienia i choć ona sama stwierdza, że „pisze nie na serio”, to ja całkiem na serio polecam „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”.

„Z mężczyzną należy obchodzić się jak z ptaszyną: nasypać jedzenia i nie płoszyć (…) pamiętajcie, że zamiast zrzędzić mężowi nad głową, zróbcie mu karczemną awanturę.”

„Przypomniała mi się przezabawna historyjka. Otóż, było to już po wojnie, z moją ukochaną Kucharcią na Kossakówce hodowałyśmy kotkę syjamkę. Pewnego razu kotka dostała rui. Dbając o jej samopoczucie i zdrowie psychiczne, sprowadziłam jej rasowego kawalera. Koty się obwąchały – syjamczyk wypił kotce mleko i nic… Zła, pobiegłam zadzwonić do przyjaciółki, żeby sobie zabrała tego leniwca. Pobiegłam do „Noworolskiego”, tam za niewielką opłatą był ogólnodostępny telefon. Aparat stał na bufecie między stolikami. Zrozpaczona, że ten syjamczyk tak się nie udał, podbiegłam do nieszczęsnego telefonu, a krakowskie dewotki siedzące naokoło przy stolikach, już nadstawiły uszy. – Coś ty mi za samca przysłała?! – Wykrzyczałam przyjaciółce do słuchawki. – Najadał się, wyspał i nic! Na moją zgubę zapomniałam głośno dodać, że mowa o kocie… Na drugi dzień cały Kraków huczał, że Samozwaniec znalazła sobie dużo młodszego chłopa, ale za to beznadziejnego w alkowie…”

Henderson, król deszczu, Saul Bellow

Henderson, król deszczu (Henderson the Rain King), Saul Bellow, tłumaczyła Krystyna Tarnowska, PIW,1983

 Henderson, król deszczu, Saul Bellow

 Po „Hendersona, króla deszczu” sięgnęłam z ciekawości, nic jeszcze Saula Bellowa nie czytałam. Główny bohater, gromki, niezwykle rosły milioner, jest człowiekiem, który mimo już dość zaawansowanego wieku i wielu przygód na koncie, ciągle nie może sobie znaleźć miejsca w świecie i sam nie wie czego szuka. Jest mężczyzną niezwykle krewkim i popędliwym, lecz o dobrym sercu, swoje decyzje opiera na emocjach, których sam nie rozumie. O sobie mówi, że jest urodzonym żołnierzem, żyje w rodzinnej posiadłości z drugą żoną i dziećmi. Z jednej strony jest więc człowiekiem prostym, mającym nieduże wymagania, z drugiej bogaczem, który może kupić wszystko.

Hendersona do działania napędza ciągle jakiś niepokój, niespełniona potrzeba wiecznego posiadania, której zwykłe zakupy nie są w stanie rozwiązać. Jego wewnętrzny głos – „Ja chcę, ja chcę, ja chcę” – ciągle nie daje mu spokoju. Sam czytelnik natomiast nie może narzekać na brak urozmaiceń w fabule, nasz wybuchowy Amerykanin poszukuje niestrudzenie swego celu w życiu jednocześnie hodując świnie w rodzinnej zabytkowej posiadłości, ucząc się gry na skrzypcach i rycząc jak lew. Nie mogący zagrzać miejsca Henderson zabiera się ze swym przyjacielem do Afryki, by dalej już zwiedzać Czarny Kontynent z oddanym sługą, Romilayu. Najpierw odwiedzają lud Arnewi trapiony plagą żab, następnie wioskę Wariri. Tu zaprzyjaźnia się z królem Dahfu, który zaczyna stosować na nim swą niezwykle oryginalną kurację psychologiczną z pomocą swej lwicy. Dość wątpliwe metody króla zaczynają przynosić efekty i nasz bohater zaczyna dorastać, godzić się ze światem oraz samym sobą.

 Na pewno jest to powieść oryginalna, Bellow ma unikalną wizję świata w jakim przyszło żyć ludziom,  w którym kluczem do harmonii jest życie w zgodzie z własną naturą, ciałem oraz otoczeniem. Myślę, że ksiąźka może być inspiracją dla tych wszystkich, którzy myślą, że dotarli już w życiu do pewnej granicy, za którą uważają, że już nic nie ma. To powieść o bardzo optymistycznym wydźwięku, gdzie każdy Everyman może się znów odrodzić i znaleźć nowy cel w życiu. Minusem dla niektórych może być specyficzne prowadzenie fabuły przez autora, ciągłe wspomnienia bohatera mieszające się z chwilą obecną, jego próby dociekania cóż to z nim samym sę dzieje, dodatkowe opowieści pozornie zbaczające z głównego tematu. Choć nie jest to znowu powieść trudna w odbiorze, co najwyżej dość specyficzna. Plusem dla mnie było niezwykłe poczucie humoru pisarza jakie przebija w tej powieści i jego szalone pomysły.

Literacka Nagroda Nobla 1976

Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Agnieszka Lisak

Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Agnieszka Lisak, Bellona, Warszawa 2009

 Miłość, kobieta i małżeńswo w XIX wieku, Agnieszka Lisak

Książka „Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku” jest swoistą kontynuacją  czytanej już przeze mnie wcześniej „Miłości staropolskiej” Agnieszki Lisak. W tej publikacji autorka także skupia się na obyczajowości i losach ludzi, tyle, że poświęca więcej uwagi płci pięknej. Jak przystało na pruderyjny XIX wiek, ta część nie obfituje już tak w skandale i sensacje, ale ciągle dostarcza rozrywki, choć odniosłam wrażenie, że autorka „podeszła do tematu” w poważniejszy sposób, lecz to może owe sztywne zwyczaje wieku pary narzuciły tu ton. Cóż, pisarka naprawdę stara się ominąć owe skostniałe teatrum obowiązkowych gestów i pokazowej moralności na rzecz obrazowej prawdy, ale dla mnie wypadło to mimo wszystko dość smutno, los kobiety był po prostu godny pożałowania. Teoretycznie zdawałam sobie sprawę jak wielkie były ograniczenia nałożone na bezwolną, niewykształconą płeć płochą, jednakże czytając książkę Agnieszki Lisak zrozumiałam pewne sprawy lepiej.

Wiek XIX rządził się własną moralnością, i do tego podwójną, po jednej dla każdej z płci, z czego to kobiety były jej wierne, a mężczyźni tylko udawali, że grają uczciwie. No bo gdzież podziewali się ci wszyscy urzędnicy, mieszczanie, szlachcice? Restauracje, kawiarnie, bary, lunapary, teatry – te wszystkie miejsca stały przed nimi otworem, ba, mogli się tam udać samotnie. Dla małżonki wyjście na miasto to już cała wyprawa, trzeba zadbać o przyzwoitkę, uważać na strój, manewrować między kałużami itp. Zresztą taka kobietka po kilku podstawowych szkołach czegoż mogła oczekiwać od życia? Małżeństwa przede wszystkim, w końcu celem jej edukacji było wyrobienie w niej talentów, które pomogą w znalezieniu męża, a następnie w uczynieniu go szczęśliwym  – ni mniej, ni więcej (czytając rozdziały poświęcone temu tematowi, bez przerwy przypominała mi się powieść „Marta” Elizy Orzeszkowej). Czyli „tresura w kierunku podobaniu się mężczyznom”. W poradnikach zalecano mężczyznom poszukiwanie na małżonkę kobiety skromnej, cichej, bez temperamentu, by we własnych pieleszach mogli odgrywać rolę mentora, nauczyciela i władcy pełną gębą. Takie żonki traktowały męża jako życiowego opiekuna, który mógł je karcić i besztać.

W XIX wieku nie dzielono kobiet na mądre i głupie, a na piękne i brzydkie albo bogate i biedne. Niektóre z nich żyły niczym nimfy w nierealnym świecie budując wokół siebie bariery marzeń i ułudy. Tyle jeśli chodzi o klasy o solidnym dochodzie, gorzej z warstwami niższymi. Tu znowu trend w drugą stronę, demoralizacja i zepsucie poganiane biedą. Oczywiście mimo tych poważnych informacji Agnieszce Lisak udaje się utrzymać humor w książce, którą urozmaica ciekawymi cytatami, przedrukami ogłoszeń, kawałami, złośliwymi wierszykami i innymi cudeńkami ku uciesze czytelnika. Ton samej autorki przepełniony jest często ironią, a niektóre rozdziały sarkastyczne i kąśliwe (jak momentami moja recenzja), co nie przeszkadza raczej w odbiorze a mówi wiele czytelnikowi o samej pisarce. Możemy się więc dowiedzieć jak złowić pannę z dużym posagiem, jak deprawowano służące, o czym rozmawiano podczas tańca, jakie były środki na impotencję i „w drugą stronę” – do studzenia zapału. Polecam.

Warszawskie to i owo, Adam Słomczyński

Warszawskie to i owo, Adam Słomczyński, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1978

 Warszawskie to i owo, Adam Słomczyński

Książka Adama Słomczyńskiego to zbiór szkiców o Warszawie XIX i XX wieku. Autor sam nazywa je gawędami warszawiaka, który dobierał swe opowieści według własnego „widzimisię”. Spośród materiałów wybrał najbardziej charakterystyczne ogłoszenia, doniesienia pojawiające się w prasie, a oprócz tego dodał kilka własnych opowieści, parę anegdotek i wyszperanych ciekawostek. Z tego wszystkiego powstała krótka i niewielka objętościowo książka na jeden lub dwa wieczory, w której znaleźć możemy dosłownie wszystko – jednym słowem mydło i powidło. Sam Słomczyński stwierdza, że w swym doborze kierował się powiedzeniem Boya-Żeleńskiego.

„Może by nasi historycy zmienili metodę, może by zaczęli drukować to, co opowiadają prywatnie, a opowiadać prywatnie (o ile znajdą słuchaczy) to, co ogłaszają drukiem.”

Myśl ta przewodnia sprawiła, że obcowanie z publikacją jest ciekawe i zupełnie nie wiemy czego się spodziewać po następnym rozdziale. To ma oczywiście swoje plusy i minusy, ale raczej zachęca do niefrasobliwego oddania się lekturze. I tak dowiemy się w jakich oborach można było nabyć mleko od krowy za grosze, że pączki były tradycyjnym warszawskim przysmakiem, kiedy wybuchła welocypedowa mania, co robiono ze śmieciami mieszkańców (najczęściej nic), gdzie można było kupić respirator ułatwiający oddychanie przeciwko wiatrom, itd.