Książki o wampirach

Przygotowałam listę książek o wampirach, na której znajdują się zarówno moje recenzje jak i koleżanek blogerek. Biorąc pod uwagę stale trwający szał na wampiry, książki z ich udziałem same często wpadają w ręce, stąd uzbierało mi się ich trochę. Ktoś zainteresowany tematem może znaleźć tu kolejne wampirze inspiracje. Jeśli czytaliście w sieci inne ciekawe recenzje powieści z gościnnym udziałem tych stworzeń nocy zostawiajcie linki w komentarzach.

 powieści:

„Wampir z przypadku” Ksenia Basztowa – moja recenzja

„Błekitnokrwiści” Melissa de la Cruz – recenzje Clevery

„Księga cmentarna” Neil Gaiman – moja recenzja

„Zawód: Wiedźma” tom 1 Olga Gromyko – moja  recenzja

„Zawód: Wiedźma” tom 2 Olga Gromyko – moja  recenzja

„Those who Hunt the Night” Barbara Hambly – recenzja Ninedin

„Travelling with the Dead” Barbara Hambly – recenzja Ninedin

 „Martwy aż do zmroku” Charlaine Harris tom 1 – moja  recenzja

 „U martwych w Dallas” Charlaine Harris tom 2 – moja  recenzjarecenzja

 „Klub martwych” Charlaine Harris tom 3 – moja  recenzja

„Martwy dla świata” Charlaine Harris tom 4 – moja recenzja

„Martwy jak zimny trup” Charlaine Harris tom 5 – moja recenzja

„Definitywnie martwy” Charlaine Harris tom 6 – moja recenzja

 „Martwi wszyscy razem” Charlaine Harris tom 7 – moja  recenzja

„From Dead to Worse” Charlaine Harris tom 8 – moja recenzja

„Fangland” John Marks – recenzja Ninedin

„Ostatni rejs Fevre Dream” George R. R. Martin – moja recenzja

„Zmierzch” Stephanie Meyer – recenzja Ninedin

„Wampir Lestat” Ann Rice – recenzja Arii

„Wywiad z wampirem” Ann Rice – recenzja Zaczytanej-w-chmurach

„Greywalker” Kat Richardson  –  moja recenzja

„Hotel Transylwania” Chelsea Quinn Yarbro – recenzja Ninedin

bardziej naukowo:

„Synowie Kaina, córy Lilith” Paweł Ciećwierz – recenzja Eruany

„Od Draculi do Lestata. Portrety wampira” Katarzyna Kaczor – recenzja Eruany

„Tajemnicza historia wampirów” Claude Lecouteux – recenzja Eruany

Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz

Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Liteackie, Kraków 1988

 Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz

Wieki temu przeczytałam „Ziele na kraterze”, pamiętam ,że książka wywarła na mnie ogromne wrażenie i przyrzekłam sobie moją znajomość z Melchiorem Wańkowiczem kontynuować. Cóż, gdy jakoś się nam nie składało na kolejne spotkania, aż do zeszłego tygodnia gdy sięgnęłam wreszcie po jego kolejną książkę, a teraz mam ochotę szybko ściągnąć z półki kolejne.

Melchior Wańkowicz postanowił odbyć brzemienną w skutki wycieczkę na Mazury wraz z młodszą córką by „sądować dusze ludzkie”. Z opisanych wycieczek, rozmów z mieszkańcami, ich wspomnień i różnorakich dokumentów powstała niezwykła publikacja – „Na tropach Smętka”. Choć z tym liczeniem, o którym wspomina autor też jednak sie spotykamy gdy pisarz wymienia te wszystkie tabelki, ilość osób biorących w plebiscytach oraz głosowaniach, ilość osób mówiących po polsku, procent Polaków według niemieckich spisów ludności itd. I to wszystko po to, by pokazać, że ta „ziemia, która parzyła polskość” jest w istocie polska. Książka później stała się swoistym bestsellerem dwudziestolecia międzywojennego i wzbudziła sporo sensacji nie tylko po polskiej stronie. Dość powiedzieć, że jak tylko Niemcy wkroczyli do kraju w 1939 r. oburzeni skonfiskowali kolejne wydanie z drukarni. I ten obraz przewijający się w tekście, Rzeszy gotującej się do czynu, germanizującej swe tereny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do tego dodajmy niezwykłą fantazję autora, ogromne poczucie humoru i uroczą córkę, by upewnić was, że pozycja ta nadal bawi.

” – Ja bym była chciała coś zjeść – powiada Tirliporek, zbudzony ostrymi promieniami słońca, które wpadają do naszego pawilonu.

Wymagam od pewnego czasu, aby się do mnie zwracała w czasie zaprzeszłym. Uważam, że jest to forma uroczysta, jedynie stosowana w zwracaniu się do osoby ojca. Dzieciak mi się rozpuścił i trzeba go podfasonować, bo termin odbioru w ręce matki się zbliża.”

W język polski Wańkowicz wplata ten język mazurski i niemiecki, a to jakieś śmieszne zdanka, pioseneczki, pocieszne cytaty,  wszystko to razem nadaje klimatu, który trochę kłóci się z opisem ogromnych inwestycji kolonizacyjnych w Prusach Wschodnich – parcelacje mające wzmocnić mniejsze gospodarstwa, potężny ruch budowlany czy wreszcie szykany wobec polskich nauczycieli – czyli wszystko to, co miało pchnąć germanizajcę do przodu. Autor „Ziela na kraterze” nazywa to „sztucznie wytwarzaną, kupną niemieckością, bo niemczyzna tam, nie jest u siebie w domu, bo jedynie podlewana milionami”, które idą na jej utrzymanie. Szykany niemieckich dzieci w stosunku do ich kolegów, aparat przymusu i przekupstwa, presji gospodarczej i wreszcie politycznej. W tle rozważania historyczne sięgające bitwy pod Grunwaldem.

W oczy rzuca się niezwykły obiektywizm pisarza mimo przecież bardzo trudnej i skomplikowanej sytuacji, daje do myślenia. Jego próby przedstawienia obu stron medalu – zasięgania języka miejscowej ludności, gotowość do przekopywania się przez książki historyczne pisane zarówno przez Niemców jak i Polaków. Wyłania się z tego obraz bez uprzedzeń, bo przecież autor pisze, że z narodem Niemieckim wszystko jest w gruncie rzeczy w porządku „tylko nie ma serca dla tej ziemi”.

Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer

Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer, Muza, Warszawa 2003

 Rodzina Muszkatów, Isaac Bashevis Singer

 Książka Singera jest swoistą sagą rodziny żydowskiej, której patriarchą jest bogaty Mashulam Muszkat. Można powiedzieć, że pisarz używa jego licznego potomstwa, wnuczków oraz prawnuczków do przedstawienia nam każdego z możliwych wariantów życia Żydów w Polsce i poza nią – chasydzi, Amerykańscy emigranci, inteligencja, rabini, kupcy, syjoniści itd. Autor skupia się na relacjach międzyludzkich, w które brutalnie wdziera się wojenna rzeczywistość. Prześladowania, rasizm, niewiedza, chamstwo, nietolerancja to tylko niektóre z przymiotników jakie określają problemy z którymi na co dzień muszą borykać się bohaterowie książki.

Galeria bohaterów jest bardzo różnorodna i nie są to proste, oczywiste typy. Każdą z postaci charakteryzują dobre i złe cechy, ma swój charakter, przy czym pisarz pozostaje całkowicie w cieniu oddając im głos, nie ocenia, nie krytykuje. Znajdziemy tu smutek, romantyzm i szarą prozę życia. Historia jest tu tylko tłem choć niezwykle ważnym bo to przecież ona wpływa na koleje ludzkiego losu – upadek Austro-Węgierskiego imperium, rewolucja 1917 r., rosnący w siłę komunizm, rozwijający się syjonizm, II wojna światowa.

 Oczywiście autor pisząc o rodzinie żydowskiej pokazał jak głęboko tkwi ona w swojej kulturze, jak bardzo określone kulturalne rytuały, tradycja wpływają na zachowania postaci, ich poglądy i decyzje życiowe. Zagubienie w świecie, przesądy, religijna gorączka. Książka Singera to taki świat w miniaturze, nie tylko ludzkie pasje, ale dociekanie natury wiary, obsesje, miłość romantyczna i seksualna, ambicje, bogactwo, bieda – wszystko to stanowi tło dla kolejnych wydarzeń. Proza pisarza jest prosta, dobitna choć jednocześnie pełna emocji, nie ma tu przestylizowania. Myślę, że autor kończy swą opowieść we właściwym momencie czytelnicy dobrze wiedzą co może się przydarzyć kolejnym członkom rodziny Muszkatów. Polska ogarnięta jest już zawieruchą drugiej wojny światowej a nasze emocje rosną, wizja Hitlera zamieni w pył miliony istnień. Powieść uświadamia nam grozę historii, mamy całe wielopokoleniowe rodziny, które mocno osiadły w mieście, które traktują je jak swoje miejsce na ziemi, gdzie dorastać będą kolejne dzieci, jednak nadchodzi dzień, w którym „normalna” rzeczywistość zostaje całkowicie zburzona i wtedy czytelnika przechodzi dreszcz grozy.

Mimo wszystko w powieści nie ujęli mnie jej bohaterzy a Warszawa, która jest tu równorzędnym motywem. Wcale nie jest to pochlebny obraz, ale nutka sentymentu łagodzi jego brutalną szczerość. Stolica to miasto brudne, nieprzystępne, zacofane, ale ile tu klimatu. To świat, który bezpowrotnie zniknął ze swoimi kamienicami, tajemniczymi zaułkami, wybrukowanymi drogami.

Isaac Bashevis Singer, Literacka Nagroda Nobla – 1978

W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie

„Po obiedzie w Szczytnie, kiedy oglądam obozowisko zmotoryzowanych Cyganów, podchodzi do mnie jakaś utleniona Gretchen, z kaczym zresztą noskiem, ale ubrana nadzwyczaj starannie i z wyzywającą i wiele wróżącą elegancją. (…)

Dama niesłychanie i niezdarnie interesuje się moją skromną osobą. A co robię, a gdzie jadę, a u kogo w Olsztynie mieszkam, a z kim w Szczytnie przestaję, a na jakiej ulicy w Warszawie mieszkam.

Mówię, że na Szczebrzeszyńskiej, i mam rzetelną uciechę, widząc, jak Niemeczka mocuje się z tym piekielnym słowem, jak stara się zapamiętać, jak pyta, co to znaczy po polsku.

– No, cóż znaczy? Miasto tak się nazywa – Szczebrzeszyn…

Na Niemeczkę poty biją. Widać ma instrukcję, aby wybadać mnie niepostrzeżenie.

– A może to leży koło jakiegoś innego miasta – pyta mdlejącym głosem.

– Naturalnie – oświadczam z miłą gotowością – w Polsce miasta są gęsto rozsiane. Szczebrzeszyn leży między Brzmichrząszczem, Trzypstreprzepiem i Pietrzewieprzepieprzem.

Jestem stary koń. A takiej uciechy nie miałem nawet wtedy, kiedyśmy łacinnikowi posypali tabakę  i stary straszliwie krzyczał i raz po raz kichał.”*

*Melchior Wańkowicz „Na tropach Smętka”, Wydawnictwo Literackie

 Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz

Gra o tron, Goerge R. R. Martin

A Game of Thrones (Gra o tron), Goerge R. R. Martin, Bantam

 A Game of Thrones, George R. R. Martin

„Gra o tron” zdobyła już spore rzesze oddanych fanów i mnóstwo pozytywnych recenzji i tak niejako owczym pędem i ja po nią sięgnęłam. Teraz mogę tylko napisać, że i ja polecam tą powieść, no może nie tylko.

George Martin od razu wprowadza nas w swój świat i naprawdę można nieźle wsiąknąć. Z początku trochę się miesza niesamowita liczba bohaterów, krain, wzajemnych pretensji koronowanych głów, ilość intryg, bo autor wcale nie krępuje się z wprowadzaniem bez przerwy czegoś nowego. W powieści mamy wszystko o czym moglibyśmy zamarzyć aby akcja nie zwolniła ani na chwilę – skrytobójcze akcje morderców, pojedynki szermiercze, tajemnice z przeszłości, przewroty na tronie, pieczołowicie planowane zemsty, małą wojenkę, czy wreszcie tajemniczą nację zasadzającą się na granicach państwa.

Po przeczytaniu „Fevre Dream” tegoż autora stwierdzam, że nie miał on tam możliwości (pewnie za mało miejsca, powieść nie przekracza 300 stron) na rozwinięcie swego talentu. Ten rozmach i postacie obecne w „Grze o tron” czynią ją książką ze wszech miar godną uwagi. Jest w czym wybierać, każdy znajdzie coś dla siebie, bohaterów z którymi czytelnik może się identyfikować, głośno im skandować w trakcie rozwoju akcji, czy może raczej zgrzytać zębami z powodu ich głupoty. Wszystko przedstawione jest z niezwykłą dbałością o detale, wiemy kto jak jest ubrany, uzbrojony, co je i gdzie śpi. To wszystko oczywiście sprawia, że objętość powieści rozrasta się niesamowicie, ale nie przeszkadza w szybkim czytaniu i śledzeniu losów kolejnych chojraków. Przy czym przestrzegam, że Martin należy do pisarzy dla których życie nie jest bajką i w każdej chwili „nasz ulubieniec” może stracić życie.

Mimo, iż jest to powieść fantasy w tym pierwszym tomie mamy śladowe ilości magii czy zjawisk nadprzyrodzonych. Tu główną rolę grają czyny samych ludzi, to ich żądze, namiętności, miłości, pasje są motorem działań – a to czyni te postaci jeszcze bardziej ludzkimi. Podobało mi się umieszczenie kolejnych bohaterów w odpowiednim kontekście społecznym. Martin dba o takie szczegóły jak podział klasowy i wszystkie jego konsekwencje, wymiar sprawiedliwości w dość realnych ramach czy wreszcie światopogląd samych bohaterów.

 Chcę jeszcze zwrócić uwagę na silne związki rodzinne w tej powieści. Relacje krewniaków są dla kolejnych bohaterów niezwykle ważne, prym wiedzie rodzina Starków. Naprawdę nie wiem dlaczego autorzy upierają się przy wątku sióstr, które zazdroszczą sobie niebotycznie i nienawidzą się bezgranicznie, co jest tylko przyczyną kolejnych nieszczęść w rodzinie. I oczywiście jedna jest standardowo piękna i naiwna (delikatnie powiedziane), druga choć brzydsza ma tupet i inteligencję. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dosyć tak poprowadzonego motywu siostrzanego, mam młodszą siostrę i oprócz tego, że w wieku lat dziecinnych kilka razy dałyśmy sobie po głowie  to kontakty obecne w niczym nie przypominają tych kreowanych przez pisarzy z wybujałą wyobraźnią. A wierzcie mi ten rodzinno-siostrzano-nienawistny wątek powtarza się nagminnie nawet w najlepszych powieściach. Przejdźmy teraz do reszty rodziny Starków, a ta jest całkiem liczna i obfituje w mnogość charakterów. Eddard Stark, głowa rodu, ojciec licznych dziatek w różnym wieku, kochający mąż, honorowy wojownik, prawa ręka króla. Jednak jego przeszłość nie jest znowu tak kryształowo przejrzysta i on miał chwile zapomnienia,  z których dorobił się dodatkowego syna. Jego żona, kochająca matka i dzielna kobieta, też nie jest ideałem. O tyle o ile dla swoich dzieci zrobi wszystko, to syna męża z tajemniczego związku po prostu nienawidzi i skutecznie obrzydza mu życie, mimo iż sama przed sobą udaje, że dawno już wybaczyła małżonkowi ten skok w bok. I to mi się właśnie w tej książce podoba, ludzie są tylko ludźmi wraz z ich słabościami i zawiłościami duszy.

 seria: Pieśń Lodu i Ognia

tego samego autora zrecenzowane na blogu: „Ostatni rejs Fevre Dream” 

Poglądy na małżeństwo

„I suppose it is well enough for some women; what else can the poor things do? But why should any independent, intelligent female choose to subject herself to the whims and tyrannies of a husband?”*

„I could not endure a man who let himself be ruled by me, and I would not endure a man who tried to rule me.”**

*, ** Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters, Mysterious Press

 Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters

Krokodyl na piaszczystym brzegu, Elizabeth Peters

Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters, Mysterious Press

 Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters

 Już od dawna szukałam jakiejś serii z niebanalnym głównym bohaterem, najlepiej bohaterką, ze sporą dawką dobrego humoru, ciekawymi zawirowaniami fabularnymi, z akcją osadzoną w dziewiętnastym wieku, z gatunku tych odprężających, ale nie pozbawionych inteligenckiego posmaku. Cóż, pierwszy tomik przygód Amelii Peabody poradził sobie całkiem nieźle z moimi zachciankami. Główna bohaterka stanowczo od razu przypadła mi do gustu, ale po kolei. Mamy więc ten mój upragniony XIX wiek, a dokładniej 1884 r. a w nim starą pannę wychowaną, choć właściwie panna sama się wychowała gdy jej niefrasobliwy tato zgłębiał tajniki martwych języków i tajemnice historii. Nieodpowiedzialny ojciec podsycał w córce głód wiedzy i całkowicie oddał sprawowanie władzy w gospodarstwie w jej zaradne rączki, można się tylko domyślać jak bardzo wychowanie Amelii odstawało od tradycyjnego kształtowania charakterów XIX-wiecznych panienek. Po śmierci papy nasza bohaterka zaopatrzona w spory mająteczek wyrusza w świat by odwiedzić miejsca, o których dotąd jedynie czytała. Na pierwszy rzut poszedł Rzym, w kolejce czeka Egipt. W Wiecznym Mieście poznaje Evelyn, którą postanawia zabrać ze sobą jako towarzyszkę podróży. Nieszczęśliwe to dziewczę wplątała się w kompromitującą aferę i zostało wydziedziczone przez dziadka a że Amelii nudzi się samej, to lubi mieć kogoś pod swymi skrzydłami.

Pierwsza część powieści wypada świeżo i dowcipnie, to taki luźny pastisz na XIX-wieczne skostniałe zasady wpajane kobietom oraz obowiązujące normy obyczajowe. Nie muszę chyba dopisywać, że panna Peabody jest zaprzeczeniem owych, ale w granicach rozsądku. Druga część książki jest bardziej przygodowo-kryminalno-ramansowa, tajemnicza wyjąca mumia, świeżo odkryty grobowiec i kilku zalotników.

Tak już poza konkursem to stwierdzam, że z książki Elizabeth Peters można się bezboleśnie czegoś dowiedzieć o dziewiętnastowiecznej archeologii w Egipcie. Datowaniu znalezisk na podstawie odnalezionych skorup naczyń, karygodnych zaniedbaniach ze strony rządów, pożałowania godnych pseudo-kolekcjonerów egipskiej starzyzny itd. Oczywiście powodem takiego doskonale przygotowanego tła historycznego jest wykształcenie pisarki, która jest egiptologiem. Drugi tom przygód Amelii Peabody już na mnie czeka.

I had left my hotel that morning in considerable irritation of spirits. My plans had gone awry. I am not accustomed to having my plans go awry. Sensing my mood, my small Italian guide Piero was not silent when I first encountered him, in the lobby of the hotel, where, in common with others of his kind, he awaited the arrival of helpless foreign visitors in need of a translator and guide. I selected him from amid the throng because his appearance was a trifle less villainous than that of the others.

I was well aware of the propensity of these fellows to bully, cheat, and otherwise take advantage of the victims who employ them, but I had no intention of being victimized. It did not take me long to make this clear to Piero. My first act was to bargain ruthlessly with the shopkeeper to whom Piero took me to buy silk. The final price was so low that Piero’s commission was reduced to a negligible sum. He expressed his chagrin to his compatriot in his native tongue, and included in his tirade several personal comments on my appearance and manner. I let him go on for some time and then interrupted with a comment on his manners. I speak Italian, and understand it, quite well. After that Piero and I got on admirably. I had not employed him because I required an interpreter, but because I wanted someone to carry parcels and run errands.

Książki o Japonii

W doborze mych lektur przejawia się wyraźnie jakaś taka delikatna słabość do Kraju Kwitnącej Wiśni, oczywiście nie jestem w swojej ciekawości odosobniona więc postanowiłam stworzyć kolejną listę przeczytanych przeze mnie książek, tym razem o Japonii. Czytających zachęcam do pozostawiania linków w komentarzach do innych ciekawych recenzji w sieci. A zatem łyk zielonej herbatki i zaczynamy:

„Japoński wachlarz” Joanna Bator – kobiece spojrzenie socjologa na kulturalną różnorodność Domu Słońca. Antropolożka spędziła dwa lata w Japonii pracując na tokijskiej uczelni, swoje wrażenia zdołała zapisać na niecałych 300 stronach w takich rozdziałach jak „Tokio jest jak Mars”, „Imperium smaku” czy „Wodny świat kobiet”.

„Bezsenność w Tokio” Marcin Bruczkowski – pierwsza książka tego autora i moim zdaniem najlepsza. Pisana na zasadzie „jak to się Polakowi w krainie skośnookich żyje”, ale czyta się przyjemnie. Marcin Bruczkowski nie aspiruje do tytułu znawcy japońskich nawyków tylko po prostu opisuje kilka ładnych lat, które spędził na obczyźnie dodając do tego swój dobry humor.

„Zagubieni w Tokio” Marcin Bruczkowski – byłam tą pozycją zawiedziona, ale to pewnie dlatego, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Swoista próba powieściowa pisarza.

„Życie codzienne w Tokio” Dorota Hałasa – tokijski szary dzień powszedni.

„Psy i demony. Ciemne strony Japonii” Alex Kerr, cytaty – o Japonii bez zbędnych sentymentów, tak zwana „kawa na ławę”. Książka ciekawa, inteligentna i szokująca. Tu nie mamy do czynienia ze zbiorkiem ciekawostek o dalekim kraju, ale z relacją długoletniego mieszkańca, który pod lupę wziął sprawy ekonomiczno-kulturalne.

Yoshiwara. Miasto zmysłów” Ethel i Stephen Longstreet – trochę historii o legendarnej dzielnicy zmysłów, gdzie prostytutki, gejsze i kobiety podobnego autoramentu żyły i oczekiwały swych klientów.

„Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii” Rafał Tomański i parę cytatów – pozycja jeszcze świeża, ciesząca się sporym zainteresowaniem. To takie mini kompendium podstawowej wiedzy o tym azjatyckim kraju i jego mieszkańcach, ton książki lekki i dowcipny.

„Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów” – Zbiór reportaży, tym razem o Hokkaido.

„Świat z papieru i stalii – okruchy Japonii” pod red Aleksandry Watanuki – zbiór felietonów o bardzo różnorodnej tematyce, zagadnienia związane z historią kraju, kulturą, dużo o mandze, a nawet parę przepisów dostosowanych do możliwości kuchni polskiej. A oto czego można się przykładowo dowiedzieć z książki: Gdzie można zobaczyć uśmiech niebiańskiego smoka? Co myślą o życiu młode Japonki? Gdzie można zjeść najlepszy ramen? Gdzie w Japonii znajdziemy wiatraki? Jaka była rola Pszczółki Mai w świecie nazistowskiej propagandy?

książki autorstwa samych Japończyków:

„Poradnik ksenofoba – Japończycy” Kaji Sahoko, Noriko Hama, Jonathan Rice – króciutko i z przymrużeniem oka. Cechy narodowe, słabostki w życiu codziennym.

„Księżyc yakuzy” Shoko Tendo – o małej Japoneczce zagubionej w świecie brutalnych mężczyzn.

Wszystkich zainteresowanych literaturą i kulturą kraju odsyłam do wyzwania Literatura japońska oraz Haruki Murakami.

Tatami kontra krzesła, Rafał Tomański Świat z papieru i stali - okruchy Japonii

Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki

Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki, Wydawnictwo Arkady, Reprint wydania z 1957 r.

 Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki

„Warszaw Prusa i Gierymskiego” to książka niezwykle starannie wydana, przygotowana z okazji jubileuszu 50-lecia Arkad. W pierwszej części publikacji mamy relacje Artura Międzyrzeckiego, w drugiej zbiór ponad 180 ilustracji takich artystów jak Pillati, Stanisław Masłowski, Józef Pankiewicz, Aleksander Gierymski, Władysław Podkowiński czy Jan Konopacki. Książka Międzyrzeckiego dotyczy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku.

„Lata siedemdziesiąte, lata osiemdziesiąte,

Miedziorytowe lata!

Prowincjo naszego wieku, wiosno ojców daleka,

Przedmieście naszego świata.”*

Obraz Warszawy jaki wyłania się z tekstu autora nie jest pochlebny, to miasto zacofane, zaniedbane, z walącymi się kamienicami, głodującymi artystami.  To było jedno z najgorzej oświetlonych miast Europy i w dodatku bez kanalizacji (jej projekt zaistniał po 1881 r.). Aż przykro było czytać ile pamiątek, zabytków, pięknych kamienic uległo zatraceniu. To co w stolicy niezwykłe to sami ludzie, którzy ukochali sobie to miasto.

„Warszawa ta, pełna „wieczornych chwil złotych i nocy wylewających czary zapomnienia”, zaludniona jest ludźmi z krwi i kości: „majstrem tłustym, terminatorem rozczochranym – dzieckiem bruku; hogartowskimi parami, co drzemią pod szynkownią; głodną wyrobnicą, co łzy wstrzymując idzie do roboty”; przekupkami z Rynku, który o świcie „ożywia się pomału”.”

Myślę, że pisarz nie wniknął wystarczająco w warszawskie sprawy zbyt polegając na cytatach z kronik i poezji. W tak krótkim tekście zdołał jedynie napocząć pewne tematy pozostawiając wiele ze spraw otwartymi, o innych wogóle nie wspominając. Publikacja jest taką krótką przebieżką przez stolicę tamtych lat, wręcz sprintem. Pisarz poświęcił na przykład sporo miejsca na historię o książce, która nigdy nie została napisana, owszem szkoda, że plany Gierymskiego nie powiodły się, ale żeby aż tak się o tym rozpisywać. Wiele miejsca poświęca autor sytuacji artystów, którzy musieli wręcz walczyć o przetrwanie, wielu z malarzy docenionych za granicą, w Polsce przymierało głodem. Te niezbyt wesołe rozważania poeta urozmaica ciekawymi i zabawnymi anegdotkami.

„Gomulicki wspomina na przykład, że wydawcy tygodników – celować miał w tym wydawca Ilustrowanego, Unger – mierzyli calówką dostarczane im rysunki i w ten sposób wyznaczali artystom honoraria. Najwięcej kłopotu przyczyniało Ungerowi … niebo. Unger utrzymywał zawsze, że „tego nieba jest za wiele i nie chciał za pustą przestrzeń płacić, tyle co za część zapełnioną rysunkiem”. Zapadał wreszcie salomonowy wyrok i autor szkicu zobowiązywał się bez oddzielnej dopłaty dorysować na niebie chmurki”.”

*Julian Tuwim

W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Wojciech Herbaczyński

W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Wojciech Herbaczyński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983

 W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Wojciech Herbaczyński

Książka Herbaczyńskiego została wydana w serii „Biblioteka syrenki”, którą sobie cenię i lubię co jakiś czas umieścić na mojej półce kolejną część z sygnaturą walecznej rybki w rogu. Wszystkich tych, którzy mają apetyt na „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich” informuję, że wydawnictwo Veda wznowiło publikację w 2005 r. w ładnej szacie graficznej.

W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Wojciech Herbaczyński

Wojciech Herbaczyński pisze nie tylko o historii cukiernictwa w Warszawie na przestrzeni wieków, ale i o własnych doświadczeniach w tej dziedzinie (sam też prowadził taki słodki biznes i kształcił się w tym kierunku), wspomina ludzi, miejsca, wydarzenia ważne dla niego i jego rodziny. Styl ma prosty, gawędziarski, opowieść zaczyna, że tak powiem od samego początku, czyli od 1611 r. kiedy to w Krakowie powstał pierwszy cech piernikarzy w Polsce. Dalej mamy wielu prekursorów z cudzoziemskim rodowodem, bo Polacy jakoś tak się nie mogli zebrać do wypiekania łakoci, prawie do 1831 r. cukiernie znajdowały się w rękach obcokrajowców. Wreszcie autor opisuje znanych często do dziś cukierników: Blikle, Lourse czy Semadeni. Ze znanymi nazwiskami łączą się legendarne do dziś kawiarnie, w których zbierała się często nie tylko śmietanka towarzyska Warszawy ale biedni literaci, spiskowcy, aktorzy czy inne niezwykłe typy. Oczywiście w książce o takim tytule pełnoprawnymi jej bohaterami są też same łakocie – napoleonki, czekoladki, pomadki, lody, pączki, babki, eklerki z białą kawą. Dowiadujemy się trochę o historii tych ciastek, były w końcu specjalnością przybytków kawą i czekoladą płynących. Takie słodkie lokalizacje nie były tylko miejscem drobnych grzeszków przeciwko postowi ale i miejscem spotkań zakochanych wybierających co intymniejsze stoliki, spragnionych towarzystwa starszych ludzi, powstańczego fermentu, wymiany informacji czy wreszcie swoistym klubem gry w bilard, szachy, domino czy karty. Rozbudzone życie literackie kwitło „Pod Kopciuszkiem” na Długiej, w „Suchym Lesie”, „Dziurce”  na Miodowej, „Honoratce”.

Herbaczyński zdradza różne cukiernicze tajniki, opisuje pomysłowość mistrzów tego zawodu, jego rozwój. W jego tekście czytelnik odnajdzie ogromny szacunek do pracy i tradycji, rzetelność i szczerość. Pisarz był prawdziwym entuzjastą w swym zawodzie.

Myślę, że nie jest to pozycja obowiązkowa, ale na pewno dość przyjemnie się ją czyta. Dzięki niej, czytając już kolejne książki o XIX wieku złapałam się na tym, że kojarzę większość wymienianych przez innych autorów  kawiarni i cukierni przez co XIX-wieczna Warszawa wydaje mi się coraz bardziej „swojska”. Jeszcze tylko muszę ostrzec wszystkich nieświadomych, którzy mają apetyt na publikację Wojciecha Herbaczyńskiego, żeby sobie zawczasu przygotowali jakieś dobre ciastko z cukierni, bo bez takiego zapasu może być ciężko.

 

seria: Biblioteka Syrenki