Pieśń łuków. Azincourt – Bernard Cornwell

Azincourt, Bernard Cornwell

azincourt, Bernard Cornwell

Od bitwy pod Azincourt minęło już niemal 600 lat a nadal rozpala gorące dysputy historyków, spektakularne zwycięstwo Anglików nad dużo liczniejszymi oddziałami francuskimi jest przyczyną sporów i coraz to nowych opracowań historycznych. Temat idealny na powieść, mała ilość materiałów źródłowych pozwala na zapełnienie czarnych plam wyobraźnią. Bernard Cornwell jest doświadczonym pisarzem historycznych powieści o wyrobionym stylu. Myślę, że potrafi porwać czytelnika i przenieść go w zawieruchę historycznych wydarzeń. Pisanie książki zostało poprzedzone licznymi lekturami, a nawet odwiedzinami Azincourt. Do tego autor otwarcie wyznaje gdzie poniosła go wyobraźnia i co postanowił podkolorować.

Główny bohater Nicolas Hook nie wzbudził mojej sympatii, wydał mi się dość sztywny, mimo tego iż pisarz zadbał o jego „barwność”. To wykwalifikowany i oczywiście niezwykle zdolny łucznik, morderca, człowiek miłosierny, obrońca dziewic i chrześcijański mściciel w jednym. No i jeszcze powinnam dodać, że to właśnie na tego młodzieńca spłynęła łaska boska i dostąpił cudu, jakim była możliwość słyszenia głosów świętych ,którzy pomagali mu wyjść cało z największych opresji, i nie mam tu na myśli jakichś niezwykłych cudów a jedynie zdroworozsądkowe rady świętych, którzy postanowili objąć go patronatem swych cennych życiowych rad.  Za to moją całkowitą miłość zaskarbił sobie inny bohater –  sir John Cornewaill.

Powiedziałabym, że powieść jest swoistym hołdem złożonym ówczesnym łucznikom, coraz to przebija ton patriotyczny, ale wszystko raczej w ilościach zjadliwych. Autor po prostu nie kryje podziwu dla umiejętności średniowiecznego łucznika, wcale mu się nie dziwię. Do tego pisarz naprawdę starał się oddać makabrę ówczesnych wojen, wnętrzności, trupy, choroby, strach, bezradność, wszystko solidnie oblane krwią.

Warszawscy „Pustelnicy” i „Bywalscy”

Warszawscy „Pustelnicy” i „Bywalscy”. Felietoniści i kronikarze 1818 – 1899, Jan Józef Lipski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973

 

Zbiór felietonów Jana Lipskiego to dość ciekawa pozycja, ale głównie dla miłośników varsavianów. W swojej książce autor zgromadził nie tylko znane nazwiska, ale można powiedzieć, że „wygrzebał” wielu dziennikarzy, który publikowali w tym okresie, a łączy ich ten charakterystyczny gatunek, którego definicję próbuje ukuć Jan Lipski – to jest felieton warszawski.

„Felietonem warszawskim nazywam tu utwór należący do cyklu felietonów drukowanych w prasie warszawskiej i poświęcony tematyce warszawskiej. A więc mieszkaniec Warszawy dziennikarz pisze w gazecie ukazującej się w Warszawie i dla warszawskiego (przynajmniej w znacznej części) czytelnika o mieście, które obydwaj dobrze znają. Jest to często „plotka między nami, warszawiakami” (…), w każdym zaś razie – świadectwo historii i obyczajów miasta na przestrzeni półtora wieku rozwoju „felietonistyki warszawskiej”.”

 Na początku XIX wieku dziennikarze czerpali wzorce z Francji, potem oczywiście wszelkie kontakty z Zachodem kurczą się. Okres Królestwa Kongresowego to także czas rozwoju zaadaptowanych form i to wszystko pomimo tłamszących form cenzury. Najpierw dominujące tradycje gawędy szlacheckiej ( „Ramoty i ramotki” Wilkońskiego),  potem „nurt szkicu fizjologicznego” (lata trzydzieste, czterdzieste) czyli szkice socjologiczne i obyczajowe na pograniczu eseju i felietonu. Okres pozytywizmu przynosi dominację „gawędy mieszczańskiej” dostosowanej do trudnych warunków panujących w kraju. To swoisty felieton-kronika widoczny już u Szymanowskiego a później u Prusa, Gomulickiego, Sienkiewicza. Nowym okresem rozkwitu warszawskiej felietonistyki było dopiero dwudziestolecie międzywojenne. Tu mamy „Kroniki tygodniowe” Słonimskiego, Wiecha, Quasa, ale to już rzecz należąca do drugiego tomu „Warszawskich „Pustelników” i „Bywalców”. Ze wszystkich dziennikarzy wybranych przez Jana Lipskiego do pierwszego tomu chyba tylko Bolesław Prus doczekał się pełnej, osobnej edycji swoich felietonów. Autor starał się dobierać felietony reprezentatywne dla twórczości danego pisarza, jednakże trzeba pamiętać, że dorobek niektórych z nich był ogromny więc wątpie by nasz poszukiwacz miał czas przeczytać naprawdę wszystko. To jest jedynie antologia, która da nam jakiś pogląd, ale nie do końca pełny.

Książkę poleciłabym raczej tym większym fanatykom XIX wieku, prawdziwym miłośnikom felietonów – nie wszystkie z zamieszczonych felietonów mogą zainteresować czytelnika. Ich poziom jest bardzo zróżnicowany i może niektórych rozczarować. Jest tu przede wszystkim sporo materiału historycznego do odkrycia, ale trzeba się przebić przez tekst nie zawsze dostosowany do potrzeb dzisiejszego czytelnika i jego oczekiwań.

Dziedziczka cieni, Anne Bishop

Heir To The Shadows (Dziedziczka cieni), Anne Bishop

Heir_to_the_Shadows

Po dość dziwacznym tomie pierwszym, serii Krwawych Kamieni, postanowiłam zaserwować sobie  kolejny i teraz wiem, że to był błąd. Po pierwsze dlatego, że ostatnio miewam nie najlepszy humor, powieścidło miało mi go poprawić. Nic z tego, powieść niewymownie mnie drażniła i rzuciłam to w diabły, nie przeczytawszy nawet do końca, co zdarza mi się dość rzadko. Wiem, że po te nieszczęsne kamienie nigdy już nie sięgnę. Jakoś nie mogłam się przebić przez te wszystkie opisy roznamiętnionych spojrzeń kolejnych bohaterek, które rzucały w różnych kierunkach anatomii płci przeciwnej. No dobra, to były najczęściej dwa kierunki, ale ileż można. Czytając tom pierwszy byłam w stanie więcej znieść,ale ta książka, to już nie moja bajka po prostu i nawet nie chce mi się rozpisywać dlaczego. Owa notka ma mi przypominać by nie dawać już szansy Anne Bishop i szukać ukojenia dla nerwów w innych powieściach.

Emma, Jane Austen

Emma, Jane Austen, przełożyła Jadwiga Dmochowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996

 Emma_TomaszTesznarimages_product239788376230528

„Emma” miała być wytchnieniem, przyjemną lekturą, tymczasem tytułowa bohaterka niewymownie mnie drażniła. Dziewczę to całkiem inteligentne, wykształcone i piękne, zachowywało się jakby pozjadało wszystkie rozumy. Jej ojciec też mnie właściwie drażnił bo nie lubię hipochondryków. Chyba nie takich efektów spodziewała się Jane Austen pisząc swą powieść. Zapewne chciała rozśmieszyć czytelnika zachowaniami, ułomnościami i słabostkami swoich bohaterów, no i musiała w końcu jakoś zawiązać supeł fabularny, a jak, jeśli nie posługując się głupotą własnej bohaterki ogarniętej dobrymi chęciami. Ach jakże prawdziwe wydaje mi się tu przysłowie, iż dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Małe miasteczko, ścisłe grono z którym wypada się spotykać, parę śmiesznych typów, dodaj ze trzech kawalerów i tyleż samo panien i powieść gotowa. Emma jest dziewczęciem zepsutym przez rodzinę, na swoje szczęście czy nieszczęście, o poziomie inteligencji wyższym niż jej bliżsi, więc z wątpliwym prawem wyższości nad starszymi jej wiekiem. Utwierdzana przez najbliższych w przekonaniu, że wie lepiej, że jest nieomylna, kroczy przez życie beztrosko rozporządzając innymi i wydając sądy. Tak naprawdę jest kobietką dość samolubną i zadzierającą nosa. Oczywiście jedyna osoba, która ma widoki na utarcie jej nosa musi się w niej zakochać i skończyć z dydaktyzmem. Austen pognębi oczywiście swoją bohaterkę, ale nie na tyle by dać jej porządną nauczkę i jeszcze jako kobieta da jej satysfakcję usłyszenia  miłosnych zapewnień, bez potrzeby odkrywania swego własnego serca. Oczywiście wszystko skończy się jak najbardziej szczęśliwie, nawet dla biednej Harriet tak beztrosko zwodzonej przez Emmę, bo męscy bohaterowie wykazują tu jednak o wiele więcej zdrowego rozsądku niż płeć piękna i utrzymują sytuację w równowadze – no przynajmniej dwóch panów. Austen starała się rozłożyć te siły mniej więcej równomiernie.

Te wszystkie drobiazgi składające się na styl Jane Austen nie zadziałały dla mnie tym razem. Denerwowały mnie te dywagacje przy wyborze wstążek do sukienki, zabieraniu miejsc w powozach, setki drobiazgów dnia codziennego, jakieś koszyczki, koronki, liczne arkusiki listów. Jednym słowem czar pisarki nie zadziałał  i skończyłam książkę zniechęcona – może taki okres w życiu, że bawi mnie co innego, a złoszczą błahe drobiazgi, których jest tu po prostu za dużo jak na mój gust. 

Podmorska wyspa, Isabel Allende

Podmorska wyspa (La Isla Bajo el Mar), Isabel Allende, przełożyli Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski, MUZA, Warszawa 2011

Podmorskawyspa_IsabelAllendeimages_product19788374959711

Na najnowszą książkę Isabel Allende czekałam z niecierpliwością, ciekawa czy pisarka i tym razem podoła czytelniczym wymogom. Czytając poprzednie powieści tej autorki mogłam zapomnieć o bożym świecie i zanurzyć się spokojnie w światach przez nią wykreowanych, rozpieściła czytelnika ciekawą fabułą z odrobiną historii i faktów umiejętnie w nią wmiksowanych, soczystym stylem.

Akcja „Podmorskiej wyspy” toczy się na Karaibach i w Nowym Orleanie, pod koniec XVIII wieku obfitującego w wydarzenia historyczne – rewolty niewolników, rewolucje francuska, amerykańska wojna o niepodległość, nic tylko przebierać. Tło wydarzeń jest więc niezwykle barwne i krwawe. Kilka rodzajów narracji pozwala nam zerknąć do dusz wielu postaci i poznać zdarzenia z szerszej perspektywy. Główna bohaterka, Zarite zwana pieszczotliwie Tete, jest niewolnicą, która trafia na plantację trzciny cukrowej, by opiekować się żoną Toulousa Valmoraina, która jest osobą o słabym zdrowiu i jeszcze słabszym umyśle. Wkrótce pani całkiem rozum odejmuje, a Tete staje się niezbędną służącą w posiadłości, potrzebną zarówno mężowi jak i jego małżonce. Dziewczyna ma pełne ręce roboty z panią, która jest niespełna rozumu i panem, który musi znaleźć gdzieś ujście dla swych seksualnych frustracji, a że czarna służąca jest pod ręką, to dalszego ciągu można się domyślić. Wkrótce jednak bunty niewolników zagrażają białym plantatorom, którzy są zabijani w brutalny i bezlitosny sposób, a ich posiadłości niszczone. Pełna dobroci Zarite ratuje z takiego nocnego rajdu swego pana i jego syna. Ich losy będą teraz już splątane na zawsze misterną siatką wzajemnych powiązań.

Niektóre z postaci to dość skomplikowane charaktery, zwłaszcza Valmorain, właściciel plantacji, który w młodości miał dość wywrotowe poglądy wolnościowe, później przechodzi kilka przemian. Od naiwnego młodzieńca do bussinesmana zbijającego fortunę i decydującego o ludzkim życiu, aż po przepełnionego wyrzutami sumienia starca. Ma typowe dla swej klasy poglądy, usprawiedliwia się w ten sam sposób ze swego okrucieństwa, co tysiące mu podobnych. W ogóle odniosłam wrażenie, że pisarka próbowała uczynić swą powieść jak najbardziej uniwersalną, z typowymi przedstawicielami ówczesnych czasów i ich problemami. Znajdziemy tu więc niezwykle okrutnego nadzorcę niewolników o nieskończonej władzy, potulnych helotów i tych, którzy po trupach będą chcieli zdobyć wolność, typy wiecznie optymistyczne, piękne oraz namiętne kobiety. Pieniądze, władza, uroda – czyli to co zawsze, z dodatkiem bezwzględności, okrucieństwa, dusznej atmosfery i miłości.

Fabuła jakoś tak nie do końca się klei jak dla mnie, wydaje mi się, że Allende za wiele tu chciała przemycić. Porozsypywani bohaterowie, których połowa jest pretekstem do przedstawienia zdobytych przez autorkę informacji.  Sama opowieść jest snuta całkiem zgrabnie i ze znawstwem doświadczonego powieściopisarza, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy umknęły, a innych jest za dużo. Pisarka na pewno mnóstwo czasu spędziła nad materiałami źródłowymi i momentami trochę na wcisk dodaje kolejne informacje oraz fakty, które mogłaby po prostu umieścić w przypisach. Myślę, że tą książkę trzeba czytać w upalne dni, gdy żar leje się z nieba, a my obładowani niekoniecznie zmierzamy na plantacje trzciny cukrowej ale np. na plażę, ewentualnie przekopujemy w pocie czoła grządki z truskawkami. Takie czytadło z ambicjami.

Perswazje, Jane Austen

 Perswazje (Persuaasion), Jane Austen, tłumaczyła Ewa Partyga, Prószyński Media 2008

 perswazje_jane_austen

 Ze wszystkich powieści Jane Austen „Perswazje” są tą najmniej komiczną, a najbardziej skupiającą się na uczuciach bohaterów, niezwykle romantyczną i  nostalgiczną jednocześnie.

 Anna Elliot z Kellynch Hall to stara panna z pewnym bagażem doświadczeń, doskonałym urodzeniem i odpowiednimi koneksjami. Żyje w rodowej siedzibie wraz ze swą starszą siostrą oraz rozrzutnym i bardzo nieodpowiedzialnym ojcem. Długi papy doprowadzają do tego, że rodzinka musi się wynieść z posiadłości, do mniejszego mieszkania w Bath. Przypadkiem Kellynch Hall wydzierżawia admirał Croft, który zupełnym trafem skoligacony jest z byłym narzeczonym Anny, kapitanem Wentworthem. Małżeństwo nie doszło do skutku gdyż niedoszły małżonek nie miał odpowiedniego urodzenia oraz majątku, a młode wówczas dziewczę uległo namowom rodziny i przyjaciół, którzy chcąc jej dobra wyperswadowali jej ten mariaż. Jak możemy się domyślić po ośmiu latach biedny kapitan dorobił się pozycji i majątku w świecie i nie był już taki biedny.

 Główna bohaterka jest kobietą na wskroś zwyczajną, nie wyróżniającą się niczym, o łagodnej, hojnej naturze, z niezwykłą cierpliwością znosi zachowania i kaprysy najbliższych gdzie mi już by żyłka pękła. Czyli postać dość nudna jak na powieść, ale w jej zwyczajności tkwi siła. Autorka bardzo subtelnie rozprawia się tu z wadami swoich bohaterów, nie kpi z nich tak bardzo jak w innych powieściach. Satyryczna nuta jest obecna, ale ledwie słyszalna, tu bardziej liczy się napięcie emocjonalne międy parą zakochanych, uczucia. I przede wszystkim ogromne pokłady romantyzmu jakie tkwią w tej historii oraz wypowiedziach bohaterów. Tu też mamy do czynienia z ośmieszeniem konwenansu, ale na mniejszą skalę. Co mi się podoba to, to że tym razem pałeczkę działania przejęła kobieta, to ona ma ostateczne prawo decyzji i szansę na kierowanie własnym losem. Znajduje się w lepszej sytuacji materialnej oraz na wyższym szczeblu koligacji społecznych, choć z drugiej strony grozi jej staropanieństwo i samotność. Grunt, że może decydować o własnym szczęściu, a inni moga ją tylko przekonywać. 

Ile by mogła dziś powiedzieć Anna Elliot – a przynajmniej jak wymowne byłyby dziś jej uczucia opowiadające się za wczesną gorącą miłością i pogodną wiarą w przyszłość, a przeciwko zbyt przezornej ostrożności, która obraża wszelki wysiłek ludzki i świadczy o braku wiary w opatrzność. Zmuszono ją za młodu do rozwagi, nabrała romantyczności z wiekiem – naturalne to konsekwencje nienaturalnego początku.

Uciekłam na wyspę, Ann Rivers Siddons

Uciekłam na wyspę (Up Island), Ann Rivers Siddons, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Świat Książki

 ucieklam_na_wyspe_rivers_siddons

Literatura obyczajowa to chyba nie moja para kaloszy, albo mam za duże wymagania, albo te wszystkie książki z tzw. półki kobiecej są do siebie zbyt podobne. Czasami mam ochotę na coś lekkiego i łatwego, ale niech to będzie na poziomie. Czy ktoś może mi polecić jakąś wciągającą obyczajówkę dla kobiet?

Oczywiście główna bohaterka „Uciekłam na wyspę”, Molly Rediwne, ma już lata młodości za sobą, dorosłe, odchowane dzieci i zdradzającego ją męża. On nie chce jej krzywdzić, ale tamta druga bardzo go potrzebuje więc ona powinna zrozumieć, że on się musi z nią rozwieść i wziąć pod swoje skrzydła tamtą. Naturalnie „tamta” jest dużo młodsza, szczuplejsza i ma charakter jędzy, w dodatku chce zamieszkać w domu rodzinnym swego kochanka. Co ma zrobić kobieta pozostawiona w ten sposób na lodzie? Wyjechać w jakieś ładne miejsce i tam leczyć swe rany. Jak już wyjedzie to znajdą się ludzie, którzy pomogą, uroczy domek i wolny facet.

Jak zwykle u Siddons mamy kiepski kontakt głównej bohaterki z matką i tatę z depresją. Jak już wystarczająco pognębiła swoją bohaterkę, a zajęło jej to prawie pół książki – wybitnie nudne pół swoją drogą, to ją wysyła gdzieś, żeby ta odsapnęła. W drugiej połowie jak się można domyślić Molly układa sobie życie na nowo, dokarmiając łabędzi, doglądając starszych pań i opiekując się chorym mężczyzną. Kobieta miała więc pełne ręce roboty i nie miała czasu rozpaczać nad własnym nieszczęściem. Książka całkowicie nie przypadła mi do gustu, wracam więc do półki z klasyką.

Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami

Kronika ptaka nakręcacza (Nejimakidori kuronikuru), Haruki Murakami, przełożyła Anna Zielińska-Elliot, MUZA, Warszawa 2011

 Kronikaptakanakrecacza_HarukiMurakamiimages_big299788374952804

Tak pokręconej książki to ja dawno nie czytałam, ale zacznę od początku. Główny bohater „Kroniki ptaka nakręcacza” to człowiek z tak zwanej szarej rzeczywistości, niczym się nie wyróżniający, mało ambitny mężczyzna w średnim wieku, nawet nie salaryman. Nie dołączył do wyścigu szczurów w społeczeństwie japońskim, odwrotnie, obrał zupełnie przeciwny kierunek w swym życiu. Przerwał studia, zrezygnował z pracy, nie śpieszy się mu ze znalezieniem kolejnej, dni spędza na gotowaniu dla siebie i żony oraz innych drobnych pracach domowych. Pierwszym sygnałem dla zbliżającego się końca tej sielanki jest zniknięcie ich kota, potem wszystko się już sypie w życiu naszego szaraka. Znika żona, która okazuje się też, że go zdradzała i nigdy nie odniosła seksualnej satysfakcji z ich pożycia, pojawiają się dziwne kobiety-media, o jeszcze dziwniejszych imionach, jedna w czerwonym plastikowym kapeluszu, druga z dość nieokreślonym gustem. Telefon się urywa, dzwonią tajemnicze osoby, w tym nieznana kobieta proponująca seks. W tym całym zamieszaniu facet też zaczyna dziwaczeć i złazi na dno  suchej studni, na podwórku wisielców by pomedytować sobie w ciszy, ciemności i samotności. Jednym słowem oswojona harmonia prozaicznego, bezpiecznego świata nagle została całkowicie zniszczona. Przestajemy dziwić się czemukolwiek, kolejne wydarzenia nabierają mistycznego charakteru. Toru Okada dobrowolnie odcina się od świata rzeczywistego, tego w którym właśnie my żyjemy. Jest to najbardziej pasywny bohater z jakimi miałam do czynienia przez ostatnie miesiące, a może nawet lata.

Trudno rozpatrywać „Kroniki pata nakręcacza” w standardowych kategoriach, pisarz kreuje świat od nowa, każde wydarzenie nasyca odrębnym znaczeniem. Przecież mój pobieżny opis treści tej powieści brzmi surrealistycznie, komicznie i patetycznie za razem. Czytając książkę nie można sobie ot tak płynąć po jej treści, historie w niej zawarte są mocno pokręcone i na nic nam się tu zda logika. Szczególną prozę Murakamiego każdy z czytelników odbierze też na pewno inaczej, dopatrzy się innych przekazów.  No i pisarz igra sobie trochę z czytelnikiem, dlatego czytając nie myślcie sobie, że pierwsze nasuwające się wam wnioski są takie oczywiste, prawda jest tu niebanalna i ukryta.

Powieść wypełniona jest typowymi dla tego autora motywami. Kryjąca się gdzieś za zwykłym życiem druga rzeczywistość, przechodzenie pomiędzy nimi, przetwarzanie otaczającego nas świata, utrata bliskich i ich poszukiwanie, graniczny moment wielkich życiowych zmian przerywających utartą monotonię. Wpływy tajemniczego księżyca, skomplikowanie ludzkich dusz, pozorne prawdy i głęboko skrywane, niezwykłe, nadprzyrodzone tajemnice, celebracja codzienności, odrzucenie przez bohaterów pracoholizmu na rzecz prywatnego szczęścia.

 Jest seks, gra muzyka, a czy powieść odbierzemy jako syntezę szaleństwa, nierealny horror czy odjechaną literaturę  zależy tylko od nas. Podsumowywując: „To nie jest coś, co ma górę, dół, prawo, lewo, przód i tył”.

Wieczna księżniczka, Philippa Gregory

The Constant Princess (Wieczna księżniczka), Philippa Gregory, Touchstone

 The COnstant Princess, Philippa Gregory

Moją przygodę z Philippą Gregory i Tudorami postanowiłam zacząć w kolejności chronologicznej, której nie trzyma się autorka, co jakiś czas wydając książkę o kolejnej królowej w dość nieskoordynowany sposób.

Katarzyna Aragońska przychodzi na świat w królewskim obozie wojennymi, tam się wychowuje przez pierwsze lata swego dzieciństwa, jej zaradni i władczy rodzice toczą zacięte boje z Maurami by zjednoczyć Hiszpanię. Jako dziecko jest więc świadkiem scen dość brutalnych, wojna to dla niej bynajmniej nie puste słowo pozbawione znaczenia. Do tego, mimo że była ulubienicą rodziców chowana była w surowy sposób, który miał z niej w przyszłości zrobić godną królową Brytanii – rola z jakiej zdawała sobie sprawę od swych lat najwcześniejszych. Więc najpierw hartowanie w ogniu walk krzyżowych, a później przepych i bogactwa dworu w Alhambrze, sułtańskie zwyczaje i twardy katolicyzm jako drogi wychowawcze. Jak można się domyślić z tych dość niezwykłych warunków wyrosła dziewczyna niezłomna, odważna, pewna swych życiowych celów, zawsze próbująca sprostać wymaganiom matki, która była dla niej bezkrytycznym wzorcem.

W wieku 15 lat Catalina wyrusza do Anglii by poślubić od dawna przeznaczonego jej 14-letniego księcia Artura, syna Henryka VII. Młodzi początkowo się czubią, by wreszcie pokochać się gorącym uczuciem, młode małżeństwo zacieśnia też więzi przyjaźni i zrozumienia. Niestety Artur, następca tronu, umiera i Katarzyna zostaje na lodzie w obcym kraju, z bardzo niepewną pozycją i przyszłością. Nasza bohaterka jednak nie rozpacza gdyż przed nią jawi się już nowa ścieżka przyszłości, dziewczę umyśliło sobie pośłubić kolejnego księcia, Harryego, przyszłego Henryka VIII.

Henryk, sławny mąż sześciu żon, jest tu przedstawiony w dość niestandardowy sposób, jako swawolące jeszcze, bezrozumnie i rozpieszczone pachole, dla którego wojna jest okazją do założenia ślicznej, nowej zbroi. Catalina to przy nim świadoma królowa, zdająca sobie sprawę z ciążących nad nią obowiązków, licząca sie z konsekwencjami swego postępowania i decyzji, które mogą zaważyć na przyszłości państwa. Gdy ona myśli jak poprawić sytuację w swej nowej ojczyźnie, Henryś oddaje się polowaniom i dworskim rozrywkom. Wyłania się z  tego obraz brzdąca rozpieszczonego ponad miarę, dającego sobą manipulować i wodzić się za nos.

Gregory nagina historię jak chce do potrzeb swej fabuły i trzeba o tym cały czas pamiętać czytając jej powieści. To co jej się udaje, to pokazanie na jak wysokim świeczniku żyli królowie, których nawet myśli mogły być znane poddanym. Dwór to instytucja bezduszna, gdzie każdy wie wszystko, a pozostający w nieświadomości mogą przegrać nie tylko swoje stanowisko, to ciągła, aczkolwiek niebezpieczna gra.

Wydaje mi się, że pisarka mogłaby jeszcze popracować trochę nad tą powieścią, uczynić ją bardziej spójną, zlikwidować powtórzenia – niektórzy z bohaterów dochodzą kilkakrotnie do tych samych wniosków w tym samym okresie czasu, że im zimno, ze mają bose stopy, albo że są smutni. Fabuła powinna być bardziej zwarta, ja wiem, że to czytadło, ale nic na pewno nie stoi na przeszkodzie by autorka pisała lepiej, zwłaszcza, że to nie pierwsza jej książka, ma za sobą całą serię o Tudorach, choć wydawaną na wyrywki.

polskie wydanie:

Wieczna księżniczka, Philippa GregoryWydawnictwo Książnica , Kwiecień 2010

Imiona wielokulturowości, Marian Golka

Imiona wielokulturowości, Mrian Golka, MUZA, Warszawa 2010

Imiona wielokulturowości, Marian Golka 

Marian Golka to znany i zasłużony socjolog, do tego profesor nauk humanistycznych, kierownik Zakładu Socjologii Kultury i Cywilizacji Współczesnej w Instytucie Socjologii UAM. Autor wielu książek z dziedziny – „Socjologia sztuki”, „Socjologiczny obraz sztuki”, „Bariery w komunikowaniu i społeczeństwo (dez)informacyjne”. Jednak nie czujcie się przygnieceni rangą zasług profesora i śmiało sięgajcie po jego „Imiona wielokulturowości”. Publikacja początkowo może  odstraszać, ale zapewniam, że warto się wysilić, choć nie mówię, że będzie lekko. Dlaczego warto? Przecież wszyscy żyjemy w świecie niezwykłych wręcz współzależności. Kultura przenika na wskroś wszystkie dziedziny naszego życia, przy czym często nie zdajemy sobie sprawy z istniejących powiązań.

Wielokulturowość nie jest pojęciem nowym, a przez to dość szerokim i rozmytym, można mieć z nią taki sam problem jak z globalizacją. Możemy więc zadać sobie pytanie czy autor nie porywa się z motyką na księżyc. Przede wszystkim Marian Golka stara się cały ten ogrom informacji uporządkować i nadać mu sens. Bierze na warsztat pojęcia metodologiczne, złożoność życia społeczno-kulturowego, posiłkując się problematyką różnicy i całości, próbując scharakteryzować różnokulturowość naszego świata. Na to wszystko składa się spora liczba pojęć, istnieją wymiary różnokulturowości na różnych płaszczyznach – rasowej, językowej, religijnej, pokoleniowej, subkulturalnej, zawodowej, ekonomicznej, płciowej. Tak więc bogactwo i złożoność ludzkiego życia w wymiarze kulturowym jest praktycznie nieskończone. Do tego wszystkiego trzeba wziąć pod uwagę rozpiętość pojmowania owych różnic przez kolejne grupy, niezwykłą rozpiętość relacji międzykulturowych z ich niuansami. Wobec tak szerokiego badanego pola trudno dopatrzyć się tu jakiś ścisłych reguł, nie mówiąc o generalizowaniu. Jak pisze sam autor we wstępie książka jest próbą określenia oblicza różnych przejawów zjawiska wielokulturowości. Doskonale zdaje sobie sprawę, że te wszystkie różnorodne problemy kulturowe nie łatwo jest opisać, dlatego „każde ujęcie jest tylko próbą, i to tymczasową, bowiem we współczesnym świecie zjawiska kulturowe przeobrażają się z zawrotną szybkością”.

Oczywiście książka profesora to wielki skrót, ale myślę że absolutnie niezastąpiony przy porządkowaniu szerszej wiedzy. Będzie też stanowiła dla kogoś świetne wprowadzenie w arkana kulturoznawstwa. Na samym końcu mamy jeszcze małą kronikę wielokulturowych przypadków od lat 1996 do 2010, od rewolty plemienia Tutsi na wschodzie Zairu do ogłoszenia przez szwedzkich polityków zamiaru wybudowania muzeum sztuki klasycznej w celu integracji ze społeczeństwem zamieszkujących w dzielnicy emigrantów. Chodź to tylko paręnaście stron skrótowych informacji to po lekturze książki ten swoisty aneks daje do myślenia.

Absolutnie imponująca bibliografia, która pozwoli dociekliwym drążyć dalej i wskaże nowe, godne uwagi lektury. W przypisach znajdziemy nie tylko naszego nieśmiertelnego Malinowskiego czy choćby Platona, ale Kapuścińskiego czy taką Kingę Choszcz („Moja Afryka”).

seria: SPECTRUM